niedziela, 5 lipca 2015

Osiedlowa Erato


Długo i ciężko mi się pisało to opowiadanie, ale wreszcie jest. Lovestory, a raczej parodia Harlequinów i wszelkiej maści romansideł ludzko-wampirzych, wilkołaczo-ludzkich, międzyludzkich itp. itd. To także śmiech w oczy stereotypom i szufladkom. Zaznaczam, że nikogo nie chcę wyśmiać i obrazić, imiona jak zwykle z kapelusza :)

OSIEDLOWA ERATO
Wreszcie wolne. Od znaczków. Naklejek. Kopert. Niekończących się tłumów z awizami i wytrwałych poszukiwań poupychanych przesyłek. Haliny, która zawsze się czepiała. A to: „Sylwio, dlaczego ty to robisz tak niedbale?” „Sylwio, pracuj szybciej!” „Sylwio, ach Sylwio, czemu ty jesteś taka niemrawa?” „Sylwio, czemu ty jesteś taka niemrawa?” słyszała zresztą non stop. Chyba od pierwszych dni życia. Podobno wszystko robiła za wolno. Wolniej od kuzynki Karoliny. Matka stawała na uszach, by Sylwia choć w jednym punkcie prześcignęła Karolinkę. Na próżno. Karolinka wstawała w łóżeczku, gdy Sylwia dopiero ogarniała sztukę siadania. Gdy Sylwia zaczęła mówić „Mama”, „Tata”, „Da”, „Ne”, Karolinka wypowiedziała pełne zdanie. Sylwia zaczęła raczkować, gdy Karolina zasuwała na całego. Co z tego, że Karolina była cztery miesiące starsza. Matka chodziła z Sylwią po lekarzach. „Czemu ona jeszcze nie chodzi? Czemu nie mówi? Czy ona jest upośledzona?” „Sylwio, powiedz: ciasto! Nie! Nie! Nie! Ciasto, a nie cia! Cia- sto! No i powiedziała: cia... Czy ty mi to robisz na złość, dziecko?” I tak było po dziś dzień. Karolina już pomiatała ludźmi w call center i powtarzała, że każda kolejna przerwa na papierosa skraca znacząco czas pracy i powinna im potrącać z pensji, podczas gdy Sylwia od miesiąca pracowała na poczcie. Pracę tę załatwiła jej oczywiście matka. Nienawidziła tej pracy, ale coś trzeba było robić. Tej niedzieli rozkoszowała się odpoczynkiem od mechanicznego przybijania pieczątek. Leżała w łóżku, słuchając Beyonce. Marzyła, by być taka, jak ona, ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że krągłości Sylwii różniły się od krągłości Beyonce. Beyonce mogła mieć krągłości. Fakt istnienia krągłości u Beyonce był jak najbardziej wskazany i powszechnie akceptowany. Jednak Sylwia wiedziała doskonale, że ma tych krągłości za dużo. Dieta kapuściana- porażka. Dieta Dukana- jeszcze większa porażka. Na bezglutenowe bułki nie mogła już patrzeć. Matka miała teraz fazę, że gluten to zło. Założyła Stowarzyszenie Przeciwko Glutenowi. Nawet zamówiła serię koszulek z najbardziej przerażającym wizerunkiem szatana, jaki można było sobie wyobrazić. Rogaty warchoł trzymał w ręku kłos pszenicy, a pod pachą worek mąki i uśmiechał się złośliwie. Nie pomagały tłumaczenia Sylwii i ojca, że wstydzą się w czymś takim wyjść z domu, że to jest po prostu strasznie kiczowate. Matka krzyczała wtedy: „Czy wy wszystko robicie przeciwko mnie? Czy wy musicie podcinać mi skrzydła? Proszę, przyznajcie się wreszcie, że chcecie mnie zlikwidować, zakopać pod płotem, a za zasiłek pogrzebowy pojechać w rejs dookoła świata!” Sylwia nie miała celiakii, choć matka bezbłędnie ją zdiagnozowała. Zdiagnozowała u niej także anemię i chorobę afektywną dwubiegunową, choć ani lekarz rodzinny i badania krwi, ani hematolog, ani psychiatra, ani psycholog, nie potwierdzili tych straszliwych diagnoz.
Sylwia rozkoszowała się wolnością od pieczątek, papierów i znaczków oraz muzyką Beyonce, tylko do czasu. Znała doskonale gniewne, zamaszyste kroki i usłyszała je nawet przez słuchawki.

-Sylwio, czemu leżysz w łóżku jak nieżywa? Przecież tylko patrzeć, jak ten piękny dzień przeleci ci przez palce! Czy robiłaś już dziś poranną gimnastykę? Oczywiście, że nie!

-Mogę dziś odpocząć?

-Od czego ty chcesz odpoczywać? Już wstawaj, raz raz! Zacznijmy może od pajacyków...

-Mamo, proszę, nie. Ja strasznie głupio wyglądam, kiedy ćwiczę. Nie lubię tego...

-A kto ci się niby będzie przyglądał?

-A Mariusz?

Mariusz był młodszym bratem Sylwii, nastolatkiem niesamowicie leniwym, jeśli chodzi o prace domowe, pochłaniającym dwa razy tyle jedzenia, co Sylwia (mimo to również dwa razy od niej szczuplejszym). Bez przerwy ze wszystkiego się śmiał i żartował i ewidentnie przypalał trawkę. Sylwia go kryła. W prawdzie nie wiedziała, co konkretnie Mariusz łyka, wstrzykuje czy przypala, ale wiedziała, że nie zawsze jest w stanie pełnej świadomości. Był wielką nadzieją matki. Miał iść na medycynę lub farmację. Zupełnie mu się jednak nie chciało, trzykrotnie rzucał szkołę, ale raz dostał I-phone'a i jej nie rzucił, za drugą próbę dostał tablet Yoga i nie rzucił, a za trzecią miał dostać własny samochód na osiemnastkę i to też utwierdziło go w przekonaniu, by nie kończyć edukacji na drugiej klasie liceum. Jak już było wcześniej wspomniane, Mariusz śmiał się ze wszystkich i wszystkiego. Najbardziej z Sylwii. „Kaszalociku, przynieś mi Sprite'a z lodówki! No, raz, raz!””Ej, siora, ty nie jesteś przezroczysta, nawet powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Ja coś oglądam, wiesz?” Szczególnie z ćwiczącej Sylwii. Sam reprezentował szkołę w koszykówce, zasuwał też na siłowni, a to, że przypalał trawkę, jakoś szczególnie mu chwilowo w tym nie przeszkadzało. Kiedyś matka kazała mu Sylwię trenować, ale to był jeden wielki koszmar, bo tylko śmiał się z jej niezdarnych podskoków na skakance.

-Mariuszka nie ma. Ten chłopak wstał i pojechał na wykłady. Dla maturzystów!-Zawołała matka.-Już w drugiej klasie myśli o maturze! O takich sprawach trzeba myśleć z dużym wyprzedzeniem, Sylwio, a nie zostawiać wszystko na ostatnią chwilę.

-”Taa. Już ja widzę te jego wykłady.”-Pomyślała z ironią Sylwia. Była pewna, że brat z tych, niech jej tam będzie, wykładów, wróci znów późno i będzie wył ze śmiechu jak hiena na widok wąsów ojca albo matki, która od 22 paraduje po domu w podomce i papilotach, wyje wszystko z lodówki, pójdzie spać, a jutro wstanie o piętnastej. Kiedy zaś będzie spał, matka w kuchni rozpływać się będzie z zachwytu: „Jaki to wspaniały, pogodny chłopiec!”

-Sylwio, skończ proszę marudzić i narzekać i rób wreszcie te pajacyki. To jest nie do pomyślenia, że ty tak narzekasz. Ja nie wiem, na co ty tak narzekasz, bo ja ci za przeproszeniem tyłek miodem smaruję, a ty co? Wiecznie skrzywiona. Zobaczysz, zostanie ci tak i nikt cię nie zechce, zostaniesz starą panną, jak ta Marianna z środkowej klatki. Wiesz, dlaczego ona jest starą panną? Bo właśnie tak jak ty była wiecznie niezadowolona ze wszystkiego i skrzywiona i żaden chłop jej nie chciał! A przecież przez życie trzeba iść optymistycznie, myśleć pozytywnie, kroczyć z uśmiechem przez każdy dzień...-Już zaczynała boleć ją głowa, a to był dopiero początek.-Wyjmij, Sylwio, te słuchawki z uszu, kiedy do ciebie mówię. Ty ogłuchniesz w końcu. Ileż to można leżeć tak z tymi słuchawkami. A do pracy to ty nie miałaś dzisiaj iść?

-Jest niedziela, mamo. Poczta jest dziś zamknięta.

-A tak, faktycznie... No dobrze, to wstawaj i bierz się za ćwiczenia.

Sylwia dała za wygraną i powoli podniosła się z łóżka.

-Stop, stop! Sylwio, robisz to źle! Nie tak! Ja ci pokażę, jak się to robi! Raz- i- d-y-wa! Raz-i-d-y-wa!- Matka sama zaczęła podskakiwać jak pajacyk. Gdyby Sylwia nie była osobą bez poczucia humoru lub gdyby Mariusz podzielił się z nią tym, czym sam się od czasu do czasu, może za często, raczy, być może śmiałaby się teraz, ale jakoś nie potrafiła się śmiać, bo wydawało jej się, że ma strasznie głupi, irytujący śmiech i że w ten sposób nikt inteligentny śmiać się nie może. Wydawało jej się zresztą, że ludzie inteligentni wcale się nie śmieją. Eksperci w TVN zawsze wyglądali na poważnych, gdy mówili o sytuacji politycznej w Polsce. Dla jednych była bardzo dobra, dla innych- tragiczna. Ktoś mówił, że Polska jest krajem bogatym, ktoś inny- że nie, bo niektórych stać na chleb, ale nie stać na masełko, przypominali też, że Sylwia, Mariusz i ich rówieśnicy najprawdopodobniej nie będą mieli na starość emerytury. Ojciec mrugał wtedy okiem: „Córuchna, nie masz tam jakiego absztyfikanta? Bo pora postarać się o kogoś, kto na twoją emeryturkę zapracuje.” Kiedy usłyszał to brat Sylwii, walnął się otwartą dłonią w czoło i wybuchnął śmiechem.
-A u ciebie, Mariuszku, jak z tą miłą koleżanką?-Zapytała matka.
-Ja nie będę produkował bezrobotnych.-Mruknął Mariusz.-I na co mi baba? Będę miał robota, który będzie mi sprzątał i gotował.
Mężczyźni? Sylwia w życiu kochała tylko jednego. Polonistę z liceum. Była to miłość bardzo nieodwzajemniona, z syndromem ofiary, ponieważ rzeczony regularnie stawiał jej kiepskie oceny, bo mocna z polskiego delikatnie mówiąc nie była. Przez całe życie miała ogromne problemy z ortografią, nie mogła jej opanować, a i pisanie wypracowań nie szło jej najlepiej. Raz napisała wiersz, odczytała go przed klasą, ale później przez pół roku wszyscy się z niej śmiali. Polonista w typie młodego Borysa Szyca tylko pogratulował jej odwagi. Kręcił ją sposób, w jaki pochylał się nad dziennikiem i wpisywał kolejną jedynkę, gdy powiedziała, że „Wielką Improwizację” Gustaw/Konrad wygłosił w czasach II wojny światowej, na Mont Blanc. Lekko kręcone włosy blond tak zawadiacko opadały mu na czoło, a dłoń o długich, szczupłych palcach pianisty poruszała się powoli i metodycznie, pisząc czerwonym BIC'em „1”. Kiedy jej tłumaczył na osobności, że będzie musiała to poprawić, bo zaczyna robić się bardzo nieciekawie, upajała się jego głosem i ciężko było jej przyjąć do wiadomości, że „Zmierzch” nie jest literaturą romantyczną, przynajmniej nie w TYM sensie... Później nikt tak nie trafiał do jej serca, jak nauczyciel-oprawca.

Darek lubił w życiu tak naprawdę wyłącznie dwie rzeczy. Lubił to mało powiedziane. On to kochał. Po pierwsze więc- kochał golić głowę. Lubił, gdy jego brązowe, falujące włosy spadały powoli na podłogę. Mamuśka zawsze krzyczała, żeby ruszył tyłek, bo ona nie będzie ciągle po nim zamiatać tych kudłów. A ten tyłek miał ruszyć z łóżka, gdzie rozkoszował się Słowackim i powtarzał z pasją: „Duchowi memu dała w pysk i poszła...! Ej, to jest dobra kawalina!” W sumie to ustawki też dosyć lubił, ale nie przebijały one w niczym golenia głowy i polskiej poezji czy dramatów. Za czytanie polskich poetów jeszcze nigdy nikogo psy nie zwinęły, choć podobno było to możliwe za komuny. Podobno za komuny nie chcieli wystawić „Dziadów” i była wtedy niezła afera. Darka fascynowała przede wszystkim poezja, ale i dramaty Mickiewicza i Słowackiego (Mrożków i innych za bardzo nie rozumiał. „Babcia na katafalk?” Łotafak!), ciekawiło go, że poezja wcale nie musi się rymować, a taki „Pan Tadeusz”, choć calusieńki się rymuje i to elegancko się rymuje, należy do epiki, czyli tego samego rodzaju, co grube książki pisane ciurkiem, czyli powieści. Pożyczał tomy poezji z biblioteki, a polecały mu je dwie bibliotekarki: mała, pulchna pod sześćdziesiątkę i wysoka, szczupła blondynka z niczego sobie bufetem. Tę drugą chciał wyciągnąć na kawę do maka, ale nie chciała, bo przyszedł po nią ten pretensjonalny (pretensjonalny, czyli taki żenua i żal.pl) gość z polibudy (Darek potrafił siedzieć tam do zamknięcia biblioteki, kiedy akurat ona tam była. A czasem była na przykład od dziewiątej do czternastej, bo jechała na uczelnię, ponieważ była doktorantką (czyli taką ni studentką, ni wykładowczynią chyba), a do zamknięcia biblioteki o dziewiętnastej  siedziała pani Benia. Coś stukała na laptopie i uśmiechała się do niego. Gdy nie było ruchu, potrafiła wyciągnąć drewniany różaniec i modlić się na nim w ciszy. Mówiła, że odmawia jakąś nowennę (taka modlitwa, którą się odmawia dziewięć dni, choć tę, mówiła, odmawia się o wiele dłużej) Czasem, po zakończeniu pracy biblioteki, zostawali tam razem i opowiadała mu różne historie. To od niej wiedział o tych „Dziadach” za komuny, bo opowiadała mu, że sama protestowała przeciwko zdjęciu sztuki z afisza. W ogóle dużo mu mówiła o komunie. „Tamta władza robiła okropne rzeczy.”-Mówiła.-”Ale ludzie... Ludzie byli inni. Bardziej solidarni. Potrafili się zjednoczyć. Wychodzili z domu, spotykali się, rozmawiali... I w tych cholernych kolejkach ile przyjaźni się zawiązało! A teraz co? Ludzie zamykają się w domu, odgradzają od innych, a rozmawiają chyba tylko w tych internetach. A co to za rozmowa. Mam syna takiego jak ty, Pawełka, po maturze za granicę wyjechał i czasem rozmawiamy. Jest taki program, co można z nim rozmawiać jak przez telefon, ale go widzisz. Ty pewnie wiesz zresztą... Ale to nie to samo. Nie to samo. To jak w więzieniu, przez szybę...Wtedy to były inne czasy. Od razu było wiadomo, kto czym pachnie i na kogo uważać, choć i partyjniacy mieli czasem dobre serduszka, potrafili pomóc, ulitować się, coś załatwić i jednak warto było jakiegoś znać. A teraz co? Znieczulica, zbydlęcenie...

-Co byś, kotku, dzisiaj poczytał?-Pytała w godzinach pracy biblioteki, gdy nie było warunków do rozmowy.

-Coś o miłości, pani Beniu.-Odpowiedział pewnego dnia. Wtedy, gdy Julia wyszła z tym gościem z polibudy.

-Ha! Masz kogoś na oku?-Pani Benia uśmiechnęła się zalotnie. Musiała być z niej w młodości niezła rozrabiara, zdradzał to ten uśmiech.

-Dużo by gadać. Ona mnie nie za bardzo...

-Ma kogoś?-Jakoś podświadomie wyczuł, że ta kobieta wie, o kogo chodzi.

-Chyba tak.

-Oj, biedny chłopak.

-Oj tam, oj tam. Nie ona pierwsza i nie ostatnia.

-Dobre podejście!

-No, to co pani poleca? Ostatnio jak jechałem na mecza to przeczytałem całego Adasia...

-Wszystko Mickiewicza?

-Wszystkie wiersze bynajmniej...

-Czyli zdecydowanie nie wszystkie?-Uśmiechnęła się łobuzersko pani Benia.-”Bynajmniej” to nie „przynajmniej”, miśku. Bynajmniej to zaprzeczenie, nawet wzmocnienie zaprzeczenia. „-Jesteś księdzem?; -Bynajmniej, mam żonę i dziecko.”

Darek roześmiał się. Bibliotekarka była trochę jak matka. Jego własna matka w tym momencie malowała się i śpiewała: „Oj, pieniążki kochane, kiedy was dostanę?” Mimo dawno przekroczonej pięćdziesiątki miała dwie dziary- jedną nad pęknięciem pleców, drugą- na ramieniu. Usta malowała na kolor jaskraworóżowy, robiła niesamowicie grube kreski na oku, tak, że wszystkie sąsiadki cisnęły z niej bekę. Do tego przydymione oko. Jarała jak smok prawie trzy paczki dziennie, nie pogardziła bronkiem i przede wszystkim chodziła do Remontu czy Siedemdziesiątki z młodszymi koleżankami. Do czasu, aż nie skończyła się kasa. Raz ją widzieli, gdy wracali z kumplami z ustawki. Miała problem z utrzymaniem równowagi, szczególnie na dwudziestocentymetrowych szczudłach z Marywilskiej; oraz porwane rajstopy. Misiek i Mati śmiali się: „Ty, Daro, toż to przecież twoja stara!” „Morda!”-Odpowiedział wtedy. W sumie to uważał się za człowieka spokojnego i bezkonfliktowego, ale za trzy rzeczy groziła od niego lepa. Po pierwsze: za wyśmiewanie ukochanego klubu. Po drugie- za wyśmiewanie matki. I po trzecie- za jakiekolwiek żarty na temat miłości do poezji. Łuki raz odkrył tę jego tajemnicę i wszyscy mieli bekę, ale dojechał paru i się raz na zawsze zamknęli. Co oni zresztą mogli wiedzieć w ogóle o poezji? On też kiedyś nie wiedział o niej nic, bo w domu nie było ani jednej książki. Do czasu, aż usłyszał wiersz Danuty Wawiłow, o dzieciaku, który wyszedł z domu i wędrował po świecie, zabierając ze sobą płaczącego chłopca i czarnego kota, którego każdy kopał i przeganiał. Gdy ruda Ania z VI C recytowała go na apelu, popłakał się. Normalnie się popłakał. Drugi raz, gdy w gimnazjum przeczytał taki wiersz „Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie... Tęskno mi, Panie.” Teraz już wiedział, że to Norwid. Nawet chciał coś sam napisać, ale w wierszu takie słowa jak „dupa”, „cycuchy”, „dobry bufet”, „dobra dupa”, „zimna suka” wyglądały co najmniej dziwnie. Przestał więc pisać, zresztą wydawało mu się, że wszystko, dosłownie wszystko już ktoś kiedyś napisał. No i nie było właściwie dla kogo pisać. Andżela była słodka jak dziecko. Chyba że się jej czegoś odmówiło. Nacisk miał wtedy trzy etapy. Najpierw ostrzegała słodkim głosem, że tupnie nóżką. Później faktycznie tupała ostrzegawczo nóżką. Później był foch. Na fejsie roiło się od tekstów o kobiecych fochach. Ona chyba wyuczyła się tego wszystkiego na pamięć i ćwiczyła na nim. No i była jeszcze groźba, że powie tatusiowi... Po tym rozstaniu zostało mu opiewać pryszczaty ryj Seby, ale co tu opiewać, jak tu nie ma nic do opiewania? Marzył o prawdziwej kobiecie.
Przy niedzielnym obiedzie z Karoliną, jej przystojnym narzeczonym (oboje wyglądali jak księżniczka i książę Disneya, tyle że byli księżniczką i księciem z korpo) i ciocią Ulą, doszło do koszmarnej awantury. Sylwia cieszyła się w duchu, że to nie ona jest tym razem chłopcem do bicia, ale Mariusz. Rozmowa była o tym, że młodzi ludzie nie chcą dziś pracować, no chyba że od razu za cztery tysiące.

-Albo w firmie Szlachta nie pracuje, prawda?-Uśmiechnęła się Karolina, patrząc prosto na brata Sylwii, który ostatnio ustawił sobie na Facebooku, że: „Pracuje w firmie: Szlachta nie pracuje jako Zawód: syn”. Wtedy rozpętało się piekło. Ojciec ostro się wściekł i zapowiedział, że od teraz to obecny tu Pan Sarmata będzie utrzymywał rodzinę i że kończy się dla Mariusza dopływ kasy. Ten trzasnął drzwiami i wyszedł, a mama zaczęła się drzeć na tatę, że jest bezlitosny. I tak dalej. Przynajmniej tym razem w spokoju zostawiono Sylwię, która wręcz niespostrzeżenie wymknęła się do pokoju, by dołować się tym, że poniedziałek jest coraz bliżej. Poniedziałek i znienawidzona praca.
No a Darka po wszystkich Królewskich potwornie bolała głowa. Do domu odwoziła ich siostra Matiego, wściekła na cały świat. Wstał o pierwszej i sięgnął po tomy przyniesione ostatnio z biblioteki. Tym razem nie miał czasu na grzebanie, spieszył się na rozmowę w sprawie stażu w pierogarni, więc tylko losował z półki z poezją polską. Tylko polską, innej nie czytał, choć piękna bibliotekarka Julia przekonywała, że Goethe jest piękny. I Whitman. Ale jest Polakiem i co, mało to polskiej, pięknej poezji, że trzeba zaraz Niemców czytać? Jak mówi przysłowie, Polacy nie gęsi i swój język mają! Kto wie, czy ten cały Goethe nie był jakimś tam esesmańcem... Wyciągnął Broniewskiego, ale ten niezbyt mu się podobał. To była poezja, ale jak nie poezja. Jakieś płuca wyplute nie bolą... Tak to by i on napisał. A Darek był czytelnikiem wymagającym. Lubił czytać tylko takie rzeczy, jakich sam by nie napisał. Kiedyś piękna Julia podrzuciła mu Wojaczka i Bursę, ale też mu się nie podobali. Coś takiego to dla niego w ogóle nie była poezja. W poezji nie powinno być bluzgów. Z bluzgami to i on by napisał, dlatego nie pisał.
Matkę również bolała głowa. W piątek dostała pieniążki kochane, los fortunę zesłał jej, więc w sobotnią noc poszła na tańce z koleżankami. Narzekała, że wydzwania do niej taki nieduży z wąsikiem, rzeczywiście przez całą niedzielę telefon nie milknął. Mówi, że dobry chłop, ale nudny. Na tańcach zachowywał się jak prawiczek na studniówce albo raczej balu gimnazjalnym.
Sylwia rozkoszowała się przy znienawidzonej robocie czymś zakazanym. Kanapką z salcesonem, panie! Zwykła bułka, nie bezglutenowa! Jedzenie tego, co tuczy, było jedyną zakazaną rzeczą, jaką odważyła się zrobić Sylwia. Najlepiej, kiedy matka tego nie widziała, bo kiedy widziała, nie mogła obyć się bez kazań. A nie było pod słońcem nic lepszego, niż mięsko. Było po 11, czyli jeszcze mało ludzi przychodziło na pocztę, ruch zacznie się około piętnastej. W połowie jedzenia przez Sylwię zakazanej kanapki do okienka podszedł chłopak z awizo. Taki typowy dresik. Przypakowany, w krótkich spodenkach i tatuażem-smokiem na nodze, w czapce bejsbolówce z charakterystycznym haczykiem Nike (ten rodzaj czapki brat Sylwii nazywał „wpierdolką”, była jakaś nowa moda na fejsie. Sylwia rzadko coś wstawiała na swojego wall'a, za to wiedziała wszystko o znajomych. Połowa klasy brała śluby, dwie klasowe pary się już rozwodziły, Milena miała panieńskie dziecko, Bartek uciekł do Irlandii, Marta do USA, Piotrek do Niemiec, wszyscy troje wyklinali polskich polityków, Paulina, która uwielbiała imprezować, chodziła w bluzkach, które podkreślały ogrom jej biustu i raz kręciła z jednym chłopakiem, za chwilę z innym, na pierwszym roku studiów nawróciła się i ciągle wrzucała coś o Bogu... Teraz znała ich tylko z fejsa. Trochę szkoda), czapka wydawała się za mała na jego dość dużą głowę i trochę odstające uszy. Cisnął jej awizo. W pewnym momencie jakoś zaszklił mu się wzrok. Sylwia ruszyła na poszukiwania jego listu. Pochyliła się. Wyciągnęła. Całe szczęście nie trzeba było specjalnie latać. Podeszła z powrotem do okienka.

-Lubi pani salceson?-Zapytał nagle.

-Co?-Zdziwiła się. Co to w ogóle za pytanie.

-Moja mama kiedyś pracowała w mięsnym i zawsze przynosiła mi trochę salcesonu i kiełbasy. Brałem pęto w rękę i grałem na kompie. Tatuś się ciągle wściekał, że tylko siedzę i gram, zamiast z chłopakami na dwór iść. Dobry był chłopina, ale pani posłucha. Spasł się jak się postrzelił w nogę i umarł.-Ostatnie słowo wymówił „umar”.-Cukrzycę miał i nie wiedział o niej. Ale się strasznie spasł, naprawdę. Wie pani, spasł się tak, że musieli dźwig podstawić do okna, żeby go do kostnicy zabrać.

-O Jezu...-Westchnęła Sylwia.

-Tak tak. Seryjnie mówię. Ale pani to pasuje. Ładnie tak pani. Jakby pani była chuda... Nie, to by do pani nie pasowało. Pani wygląda jak taka matrona, taka królowa ogniska domowego, taka rzymska czy tam grecka bogini.

-Raczej jak posążek Buddy, ale dziękuję.-Odparła, bardzo zdziwiona. Żaden facet jej nigdy nie powiedział, że wygląda jak bogini. I skąd w słowniku dresiarza takie słowa jak matrona.

-I jeszcze ten humor i dystans do siebie. Lubię jak kobieta ma poczucie humoru. O! „Lubię, kiedy kobieta”! Piękny wiersz, zna go pani?

Znała. Jej polonista w typie młodego Szyca czytał go kiedyś na lekcji takim zmysłowym, seksownym głosem. Później te wredne panienki, ta Aśka spalona przez solarkę (jej też nikt nie lubił. Mówili na nią „Maxi King”, jak ten baton- na zewnątrz czarna, w środku biała...) i Dorota śmiały się z niej, że się buja w poloniście, bo podobno obserwowały ją przez całą lekcję i widziały zakochany wzrok. Ale skąd ten zabawny chłopak mógł znać wiersze? Przypominał jej trochę tego dzieciaka z łysą czachą i wielką głową z bajki „Jerry i Paczka”.

-Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu. Kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu...-Zniżył nagle głos i dostał lekkiej chrypki.

Halina spoglądała krzywo ze swojego biurka. Tego trzeba, żeby jakiś degenerat z łysą pałą recytował tej śpiącej królewnie wiersze!

-Halo halo, Sylwio, jesteś w pracy!-Zawołała.

-Nikogo tu nie ma oprócz nas!-Wyszeptał ogolony na pałę miłośnik poezji.-A pani to niby zna poezję i lubi? Pewnie nie, stąd ta reakcja. Pewnie nie ma pani pojęcia o poezji, tylko o pieczątkach. A ja to proszę pani znam poezję, ja znam się bardzo dobrze na poezji i to bynajmniej nie tylko Mickiewicza i Słowackiego, proszę pani!-Zaczął stopniowo coraz bardziej podnosić głos. Co zdanie, to o oktawę głośniej.-I wie pani, co pani powiem? Czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko! Mickiewicz! I wie pani co? Porywam ciebie, piękna Sylwio, matrono i królowo ogniska domowego, moja Beatrycze i Salome, z tego królestwa biurokracji! A ta tu hydra, smoczyca o cuchnącym oddechu mnie nie powstrzyma!

-Ale ja...-Zaczęła nieśmiało Sylwia.

-Sylwio... Ja ciebie kocham! Czyż być może? Czy mnie nie zwodzi złudzeń moc? Ach nie! Bo jasną widzę zorzę i pierzchającą widzę noc! No, wychodź, porywam cię.

-Sylwio, jeżeli wyjdziesz, to ja bynajmniej stanę na uszach, żebyś straciła tę posadę.-Oświadczyła Halina.

-A co mnie to, a w dupie to mam! Całujcie mnie wszyscy w dupę, jak mówił poeta!-Wykrzyknęła nagle Sylwia i poderwała się w fotela. Zaczęła tańczyć, niesamowicie lekko. Poszła do pokoju służbowego i zabrała swoje rzeczy. Darek, bo jak się rozważny czytelnik domyśli, to on przyszedł odebrać list, dopowiedział:

-Tuwim zdaje się. Ale nie lubię go, był wulgarny strasznie. Poezja nie powinna być wulgarna, wystarczy, że rzeczywistość jest wulgarna.

-Powariowali!-Wrzasnęła kobieta.-A z tego tucznika i tak nie było pożytku!

-Pani obraża moją przyszłą żonę i matkę moich przyszłych dzieci, Dejvida i Karyny!-Wykrzyknął Darek.-Pierw Dejvid, rzecz jasna. Musi być syn, co by mój tatuś był dumny tam u aniołków. Ale to nie zmienia faktu, że pani obraża moją Kaliope, Erato czy tam inną Melpomenę. Wie pani, kto to był? To były muzy! A muzy to były takie, co natychały!

-Ej, chodź!-Zawołała Sylwia z pokoiku pracowniczego.-Mój rycerzu, mój wybawco od papierów i pieczątek!

-Racja, nie ma co rzucać pereł przed wieprze... Jak powiedział poeta... Ale który?

-To w Biblii chyba pisało.-Powiedziała Sylwia. Jej polonista powiedziałby, że się mówi nie „pisze”, tylko „jest napisane”, ale w sumie... W sumie miała gdzieś tego polonistę. Cierpiała przez niego za dużo. Tamta miłość była toksyczna. Ta będzie prawdziwa. Czuła to.

Dowiedziała się, że ma na imię Dariusz, zaczęła się śmiać, że to prawie jak jej brat, tylko jedną literkę zamienić. Oboje śmiali się z tego przez kilka minut i zgadł, że brat Sylwii ma na imię Mariusz. Matka zawsze rozpływała się, że jest to piękne, rzymskie imię, że może je nosić tylko prawdziwy mężczyzna i wyjątkowy człowiek, jak jej syn, samozwańczy facebookowy szlachcic. Na randkę zabrał ją do osiedlowego kebaba. Siedzieli przy stoliku i patrzyli sobie w oczy. A on wciąż komplementował: „Sylwio, tak ślicznie jesz. Oj, uważaj, baraninka ci spadła. Szkoda takiej pięknej bluzeczki, choć w sumie to można ją zdjąć, hie hie hie”.

A pod wieczór ruszyli w świat i nikt jej więcej nie widział, ale Darek wydał kilkanaście tomików. I żyli długo i szczęśliwie.  

1 komentarz:

  1. Piękne, świeże i optymistyczne. Wchodzi lekko jak chleb ze smalcem. Like it :)

    OdpowiedzUsuń