Długo i ciężko mi się pisało to opowiadanie, ale wreszcie jest. Lovestory, a raczej parodia Harlequinów i wszelkiej maści romansideł ludzko-wampirzych, wilkołaczo-ludzkich, międzyludzkich itp. itd. To także śmiech w oczy stereotypom i szufladkom. Zaznaczam, że nikogo nie chcę wyśmiać i obrazić, imiona jak zwykle z kapelusza :)
OSIEDLOWA ERATO
Wreszcie wolne. Od znaczków.
Naklejek. Kopert. Niekończących się tłumów z awizami i
wytrwałych poszukiwań poupychanych przesyłek. Haliny, która
zawsze się czepiała. A to: „Sylwio, dlaczego ty to robisz tak
niedbale?” „Sylwio, pracuj szybciej!” „Sylwio, ach Sylwio,
czemu ty jesteś taka niemrawa?” „Sylwio, czemu ty jesteś taka
niemrawa?” słyszała zresztą non stop. Chyba od pierwszych dni
życia. Podobno wszystko robiła za wolno. Wolniej od kuzynki
Karoliny. Matka stawała na uszach, by Sylwia choć w jednym punkcie
prześcignęła Karolinkę. Na próżno. Karolinka wstawała w
łóżeczku, gdy Sylwia dopiero ogarniała sztukę siadania.
Gdy Sylwia zaczęła mówić „Mama”, „Tata”, „Da”,
„Ne”, Karolinka wypowiedziała pełne zdanie. Sylwia zaczęła
raczkować, gdy Karolina zasuwała na całego. Co z tego, że
Karolina była cztery miesiące starsza. Matka chodziła z Sylwią po
lekarzach. „Czemu ona jeszcze nie chodzi? Czemu nie mówi?
Czy ona jest upośledzona?” „Sylwio, powiedz: ciasto! Nie! Nie!
Nie! Ciasto, a nie cia! Cia- sto! No i powiedziała: cia... Czy ty mi
to robisz na złość, dziecko?” I tak było po dziś dzień.
Karolina już pomiatała ludźmi w call center i powtarzała, że
każda kolejna przerwa na papierosa skraca znacząco czas pracy i
powinna im potrącać z pensji, podczas gdy Sylwia od miesiąca
pracowała na poczcie. Pracę tę załatwiła jej oczywiście matka.
Nienawidziła tej pracy, ale coś trzeba było robić. Tej niedzieli
rozkoszowała się odpoczynkiem od mechanicznego przybijania
pieczątek. Leżała w łóżku, słuchając Beyonce. Marzyła,
by być taka, jak ona, ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że
krągłości Sylwii różniły się od krągłości Beyonce.
Beyonce mogła mieć krągłości. Fakt istnienia krągłości u
Beyonce był jak najbardziej wskazany i powszechnie akceptowany.
Jednak Sylwia wiedziała doskonale, że ma tych krągłości za dużo.
Dieta kapuściana- porażka. Dieta Dukana- jeszcze większa porażka.
Na bezglutenowe bułki nie mogła już patrzeć. Matka miała teraz
fazę, że gluten to zło. Założyła Stowarzyszenie Przeciwko
Glutenowi. Nawet zamówiła serię koszulek z najbardziej
przerażającym wizerunkiem szatana, jaki można było sobie
wyobrazić. Rogaty warchoł trzymał w ręku kłos pszenicy, a pod
pachą worek mąki i uśmiechał się złośliwie. Nie pomagały
tłumaczenia Sylwii i ojca, że wstydzą się w czymś takim wyjść
z domu, że to jest po prostu strasznie kiczowate. Matka krzyczała
wtedy: „Czy wy wszystko robicie przeciwko mnie? Czy wy musicie
podcinać mi skrzydła? Proszę, przyznajcie się wreszcie, że
chcecie mnie zlikwidować, zakopać pod płotem, a za zasiłek
pogrzebowy pojechać w rejs dookoła świata!” Sylwia nie miała
celiakii, choć matka bezbłędnie ją zdiagnozowała. Zdiagnozowała
u niej także anemię i chorobę afektywną dwubiegunową, choć ani
lekarz rodzinny i badania krwi, ani hematolog, ani psychiatra, ani
psycholog, nie potwierdzili tych straszliwych diagnoz.
Sylwia rozkoszowała się wolnością
od pieczątek, papierów i znaczków oraz muzyką
Beyonce, tylko do czasu. Znała doskonale gniewne, zamaszyste kroki i
usłyszała je nawet przez słuchawki.
-Sylwio, czemu leżysz w łóżku
jak nieżywa? Przecież tylko patrzeć, jak ten piękny dzień
przeleci ci przez palce! Czy robiłaś już dziś poranną
gimnastykę? Oczywiście, że nie!
-Mogę dziś odpocząć?
-Od czego ty chcesz odpoczywać? Już
wstawaj, raz raz! Zacznijmy może od pajacyków...
-Mamo, proszę, nie. Ja strasznie
głupio wyglądam, kiedy ćwiczę. Nie lubię tego...
-A kto ci się niby będzie przyglądał?
-A Mariusz?
Mariusz był młodszym bratem Sylwii,
nastolatkiem niesamowicie leniwym, jeśli chodzi o prace domowe,
pochłaniającym dwa razy tyle jedzenia, co Sylwia (mimo to również
dwa razy od niej szczuplejszym). Bez przerwy ze wszystkiego się
śmiał i żartował i ewidentnie przypalał trawkę. Sylwia go
kryła. W prawdzie nie wiedziała, co konkretnie Mariusz łyka,
wstrzykuje czy przypala, ale wiedziała, że nie zawsze jest w stanie
pełnej świadomości. Był wielką nadzieją matki. Miał iść na
medycynę lub farmację. Zupełnie mu się jednak nie chciało,
trzykrotnie rzucał szkołę, ale raz dostał I-phone'a i jej nie
rzucił, za drugą próbę dostał tablet Yoga i nie rzucił, a
za trzecią miał dostać własny samochód na osiemnastkę i
to też utwierdziło go w przekonaniu, by nie kończyć edukacji na
drugiej klasie liceum. Jak już było wcześniej wspomniane, Mariusz
śmiał się ze wszystkich i wszystkiego. Najbardziej z Sylwii.
„Kaszalociku, przynieś mi Sprite'a z lodówki! No, raz,
raz!””Ej, siora, ty nie jesteś przezroczysta, nawet
powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Ja coś oglądam, wiesz?”
Szczególnie z ćwiczącej Sylwii. Sam reprezentował szkołę
w koszykówce, zasuwał też na siłowni, a to, że przypalał
trawkę, jakoś szczególnie mu chwilowo w tym nie
przeszkadzało. Kiedyś matka kazała mu Sylwię trenować, ale to
był jeden wielki koszmar, bo tylko śmiał się z jej niezdarnych
podskoków na skakance.
-Mariuszka nie ma. Ten chłopak wstał
i pojechał na wykłady. Dla maturzystów!-Zawołała
matka.-Już w drugiej klasie myśli o maturze! O takich sprawach
trzeba myśleć z dużym wyprzedzeniem, Sylwio, a nie zostawiać
wszystko na ostatnią chwilę.
-”Taa. Już ja widzę te jego
wykłady.”-Pomyślała z ironią Sylwia. Była pewna, że brat z
tych, niech jej tam będzie, wykładów, wróci znów
późno i będzie wył ze śmiechu jak hiena na widok wąsów
ojca albo matki, która od 22 paraduje po domu w podomce i
papilotach, wyje wszystko z lodówki, pójdzie spać, a
jutro wstanie o piętnastej. Kiedy zaś będzie spał, matka w kuchni
rozpływać się będzie z zachwytu: „Jaki to wspaniały, pogodny
chłopiec!”
-Sylwio, skończ proszę marudzić i
narzekać i rób wreszcie te pajacyki. To jest nie do
pomyślenia, że ty tak narzekasz. Ja nie wiem, na co ty tak
narzekasz, bo ja ci za przeproszeniem tyłek miodem smaruję, a ty
co? Wiecznie skrzywiona. Zobaczysz, zostanie ci tak i nikt cię nie
zechce, zostaniesz starą panną, jak ta Marianna z środkowej
klatki. Wiesz, dlaczego ona jest starą panną? Bo właśnie tak jak
ty była wiecznie niezadowolona ze wszystkiego i skrzywiona i żaden
chłop jej nie chciał! A przecież przez życie trzeba iść
optymistycznie, myśleć pozytywnie, kroczyć z uśmiechem przez
każdy dzień...-Już zaczynała boleć ją głowa, a to był dopiero
początek.-Wyjmij, Sylwio, te słuchawki z uszu, kiedy do ciebie
mówię. Ty ogłuchniesz w końcu. Ileż to można leżeć tak
z tymi słuchawkami. A do pracy to ty nie miałaś dzisiaj iść?
-Jest niedziela, mamo. Poczta jest dziś
zamknięta.
-A tak, faktycznie... No dobrze, to
wstawaj i bierz się za ćwiczenia.
Sylwia dała za wygraną i powoli
podniosła się z łóżka.
-Stop, stop! Sylwio, robisz to źle!
Nie tak! Ja ci pokażę, jak się to robi! Raz- i- d-y-wa!
Raz-i-d-y-wa!- Matka sama zaczęła podskakiwać jak pajacyk. Gdyby
Sylwia nie była osobą bez poczucia humoru lub gdyby Mariusz
podzielił się z nią tym, czym sam się od czasu do czasu, może za
często, raczy, być może śmiałaby się teraz, ale jakoś nie
potrafiła się śmiać, bo wydawało jej się, że ma strasznie
głupi, irytujący śmiech i że w ten sposób nikt
inteligentny śmiać się nie może. Wydawało jej się zresztą, że
ludzie inteligentni wcale się nie śmieją. Eksperci w TVN zawsze
wyglądali na poważnych, gdy mówili o sytuacji politycznej w
Polsce. Dla jednych była bardzo dobra, dla innych- tragiczna. Ktoś
mówił, że Polska jest krajem bogatym, ktoś inny- że nie,
bo niektórych stać na chleb, ale nie stać na masełko,
przypominali też, że Sylwia, Mariusz i ich rówieśnicy
najprawdopodobniej nie będą mieli na starość emerytury. Ojciec
mrugał wtedy okiem: „Córuchna, nie masz tam jakiego
absztyfikanta? Bo pora postarać się o kogoś, kto na twoją
emeryturkę zapracuje.” Kiedy usłyszał to brat Sylwii, walnął
się otwartą dłonią w czoło i wybuchnął śmiechem.
-A u ciebie, Mariuszku, jak z tą miłą
koleżanką?-Zapytała matka.
-Ja nie będę produkował
bezrobotnych.-Mruknął Mariusz.-I na co mi baba? Będę miał
robota, który będzie mi sprzątał i gotował.
Mężczyźni? Sylwia w życiu kochała
tylko jednego. Polonistę z liceum. Była to miłość bardzo
nieodwzajemniona, z syndromem ofiary, ponieważ rzeczony regularnie
stawiał jej kiepskie oceny, bo mocna z polskiego delikatnie mówiąc
nie była. Przez całe życie miała ogromne problemy z ortografią,
nie mogła jej opanować, a i pisanie wypracowań nie szło jej
najlepiej. Raz napisała wiersz, odczytała go przed klasą, ale
później przez pół roku wszyscy się z niej śmiali.
Polonista w typie młodego Borysa Szyca tylko pogratulował jej
odwagi. Kręcił ją sposób, w jaki pochylał się nad
dziennikiem i wpisywał kolejną jedynkę, gdy powiedziała, że
„Wielką Improwizację” Gustaw/Konrad wygłosił w czasach II
wojny światowej, na Mont Blanc. Lekko kręcone włosy blond tak
zawadiacko opadały mu na czoło, a dłoń o długich, szczupłych
palcach pianisty poruszała się powoli i metodycznie, pisząc
czerwonym BIC'em „1”. Kiedy jej tłumaczył na osobności, że
będzie musiała to poprawić, bo zaczyna robić się bardzo
nieciekawie, upajała się jego głosem i ciężko było jej przyjąć
do wiadomości, że „Zmierzch” nie jest literaturą romantyczną,
przynajmniej nie w TYM sensie... Później nikt tak nie
trafiał do jej serca, jak nauczyciel-oprawca.
Darek lubił w życiu tak naprawdę
wyłącznie dwie rzeczy. Lubił to mało powiedziane. On to kochał.
Po pierwsze więc- kochał golić głowę. Lubił, gdy jego brązowe,
falujące włosy spadały powoli na podłogę. Mamuśka zawsze
krzyczała, żeby ruszył tyłek, bo ona nie będzie ciągle po nim
zamiatać tych kudłów. A ten tyłek miał ruszyć z łóżka,
gdzie rozkoszował się Słowackim i powtarzał z pasją: „Duchowi
memu dała w pysk i poszła...! Ej, to jest dobra kawalina!” W
sumie to ustawki też dosyć lubił, ale nie przebijały one w niczym
golenia głowy i polskiej poezji czy dramatów. Za czytanie
polskich poetów jeszcze nigdy nikogo psy nie zwinęły, choć
podobno było to możliwe za komuny. Podobno za komuny nie chcieli
wystawić „Dziadów” i była wtedy niezła afera. Darka
fascynowała przede wszystkim poezja, ale i dramaty Mickiewicza i
Słowackiego (Mrożków i innych za bardzo nie rozumiał.
„Babcia na katafalk?” Łotafak!), ciekawiło go, że poezja wcale
nie musi się rymować, a taki „Pan Tadeusz”, choć calusieńki
się rymuje i to elegancko się rymuje, należy do epiki, czyli tego
samego rodzaju, co grube książki pisane ciurkiem, czyli powieści.
Pożyczał tomy poezji z biblioteki, a polecały mu je dwie
bibliotekarki: mała, pulchna pod sześćdziesiątkę i wysoka,
szczupła blondynka z niczego sobie bufetem. Tę drugą chciał
wyciągnąć na kawę do maka, ale nie chciała, bo przyszedł po nią
ten pretensjonalny (pretensjonalny, czyli taki żenua i żal.pl) gość
z polibudy (Darek potrafił siedzieć tam do zamknięcia biblioteki,
kiedy akurat ona tam była. A czasem była na przykład od dziewiątej
do czternastej, bo jechała na uczelnię, ponieważ była doktorantką
(czyli taką ni studentką, ni wykładowczynią chyba), a do
zamknięcia biblioteki o dziewiętnastej siedziała pani Benia.
Coś stukała na laptopie i uśmiechała się do niego. Gdy nie było
ruchu, potrafiła wyciągnąć drewniany różaniec i modlić
się na nim w ciszy. Mówiła, że odmawia jakąś nowennę
(taka modlitwa, którą się odmawia dziewięć dni, choć tę,
mówiła, odmawia się o wiele dłużej) Czasem, po zakończeniu
pracy biblioteki, zostawali tam razem i opowiadała mu różne
historie. To od niej wiedział o tych „Dziadach” za komuny, bo
opowiadała mu, że sama protestowała przeciwko zdjęciu sztuki z
afisza. W ogóle dużo mu mówiła o komunie. „Tamta
władza robiła okropne rzeczy.”-Mówiła.-”Ale ludzie...
Ludzie byli inni. Bardziej solidarni. Potrafili się zjednoczyć.
Wychodzili z domu, spotykali się, rozmawiali... I w tych cholernych
kolejkach ile przyjaźni się zawiązało! A teraz co? Ludzie
zamykają się w domu, odgradzają od innych, a rozmawiają chyba
tylko w tych internetach. A co to za rozmowa. Mam syna takiego jak
ty, Pawełka, po maturze za granicę wyjechał i czasem rozmawiamy.
Jest taki program, co można z nim rozmawiać jak przez telefon, ale
go widzisz. Ty pewnie wiesz zresztą... Ale to nie to samo. Nie to
samo. To jak w więzieniu, przez szybę...Wtedy to były inne czasy.
Od razu było wiadomo, kto czym pachnie i na kogo uważać, choć i
partyjniacy mieli czasem dobre serduszka, potrafili pomóc,
ulitować się, coś załatwić i jednak warto było jakiegoś znać.
A teraz co? Znieczulica, zbydlęcenie...
-Co byś, kotku, dzisiaj
poczytał?-Pytała w godzinach pracy biblioteki, gdy nie było
warunków do rozmowy.
-Coś o miłości, pani
Beniu.-Odpowiedział pewnego dnia. Wtedy, gdy Julia wyszła z tym
gościem z polibudy.
-Ha! Masz kogoś na oku?-Pani Benia
uśmiechnęła się zalotnie. Musiała być z niej w młodości
niezła rozrabiara, zdradzał to ten uśmiech.
-Dużo by gadać. Ona mnie nie za
bardzo...
-Ma kogoś?-Jakoś podświadomie
wyczuł, że ta kobieta wie, o kogo chodzi.
-Chyba tak.
-Oj, biedny chłopak.
-Oj tam, oj tam. Nie ona pierwsza i nie
ostatnia.
-Dobre podejście!
-No, to co pani poleca? Ostatnio jak
jechałem na mecza to przeczytałem całego Adasia...
-Wszystko Mickiewicza?
-Wszystkie wiersze bynajmniej...
-Czyli zdecydowanie nie
wszystkie?-Uśmiechnęła się łobuzersko pani Benia.-”Bynajmniej”
to nie „przynajmniej”, miśku. Bynajmniej to zaprzeczenie, nawet
wzmocnienie zaprzeczenia. „-Jesteś księdzem?; -Bynajmniej, mam
żonę i dziecko.”
Darek roześmiał się. Bibliotekarka była trochę jak matka. Jego
własna matka w tym momencie malowała się i śpiewała: „Oj,
pieniążki kochane, kiedy was dostanę?” Mimo dawno przekroczonej
pięćdziesiątki miała dwie dziary- jedną nad pęknięciem pleców,
drugą- na ramieniu. Usta malowała na kolor jaskraworóżowy,
robiła niesamowicie grube kreski na oku, tak, że wszystkie sąsiadki
cisnęły z niej bekę. Do tego przydymione oko. Jarała jak smok
prawie trzy paczki dziennie, nie pogardziła bronkiem i przede
wszystkim chodziła do Remontu czy Siedemdziesiątki z młodszymi
koleżankami. Do czasu, aż nie skończyła się kasa. Raz ją
widzieli, gdy wracali z kumplami z ustawki. Miała problem z
utrzymaniem równowagi, szczególnie na
dwudziestocentymetrowych szczudłach z Marywilskiej; oraz porwane
rajstopy. Misiek i Mati śmiali się: „Ty, Daro, toż to przecież
twoja stara!” „Morda!”-Odpowiedział wtedy. W sumie to uważał
się za człowieka spokojnego i bezkonfliktowego, ale za trzy rzeczy
groziła od niego lepa. Po pierwsze: za wyśmiewanie ukochanego
klubu. Po drugie- za wyśmiewanie matki. I po trzecie- za
jakiekolwiek żarty na temat miłości do poezji. Łuki raz odkrył
tę jego tajemnicę i wszyscy mieli bekę, ale dojechał paru i się
raz na zawsze zamknęli. Co oni zresztą mogli wiedzieć w ogóle
o poezji? On też kiedyś nie wiedział o niej nic, bo w domu nie
było ani jednej książki. Do czasu, aż usłyszał wiersz Danuty
Wawiłow, o dzieciaku, który wyszedł z domu i wędrował po
świecie, zabierając ze sobą płaczącego chłopca i czarnego kota,
którego każdy kopał i przeganiał. Gdy ruda Ania z VI C
recytowała go na apelu, popłakał się. Normalnie się popłakał.
Drugi raz, gdy w gimnazjum przeczytał taki wiersz „Do kraju tego,
gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie... Tęskno
mi, Panie.” Teraz już wiedział, że to Norwid. Nawet chciał coś
sam napisać, ale w wierszu takie słowa jak „dupa”, „cycuchy”,
„dobry bufet”, „dobra dupa”, „zimna suka” wyglądały co
najmniej dziwnie. Przestał więc pisać, zresztą wydawało mu się,
że wszystko, dosłownie wszystko już ktoś kiedyś napisał. No i
nie było właściwie dla kogo pisać. Andżela była słodka jak
dziecko. Chyba że się jej czegoś odmówiło. Nacisk miał
wtedy trzy etapy. Najpierw ostrzegała słodkim głosem, że tupnie
nóżką. Później faktycznie tupała ostrzegawczo
nóżką. Później był foch. Na fejsie roiło się od
tekstów o kobiecych fochach. Ona chyba wyuczyła się tego
wszystkiego na pamięć i ćwiczyła na nim. No i była jeszcze
groźba, że powie tatusiowi... Po tym rozstaniu zostało mu opiewać
pryszczaty ryj Seby, ale co tu opiewać, jak tu nie ma nic do
opiewania? Marzył o prawdziwej kobiecie.
Przy niedzielnym obiedzie z Karoliną,
jej przystojnym narzeczonym (oboje wyglądali jak księżniczka i
książę Disneya, tyle że byli księżniczką i księciem z korpo)
i ciocią Ulą, doszło do koszmarnej awantury. Sylwia cieszyła się
w duchu, że to nie ona jest tym razem chłopcem do bicia, ale
Mariusz. Rozmowa była o tym, że młodzi ludzie nie chcą dziś
pracować, no chyba że od razu za cztery tysiące.
-Albo w firmie Szlachta nie pracuje, prawda?-Uśmiechnęła się
Karolina, patrząc prosto na brata Sylwii, który ostatnio
ustawił sobie na Facebooku, że: „Pracuje w firmie: Szlachta nie
pracuje jako Zawód: syn”. Wtedy rozpętało się piekło.
Ojciec ostro się wściekł i zapowiedział, że od teraz to obecny
tu Pan Sarmata będzie utrzymywał rodzinę i że kończy się dla
Mariusza dopływ kasy. Ten trzasnął drzwiami i wyszedł, a mama
zaczęła się drzeć na tatę, że jest bezlitosny. I tak dalej.
Przynajmniej tym razem w spokoju zostawiono Sylwię, która
wręcz niespostrzeżenie wymknęła się do pokoju, by dołować się
tym, że poniedziałek jest coraz bliżej. Poniedziałek i
znienawidzona praca.
No a Darka po wszystkich Królewskich
potwornie bolała głowa. Do domu odwoziła ich siostra Matiego,
wściekła na cały świat. Wstał o pierwszej i sięgnął po tomy
przyniesione ostatnio z biblioteki. Tym razem nie miał czasu na
grzebanie, spieszył się na rozmowę w sprawie stażu w pierogarni,
więc tylko losował z półki z poezją polską. Tylko polską,
innej nie czytał, choć piękna bibliotekarka Julia przekonywała,
że Goethe jest piękny. I Whitman. Ale jest Polakiem i co, mało to
polskiej, pięknej poezji, że trzeba zaraz Niemców czytać?
Jak mówi przysłowie, Polacy nie gęsi i swój język
mają! Kto wie, czy ten cały Goethe nie był jakimś tam
esesmańcem... Wyciągnął Broniewskiego, ale ten niezbyt mu się
podobał. To była poezja, ale jak nie poezja. Jakieś płuca wyplute
nie bolą... Tak to by i on napisał. A Darek był czytelnikiem
wymagającym. Lubił czytać tylko takie rzeczy, jakich sam by nie
napisał. Kiedyś piękna Julia podrzuciła mu Wojaczka i Bursę, ale
też mu się nie podobali. Coś takiego to dla niego w ogóle
nie była poezja. W poezji nie powinno być bluzgów. Z
bluzgami to i on by napisał, dlatego nie pisał.
Matkę również bolała głowa. W piątek dostała pieniążki
kochane, los fortunę zesłał jej, więc w sobotnią noc poszła na
tańce z koleżankami. Narzekała, że wydzwania do niej taki nieduży
z wąsikiem, rzeczywiście przez całą niedzielę telefon nie
milknął. Mówi, że dobry chłop, ale nudny. Na tańcach
zachowywał się jak prawiczek na studniówce albo raczej balu
gimnazjalnym.
Sylwia rozkoszowała się przy
znienawidzonej robocie czymś zakazanym. Kanapką z salcesonem,
panie! Zwykła bułka, nie bezglutenowa! Jedzenie tego, co tuczy,
było jedyną zakazaną rzeczą, jaką odważyła się zrobić
Sylwia. Najlepiej, kiedy matka tego nie widziała, bo kiedy widziała,
nie mogła obyć się bez kazań. A nie było pod słońcem nic
lepszego, niż mięsko. Było po 11, czyli jeszcze mało ludzi
przychodziło na pocztę, ruch zacznie się około piętnastej. W
połowie jedzenia przez Sylwię zakazanej kanapki do okienka podszedł
chłopak z awizo. Taki typowy dresik. Przypakowany, w krótkich
spodenkach i tatuażem-smokiem na nodze, w czapce bejsbolówce
z charakterystycznym haczykiem Nike (ten rodzaj czapki brat Sylwii
nazywał „wpierdolką”, była jakaś nowa moda na fejsie. Sylwia
rzadko coś wstawiała na swojego wall'a, za to wiedziała wszystko o
znajomych. Połowa klasy brała śluby, dwie klasowe pary się już
rozwodziły, Milena miała panieńskie dziecko, Bartek uciekł do
Irlandii, Marta do USA, Piotrek do Niemiec, wszyscy troje wyklinali
polskich polityków, Paulina, która uwielbiała
imprezować, chodziła w bluzkach, które podkreślały ogrom
jej biustu i raz kręciła z jednym chłopakiem, za chwilę z innym,
na pierwszym roku studiów nawróciła się i ciągle
wrzucała coś o Bogu... Teraz znała ich tylko z fejsa. Trochę
szkoda), czapka wydawała się za mała na jego dość dużą głowę
i trochę odstające uszy. Cisnął jej awizo. W pewnym momencie
jakoś zaszklił mu się wzrok. Sylwia ruszyła na poszukiwania jego
listu. Pochyliła się. Wyciągnęła. Całe szczęście nie trzeba
było specjalnie latać. Podeszła z powrotem do okienka.
-Lubi pani salceson?-Zapytał nagle.
-Co?-Zdziwiła się. Co to w ogóle
za pytanie.
-Moja mama kiedyś pracowała w mięsnym
i zawsze przynosiła mi trochę salcesonu i kiełbasy. Brałem pęto
w rękę i grałem na kompie. Tatuś się ciągle wściekał, że
tylko siedzę i gram, zamiast z chłopakami na dwór iść.
Dobry był chłopina, ale pani posłucha. Spasł się jak się
postrzelił w nogę i umarł.-Ostatnie słowo wymówił
„umar”.-Cukrzycę miał i nie wiedział o niej. Ale się
strasznie spasł, naprawdę. Wie pani, spasł się tak, że musieli
dźwig podstawić do okna, żeby go do kostnicy zabrać.
-O Jezu...-Westchnęła Sylwia.
-Tak tak. Seryjnie mówię. Ale
pani to pasuje. Ładnie tak pani. Jakby pani była chuda... Nie, to
by do pani nie pasowało. Pani wygląda jak taka matrona, taka
królowa ogniska domowego, taka rzymska czy tam grecka bogini.
-Raczej jak posążek Buddy, ale
dziękuję.-Odparła, bardzo zdziwiona. Żaden facet jej nigdy nie
powiedział, że wygląda jak bogini. I skąd w słowniku dresiarza
takie słowa jak matrona.
-I jeszcze ten humor i dystans do
siebie. Lubię jak kobieta ma poczucie humoru. O! „Lubię, kiedy
kobieta”! Piękny wiersz, zna go pani?
Znała. Jej polonista w typie młodego
Szyca czytał go kiedyś na lekcji takim zmysłowym, seksownym
głosem. Później te wredne panienki, ta Aśka spalona przez
solarkę (jej też nikt nie lubił. Mówili na nią „Maxi
King”, jak ten baton- na zewnątrz czarna, w środku biała...) i
Dorota śmiały się z niej, że się buja w poloniście, bo podobno
obserwowały ją przez całą lekcję i widziały zakochany wzrok.
Ale skąd ten zabawny chłopak mógł znać wiersze?
Przypominał jej trochę tego dzieciaka z łysą czachą i wielką
głową z bajki „Jerry i Paczka”.
-Lubię, kiedy kobieta omdlewa w
objęciu. Kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu...-Zniżył
nagle głos i dostał lekkiej chrypki.
Halina spoglądała krzywo ze swojego
biurka. Tego trzeba, żeby jakiś degenerat z łysą pałą recytował
tej śpiącej królewnie wiersze!
-Halo halo, Sylwio, jesteś w
pracy!-Zawołała.
-Nikogo tu nie ma oprócz
nas!-Wyszeptał ogolony na pałę miłośnik poezji.-A pani to niby
zna poezję i lubi? Pewnie nie, stąd ta reakcja. Pewnie nie ma pani
pojęcia o poezji, tylko o pieczątkach. A ja to proszę pani znam
poezję, ja znam się bardzo dobrze na poezji i to bynajmniej nie
tylko Mickiewicza i Słowackiego, proszę pani!-Zaczął stopniowo
coraz bardziej podnosić głos. Co zdanie, to o oktawę głośniej.-I
wie pani, co pani powiem? Czucie i wiara silniej mówi do mnie,
niż mędrca szkiełko i oko! Mickiewicz! I wie pani co? Porywam
ciebie, piękna Sylwio, matrono i królowo ogniska domowego,
moja Beatrycze i Salome, z tego królestwa biurokracji! A ta tu
hydra, smoczyca o cuchnącym oddechu mnie nie powstrzyma!
-Ale ja...-Zaczęła nieśmiało
Sylwia.
-Sylwio... Ja ciebie kocham! Czyż być
może? Czy mnie nie zwodzi złudzeń moc? Ach nie! Bo jasną widzę
zorzę i pierzchającą widzę noc! No, wychodź, porywam cię.
-Sylwio, jeżeli wyjdziesz, to ja
bynajmniej stanę na uszach, żebyś straciła tę
posadę.-Oświadczyła Halina.
-A co mnie to, a w dupie to mam!
Całujcie mnie wszyscy w dupę, jak mówił poeta!-Wykrzyknęła
nagle Sylwia i poderwała się w fotela. Zaczęła tańczyć,
niesamowicie lekko. Poszła do pokoju służbowego i zabrała swoje
rzeczy. Darek, bo jak się rozważny czytelnik domyśli, to on
przyszedł odebrać list, dopowiedział:
-Tuwim zdaje się. Ale nie lubię go,
był wulgarny strasznie. Poezja nie powinna być wulgarna, wystarczy,
że rzeczywistość jest wulgarna.
-Powariowali!-Wrzasnęła kobieta.-A z
tego tucznika i tak nie było pożytku!
-Pani obraża moją przyszłą żonę i
matkę moich przyszłych dzieci, Dejvida i Karyny!-Wykrzyknął
Darek.-Pierw Dejvid, rzecz jasna. Musi być syn, co by mój
tatuś był dumny tam u aniołków. Ale to nie zmienia faktu,
że pani obraża moją Kaliope, Erato czy tam inną Melpomenę. Wie
pani, kto to był? To były muzy! A muzy to były takie, co
natychały!
-Ej, chodź!-Zawołała Sylwia z
pokoiku pracowniczego.-Mój rycerzu, mój wybawco od
papierów i pieczątek!
-Racja, nie ma co rzucać pereł przed
wieprze... Jak powiedział poeta... Ale który?
-To w Biblii chyba pisało.-Powiedziała
Sylwia. Jej polonista powiedziałby, że się mówi nie
„pisze”, tylko „jest napisane”, ale w sumie... W sumie miała
gdzieś tego polonistę. Cierpiała przez niego za dużo. Tamta
miłość była toksyczna. Ta będzie prawdziwa. Czuła to.
Dowiedziała się, że ma na imię Dariusz, zaczęła się śmiać,
że to prawie jak jej brat, tylko jedną literkę zamienić. Oboje
śmiali się z tego przez kilka minut i zgadł, że brat Sylwii ma na
imię Mariusz. Matka zawsze rozpływała się, że jest to piękne,
rzymskie imię, że może je nosić tylko prawdziwy mężczyzna i
wyjątkowy człowiek, jak jej syn, samozwańczy facebookowy
szlachcic. Na randkę zabrał ją do osiedlowego kebaba. Siedzieli
przy stoliku i patrzyli sobie w oczy. A on wciąż komplementował:
„Sylwio, tak ślicznie jesz. Oj, uważaj, baraninka ci spadła.
Szkoda takiej pięknej bluzeczki, choć w sumie to można ją zdjąć,
hie hie hie”.
A pod wieczór ruszyli w świat i
nikt jej więcej nie widział, ale Darek wydał kilkanaście tomików.
I żyli długo i szczęśliwie.

Piękne, świeże i optymistyczne. Wchodzi lekko jak chleb ze smalcem. Like it :)
OdpowiedzUsuń