Od serca do klawiatury
czwartek, 22 lutego 2018
Życie dobrze sklejone, czyli Historia Pewnego Małżeństwa
Postanowiłam wrócić do pisania. Oto premiera. Historia pewnego małżeństwa, które wylądowało na terapii rodzinnej przez... Przez, wydawałoby się... Błahostkę.
Wszelka zbieżność danych (oprócz osób publicznych) jest przypadkowa. Nie miałam zamiaru nikogo wyśmiewać czy urazić, niektóre określenia pojawiają się po to, aby uwiarygodnić bohatera. Uwaga! Nie czytać na pusty żołądek :)
Nie ulegało wątpliwości: to była terapia ostatniej szansy. Terapia, która przesądzi o „być albo nie być” tego małżeństwa. Oboje byli zatopieni w myślach i tak samo wściekli. Wściekli, bo muszą tu być. Wściekli, bo oczekiwanie się przedłuża. Wściekli, bo wszystko poszło zupełnie nie tak. Wściekli, bo po cholerę właściwie ta cała terapia małżeńska, skoro na tę drugą stronę nic nie działa? A może nie warto było wtedy aż tak się spieszyć ze ślubem, skoro ciąża okazała się urojoną? No przecież to wszystko nie ma sensu... To wszystko to tylko...
„...Tylko o dupę roztłuc!”- Dlaczego zlekceważył tak poważne sygnały? Dlaczego tak zaślepiła go miłość? No dobra, wiadomo, że nie wszystko widać od razu, ale przecież później było parę takich sytuacji, w których wszystko powinno być już jasne, widoczne jak na dłoni. Powinno być jasne, że Wiki to... Może nie zła, ale na pewno dość dziwna kobieta jest. No, ale jak ktoś nawet i jest dziwny, to jeszcze nie powód, żeby go spuszczać na drzewo. Zwłaszcza, że w takiej sytuacji, w jakiej był Antek Chalimoniuk, lat 32, to już naprawdę za bardzo nie można wybrzydzać... No bo, taka sytuacja: całe życie dokuczali mu, że jest rudy. Całe życie, od przedszkola, w szkole też, we wszystkich szkołach. Przez to wszystko kumplował się tylko z Łukim, ale to tylko dlatego, że tamten się do niego przyczepił. A Łuki był... Też co najmniej dziwny. Śmierdział kotem (matka trzymała ich w mieszkaniu z dziesięć, "Bardziej o nie dba, niż o dzieciaka"- mówiła matka Antka, Helena Chalimoniuk), a w podstawówce obdzielił całą klasę wszami.
Jakby nie dosyć było rudych włosów, Antek od okresu dojrzewania rozpaczliwie walczył z pryszczami. Kiedyś na biologii zapatrzył się na Martę, siedzącą przed nim córkę właścicieli sklepu mięsnego. No, konkretnie na stringi wystające z obcisłych biodrówek pięknej Marty i przez przypadek rozdrapał sobie to dziadostwo do krwi. Rzucił do Łukiego dość głośnym, spanikowanym szeptem: „Ej, Łuki, kuźwa, masz chusteczki? Pryszcza se rozdrapałem...” Marta usłyszała to, ale nie zmartwiła się, krzyknęła za to na całą klasę: „Oblech! Jesteś oblechem nad oblechami, który ma wszystkich oblechów pod sobą, jesteś gorszym oblechem od tego twojego cholernego kolesia!” Innymi słowy, w jej oczach był już skończony, nawet na stringi nie mógł już sobie popatrzeć, bo tak ją obrzydził, że się przesiadła. Ostatecznie, któregoś wieczoru po wypiciu siedmiu piw „Wojak”, zaciągając się przed lustrem Viceroyem tatki, powiedział sobie: „No i dobrze, maleńka. Jeżeli nie możesz mnie znieść kiedy jestem najgorszy, to cholernie pewne, że nie zasługujesz na mnie, kiedy jestem najlepszy”. Jak się można domyślić, to nie z Martą Antek, który nie był już rudy i pryszczaty, choć na twarzy pozostały ślady po wyciskaniu, czekał teraz na terapię małżeńską. Czekał na nią z Wiki. I już czuł od niej TEN zapach. Ten doskonale znany. Ten znienawidzony. Właściwie to roznosił się on nawet chyba po całej poradni.
Zakochali się od pierwszego wejrzenia wtedy w sklepie, krótko przedtem, jak Antek, rudy i jeszcze pryszczaty, choć walka zbliżała się powoli do ostatniej prostej, stracił robotę na budowie. Stracił przez to, że busik mu uciekł. To znaczy, dziesiąty raz busik mu uciekł, bo sukinsynek jeździł se jak chciał, a nie jak w rozkładzie stało. No ale mniejsza o to, dzisiaj robił w ochronie, w takim obskurnym klubiku niby tam dla studentów, ale generalnie to złaziło się mnóstwo pijanych gówniarzy i działy się sceny, rzec by można, dantejskie. Po tym jak wredny busik mu uciekł, Antek udał się do spożywczo-monopolowego „Słoneczniczek”. Chciał Camele żółte i energetyka. W owym czasie jego dieta składała się z papierosów, energetyków i zupek chińskich, choć niekiedy lubił też opitolić kebaba u Mietka. Jak go otwierali, ale była, panie, inba! Był i wójt, i ksiądz, i lokalna prasa i nawet Shazza przyjechała śpiewać. Bo wtedy jej gwiazda już nieco przygasła, no i wiadomo, nie miała co wybrzydzać... Tego dnia Mietek dawał wszystkie dodatki za darmo, ile i co kto chciał, sosy i wszystko, wszyściuteńko, a płaciłeś zasadniczo za samo mięcho i pitę. Ależ była wyżerka! Takiej wyżerki Antek nie pamiętał, odkąd ostatni raz przyjechał wujek Czesiek i z ojcem ubili wieprzka! Ehhh, kiedyś to były czasy, a teraz nie ma czasów... Nie ma wujka Cześka, to i wieprzobicia też nie ma.
Wiktorię widział już kilka razy w tym sklepie. W końcu często tu bywał, a ona pewnie już jakoś od roku tu pracowała. Wcześniej jednak zawsze się spieszył. Wtedy akurat nie było już po co się spieszyć, bo ta historia z tym busikiem to jakieś jedno wielkie chamstwo i drobnomieszczaństwo było. Wiki siedziała wówczas w pewnym oddaleniu od kasy i wcinała pierogi, najprawdopodobniej jakieś sklepowe, nie domowe. Z jakiegoś powodu przez pewien czas jej się przyglądał. Wyglądała niczego sobie, nawet z tym tłuszczem na brodzie i jakowąś zabłąkaną skwarką. A pachniało w tym sklepie! Ehhh... Napotkawszy na sobie jego badawczy wzrok, Wiki rzuciła:
-Kupne. Nie to co domowe, zresztą to od razu widać, słychać i czuć. No ale co zrobię, trza się cieszyć tym, co się ma, nie? Ej. Chcesz jednego?-Spytała.
-Nie, dzięki.-Odpowiedział, nadal na nią patrząc.
-To dobrze, bo i tak bym nie dała.-Roześmiała się. Jej śmiech, trzeba przyznać, był całkiem uroczy.-A co dla ciebie?
-Camele żółte. I energetyka. Tego co zwykle.
-No przestań z tym świństwem. Sama chemia, pani Skłodowska!-Rzuciła z buzią pełną sklepowych pierogów ruskich. Wtedy spytał nagle:
-Ej?
-Taa...
-Będziesz w sobotę na Święcie Pieroga?-Zapytał.-Widzę, że chyba lubisz, pewnie nie odpuścisz takiej imprezy?
-No proste, że będę, dziecino.-Oświadczyła Wiki.
Dwa lata później odbył się ich ślub. Antek, po utracie roboty na budowie, zaczepił się w kebabie u Mietka, który zresztą jakiś czas temu zamknął w jasne cholere tego kebaba. Teraz z zięciem mieli food trucka. Interes z tym food truckiem szedł znacznie lepiej, bo jak się zrobiło głośno o tych tam, emigrantach z Syrii to coraz trudniej o klientów w kebabie było, choć u Mietka żaden emigrant czy tam imigrant nie robił, to był raczej biznes można powiedzieć rodzinny, a w ich wsi to w ogóle takich nie było, może jeden Murzyn się przewinął parę lat temu, no i wszystko. Zresztą tego Murzyna Antek widział tylko raz, w tym barze Mordovña przy drodze krajowej. Kiedy leciał hicior Big Cyców ze sweet 90's, "Makumba", akurat do baru wbił Murzyn i zamówił dużą Colę. W Warszawie widać trochę więcej, różnych tam kolorów tęczy. Po ślubie nie mieszkał jeszcze z Wiki, na co ona straszliwie narzekała. Nie mieszkał, bo wyjechał na trochę do brytoli. Po powrocie od brytoli stać ich było, żeby sprowadzić się do Warszawy. Do tego Eldorado. Do tego nieskończonego kosmosu możliwości. Właśnie po wspólnym zamieszkaniu w Warszawie coś zaczęło się psuć. A przecież mógł się wszystkiego domyślić już na tamtym pamiętnym Święcie Pieroga! Przecież mógł przewidzieć, co się będzie działo, jeżeli zwiąże się z tą kobietą, ożeni się, zamieszka...
Mógł już wtedy przewidzieć. Zeżarła ich 150, gospodynie nie nadążały z klejeniem kolejnych. Wygrała konkurs, prześcignęła nawet grubego Waldka z dziobatą twarzą, który zresztą podczas konkursu jedzenia pierogów mało nie przeszedł się na tamten świat. Wygrała nagrodę, książkę Paulo Coelho „Nad brzegiem rzeki Piedry usiadłam i płakałam”. Zostały z miejscowej Biedronki to rzucili. Wcale go to nie przeraziło, ani nic. Prawdę mówiąc, wtedy uznał to za dość słodkie i rozczulające. Ot, piękna dziewczyna, która lubi jeść pierogi. Przecież każdy ma jakieś tam swoje ulubione danie, choć on najbardziej lubił kebaby od Mietka. No i świniaka od wujka Cześka, ale jak wujka Cześka nie było, to i świniaków nie było. Mimo iż zjadła tyle pierogów, nic jej się nie działo. Nic, zupełnie nic. Podrygiwała pod sceną Święta Pierogów. Grał jakiś kiepski zespół disco polo. Śpiewali „Byłem cały twój, caluteńki tylko twój...” i coś tam jeszcze o cyckach i dupci, szału nie było, zresztą, oni grali tylko support przed prawdziwą Gwiazdą, MiLenną Artemidą. Może i kiepski pseudonim, ale ludzie ją lubili, zresztą jakoś przecież musiała ukryć, że naprawdę nazywa się Hanna Szczybrocha.
Później wskoczył gimnazjalny zespół reggae z pobliskiego powiatowego miasteczka. Generalnie cały występ polegał na wypiskiwaniu cieniutkimi głosikami do bujającej muzyczki ściągniętej z Chomikuj.pl, sklejonej przez jakiś tam GallAnonim Soundsystem: Jah, rasta, Babilon, mamona, ganja. Peace. Love. THC, Selasie, Babilon, Jah, Ja i Ja, sensimila, peace mamona, Babilon, rastafari, ajajaj, love, Selasie Jah Jah, Babilon, mamona, ganja peace love. I tak przez najbliższe 20 minut, te same słowa w różnych konfiguracjach. A później Ona. Gwiazda, gwiazda. Ludzi fantazja. Artemida Szczybrocha w różowych kozaczkach sięgających prawie do tyłka z takim wihajstrem jak miała ta, Czarodziejka z Księżyca. To była taka broszka, dzięki której ta blondi zamieniała się ze zwykłej piedrołowatej nastolatki z warkoczykami w czarodziejkę. I ta Szczybrocha, znaczy MilLena, no ona se właśnie coś takiego podobnego na buty rzuciła. Oprócz tego miała różowo-złotą sukienkę mini, białe futerko i marynarską czapkę na głowie.
-No, chyba wreszcie schudła po ciąży.-Rzuciła do Antka Wiki, porywając ze stołu kolejnego pieroga. Tym razem próbowała pielmieni.-Fajne te pierożki. W takim no... Takim wiesz, fantazyjnym kształcie. Niby nie wyglądają jak pierogi, ale wiesz, że to i tak są pierogi, tylko że inne, w kształcie takim niepierogowatym.-Uśmiechnęła się słodko. Wówczas nie wytrzymał, pocałował ją. I nawet nie przeszkadzało mu, że buzię miała całą w tłuszczu od pierogów, że czuć było ją całą tym charakterystycznym, pierogowym, mączno-farszowato-cebulowym zapachem. MilLena Szczybrocha czy tam Artemida zaczęła śpiewać:
-Kochałam cię, a ty mnie nie, wolałeś ją, więc muszę zapomnieć cię. La la la. Ye Ye Ye. Jesteście tam? Jemiołkowo, jak się bawicie? Łapki w górę, moje miśki łośki kochane. Love sto procent. Energia!
Następna piosenka brzmiała mniej więcej:
-Kochałeś ją, zdradziła cię, co będzie teraz? Luj wie. La la la. Ye Ye Ye.
-Pokaż dupę! Pokaż dupę!-Skandowali miejscowi chłopcy.
-A teraz mój największy hit! Zaśpiewam po angielsku! I loved you, and you did not me, you preferred her, betrayed you, forget her, I will forget you so it will be best, no? Dzięki, kochani! Super się bawicie! Mega pozytywna energia, ja w ogóle, nie, to bynajmniej kocham te no, Jemiołkowo, bo tu się wychowała cioteczna babcia siostry mojego stryjecznego szwagiera drugiego męża mojej ciotecznej babki, nie? Buźki!Kocham was, ludzie tutaj są po prostu debeściaki, wszędzie indziej są żal.pl! Jemiołkowo First, hihihi! No, teraz to już naprawdę spadam, przypudrować noska! Całusów sto dwa, ajlawju!
-Ona jest super!-Powiedziała do swojego taty dziewięcioletnia mniej więcej dziewczynka z rzędu przed nimi. Kiedy Antek wyobrażał sobie, jak wyglądała Wiki, będąc taką dziewczynką, w tej właśnie chwili wpadli na nich gimnazjalni rasta w towarzystwie jakiegoś sebixa w przekrzywionej czapie, który wykrzykiwał: Sadzić! Palić! Zalegalizować! Gówniarze nie patrzyli w ogóle pod nogi.
-Ej, RadziJah, odepniesz mi tego dreda? Starzy się wściekną.-Mruknął jeden z nich.
-No pronto, TomJah.-Rzucił ten drugi.-Ej, MirJah, masz tego jamajskiego pendrive Kingston, co z niego riddimy odpaliliśmy, nie?-Przed chwilą mignęła im MilLena Szczybrocha w towarzystwie dwóch goryli. Później spotkali ją raz jeszcze, pod tojkami. To znaczy się, MilLena miała własną tojkę, prywatną, taką tylko dla siebie, było na niej naklejone złote serduszko z napisem VIP, ale przez „W”.
-Drodzy państwo, ale to jeszcze nie koniec artystycznej części! Już za chwilę wystąpi zespół gospodyń narodowych polskich miejscowego Domu Kultury. Oto i one, Radosne Grażynki! I taka ciekawostka, drodzy państwo. Nazwę swoją zespół zawdzięcza temu, że w jego skład wchodzą same Grażynki! W dodatku wszystkie są siostrami!-Rzucił konferansjer, szpakowaty były radny, wyjątkowa menda i cwaniak, dlatego już były. Po dwudziestu latach kadencji ludzie się na nim poznali i odspawali od stołka.
-Zalecoł mi się łoj Swierzyn, łoj Swierzyn, łoj Swierzyn świniorz
I co niedziela tu do mnie, tu do mnie, tu do mnie przyloz
I choć padało, choć było ślisko, to się przywlekło to świniorzysko
I choć padało, choć było ślisko, to się przywlekło to świniorzysko-
odśpiewały Radosne Grażynki, ile sił w ich dosyć pokaźnych piersiach.
Napisał ci mi na bibu, na bibu, na bibulinie,
Że mnie tak kocha, jak swoje, jak swoje, jak swoje świnie
A ja mu na to, na papiurecku - zeń się ze świnią , mój świniorecku
A ja mu na to, na papiurecku - zeń się ze świnią , mój świniorecku
(z rep. zespołu Mazowsze, muz. Tadeusz Sygietyński, sł. Mira Zimińska-Sygietyńska)
Na sam dźwięk słowa „świnia” Antkowi pociekła ślinka. Piosenka o świniorzu przywołała wspomnienie świniobicia z wujkiem Cześkiem. Wiki natomiast, tłustymi od pierogów rączkami z francuskim manicure (dopiero niedawno dowiedział się, od siostry młodszej, za którą taki jeden uszaty od Babuśków ciągle wołał "Justyna, zrób mi syna", że ten manicure nazywa się "french") otarła mu tę ślinkę.
-Cio ci się stanęło, skarbuniuniuniu?-Zapytała.
-Takie tam. Stare czasy. Kiedyś to były czasy, a teraz już nie ma czasów. Kiedyś to były świniobicia, a teraz... Wujka już nie ma, zatem nie ma i świniobicia.
-Świniobicie? Przecież to jest nieludzkie. To znaczy ja tam jakąś wegetarianką nie jestem, nie żeby coś, ale ja nie lubię takiego czegoś. No to jest dla mnie po prostu wysoce nie ten. Niehumanistyczne. Czy jakoś tak.
-Tak samo moja matula myśli, ci powiem. Ale ja uważam, że dobre świniobicie nie jest złe.
-Antoś, nie marudź tylko chodź na pierogi. Wjechały następne.
***
Ślub odbył się więc dokładnie dwa lata później. W remizie strażackiej. Wszyscy pozostali przy życiu wujkowie Antka bili się o taniec z Wiki. Kiedy rzuciła za siebie welon, złapała go kuzynka. Brat Wiki, Robert, już mocno pijany, poszarpał się ze swoją dziewczyną, bo nie chciał łapać muszki, a ona bardzo liczyła, że złapie welon, a on muchę i to im się sprawdzi. Na stole był rosół, trzy rodzaje pierogów, Zbyszko Trzy Cytryny i Cola, ale nie ta prawdziwa. Wódka oczywiście też, ale szybciej od niej zniknęły pierogi. A później była krótka rozłąka, po której mogli sobie pozwolić na przeprowadzkę do Warszawy. Antek rozważał ściągnięcie Wiki do siebie, do Londynu, bo czy w Warszawie, czy nie w Warszawie, to ciężko się w tej Polsce żyje, ale nie chciała. Po jego powrocie razem z mamusią nagotowała pierogów. Kiedy sprowadzili się do Warszawy, również. I tak co dzień. Przez kolejne lata. Pierogi były wszędzie. W lodówce. W łazience. W szafach i szafkach. W piwnicy. W koszu na bieliznę. W pralce. Część Wiki zamroziła, żeby były na zaś. Antek wiedział, że o takich jak on i Wiki, to ci rodowici młodzi warszawiacy szpanerzy co kochają Mozila, Organka czy tam innego Dawida Podsiadło, mówią „słoiki”. Że niby jadą na wieś do rodziców i zawsze słoiki z wałówką zwożą. Ale to oni wozili rodzicom. Nie słoiki, tylko pierogi w plastikowych pojemnikach z Lidla. Tatko Staszek siedział, gładził się po brzuchu i mówił: „No, młody. Taka żona to skarb! Z głodu nie umrzesz!” On, Antek, odkąd zamieszkali razem, jadł tylko pierogi. Wiki też jadła tylko pierogi. Nie tyła od nich, ponieważ właściwie nie robiła nic innego oprócz zagniatania i wałkowania ciasta na pierogi, mielenia ziemniaków i sera albo też latania po sklepach za składnikami. Zagniatała, wałkowała i mełła też w pracy, bo...
***
-... Bo zgadnie pani, gdzie się zatrudniła!-Zawołał Antek w gabinecie terapeutki. Kiedy bowiem udało im się już tam dostać, opowiedział dokładnie tę samą historię, którą przytoczono powyżej.
-Czyżby w...
-Tak, tak, tak. W pierogarni! W pierogarni, dokładnie tak!-Z oczu zaczęły lecieć mu łzy.
-Co pan czuje w związku z tym?
-Życie mi zmarnowałaś! Nie kochasz mnie, kochasz tylko pierogi!-Zwrócił się do Wiki.-O! O! Proszę zobaczyć.-Teraz przemówił do terapeutki. Intensywnie grzebał sobie we włosach.-Siwy. Kolejny siwy. O, proszę! Tutaj cała kępka siwych. Mnie we wszystkich szkołach dokuczali, że jestem rudy, a teraz to już przez nią siwieć zaczynam!
-No już przestań, pociemniały ci włosy jak dorosłeś, już nie jesteś rudy, takie kasztanowe masz bardziej.-Wtrąciła Wiki.- No ale pani powie, co ja mogę, że tak bardzo lubię pierogi. Inne to piją, ćpają, zdradzają, robią awantury o byle co, wyciągają pieniądze, same tylko leżąc, pachnąc, pazurki piłując i Niewolnice Izaury czy tam inne Klany oglądając...-Zaczęła płakać.-A ja tylko pierożki. Czy to źle? Źle, że od maleńkości uczyłam się przy mamusi, żeby być dobrą gospodynią, dobrą żoną? Przecież taka żona jak ja to skarb, nawet mój teściu Stasiu kochany tak mówi. Wszyscy mi tak mówili. Inna to by może i jajecznicę, wodę na herbatę nawet by przypaliła.
-A czy próbowała pani... Przyrządzić coś innego?
-Przecież ja co dzień przyrządzam coś innego! W poniedziałek na ten przykład... Z mięsem. We wtorek ruskie. We środę pielmieni. Czwartek- ze szpinakiem. Piątek z kapustą i grzybami, bo to post, no i bez cebulki i tłuszczyku oraz skwareczek oczywiście. Sobota, niedziela to już wolna amerykanka, ale generalnie to piątek, sobota, niedziela staram się rzucić jakieś, wie pani, na słodko, no wiadomo, truskawki, jagody, leniwe z cukrem i śmietanką... No, nie można mówić, że nie jest urozmaicona moja kuchnia, skoro jest i to bardzo, sama pani przyzna.
-Czuje się pani niedoceniana, niezrozumiana?
-Raczej nie inaczej. No bo taka sytuacja, wie pani. Mój Antoś to tak. Zanim mnie poznał to przed ślubem na okrągło: kebaby, kebaby, kebaby! Przecież ileż można, prawda? Albo te okropne zupki chińskie, a śniadań to już w ogóle nie jadał, papierocha śmierdziucha ten mój łobuz kochany, popijał, wie pani, tym energetykiem „Sama Chemia, Pani Skłodowska”, nie? Przecież to wrzody żołądka murowane, cukrzyce, raki nie raki, zawały, wylewy przed trzydziestką, prawda, GMO, glutaminiany jakieś czy inne świństwo! On mi już zaczął świecić po nocach! No to jak tak można jeść przecież! A pierogi są polskie, zdrowe, stosunkowo niedrogie w przygotowaniu i można więcej narobić, na zaś zamrozić sobie, i na obiad można je jeść i na kolację i na śniadanie. No bo ja nie chciałam, wie pani, żeby mój Antoś najukochańszy, mój skarb, moje słoneczko, mój niuniuś, mój kotek, mój misiek, jadł to świństwo niepolskie, nie wiadomo czym nafaszerowane! Nawet jak w robocie muszę dłużej zostać czy coś, to zawsze ma na zapas, nie, ale ich nie zjada, niedawno jak znalazłam za szafą tackę po kebabie, to płakałam pół nocy.
-Co? Co? Chcesz powiedzieć, że ty z miłości katowałaś mnie pierogami?- Wykrzyknął Antek, choć powoli serce mu miękło, bo przypominał sobie, jak wirował z Wiki przy „Żono moja, serce moje” i „Kołysance” Symptuastic. Ona w białej sukni, on w garniturze Nie Ze Studniówki.-Pani... terapeutko. No bo ja wiem, jaka to jest dobra i piękna dziewczyna, ale ja już na te pierogi patrzeć nie mogę, ja mam wrażliwy żołądek bardzo i zjem ze sześć i normalnie ruszać się i oddychać nie mogę, niedawno mało jej nie wybiłem oka guzikiem od spodni, co mi wystrzelił po takim obiedzie!
-Nie kłam, misiek, zjadasz zawsze dziesięć! W domu masz jedzenie, dobre, zdrowe polskie, a to świństwo niepolskie zamawiasz! Jak zobaczyłam te tacki po tym cholerstwie, to czułam się, jakbym dostała w twarz. Już chyba wolałabym, żebyś mnie zdradzał z tą lambadziarą Julią z klatki obok, co nie wie, że solarka była modna dziesięć lat temu, a teraz jest naukowo, empirycznie udowodnione, że to jest szkodliwe.
-Ja już nie wiem, nie wytrzymuję. W całym domu śmierdzi smażoną cebulą, przez cały czas i tłuszczem. I gdzie się nie ruszę, której szafki nie otworzę, zawsze spadnie mi na głowę półmisek z pierogami! Jak ona smaży tę cebulę, to mnie oczy pieką, wejść do kuchni nie mogę! Przecież sama pani przyzna, że normalna sytuacja to to nie jest. O, i wie pani, co małżeństwa, ale i nie małżeństwa lubią i powinny razem robić, dla zdrowotności i podtrzymania miłości...
-No właśnie, jak u państwa ze współżyciem seksualnym? Państwo dzieci nie mają, jak rozumiem?
-Jak do cholery mamy mieć dzieci...-Antek podniósł głos.
-Widzi pani, wypił cysternę chyba tych energetyków z całą tablicą Mendelejewa i nerwy mu puszczają!-Wykrzyknęła ze łzami w oczach Wiki.-Ja się boję, że on mi do czterdziestki nie pociągnie, wątrobę to już ma pewnie całkiem rozwaloną tą chemią!
-Pani... terapeutko, no bo przecież, żeby były dzieci, no to muszą być seksy, nie? Już w czwartej klasie podstawowej szkoły o tym uczą, prawda? Ale jak tu z nią... współżyć, kiedy ona jest wiecznie cała w tłuszczu z tych obrzydliwych pierogów, cała przesiąknięta tym smrodem tłuszczu, smażonej cebuli, tą mąką, serem białym, kapuchą, mięsem. No co to, pani szanowna, za życie w ogóle? Jak ostatnio podjadała pierogi w łóżku, to się przecież na kanapę wyniosłem. To jest jakiś dramat po prostu... Myszko, z ciężkim sercem, ale stawiam sprawę jasno: pierogi albo ja! I wie pani, też bym wolał, żeby mnie zdradzała z tym lamuskiem z trzeciego piętra, tym pieprzonym korposzczurkiem w rureczkach jajogniotach, niż żeby dalej robiła mi TO!
-A umie pan gotować?
-No przecież mówiłam pani, że NIE umie, mówiłam przecież, w jaki sposób on się odżywia!-Wrzasnęła Wiki.
-No przecież mógłbym się nawet i nauczyć, co za filozofia.-Rzucił Antek.
-Może pani pozwoliłaby mężowi gotować przez jakiś czas? A sama znalazła jakąś... Pasję... Wyszłaby pani na jakąś kawę z koleżanką. A może da się tę miłość do pierogów... Przekuć w coś ciekawego? Może działalność gospodarcza?
-Pani terapeutko, w tym kraju firmę założyć... Roman Kluska, słyszała pani? Przecież byśmy dzisiaj szpanowali nie tym jabłuszkiem nadgryzionym, ale naszymi, krajowymi tabletami i laptopami, od Optimusa! No, ale państwo w państwie jest, zasiedziały się te wszystkie zapleśniałe dziady proszalne przy korycie i tylko nam życie zatruwają, kolejne podatki wymyślają, rozwinąć skrzydeł nam nie dają!
-Czemu mnie stopujesz?-Spytała nagle Wiki.-A jeżeli się uda?
-A jeżeli pójdziemy z torbami? Wiki, takie „od pucybuta do milionera” to tylko w filmach amerykańskich
***
10 lat później. Program telewizyjny w jednej z największych stacji o tematyce life style.
-W dzisiejszym odcinku programu Przedsiębiorcze Mamuśki gościmy niezwykłą kobietę. Raz, żeby zrobić lepszą reklamę swojej pierogarni open fusion, poprosiła Magdę Gessler o kuchenną rewolucję, ale ta stwierdziła, że nie ma tam nic do roboty. Trzykrotna laureatka Złotego Wałka, zdobywczyni Dyplomu Srebrnej Skwarki, certyfikatu Idealny Farsz i statuetki Damy z Wałkiem. Wiki Chalimoniuk, prawdziwa królowa... pierogów!
Rycząca czterdziestka w sztucznym futrze, perfekcyjnym, hybrydowym manicure, obcisłej, niebieskiej sukience i butach od Ryłko, weszła do studia i ucałowała prezenterkę.
-Wiki, osiągnęłaś tak ogromny sukces w gastronomii, zaczynając właściwie od zera. Jak udaje ci się to połączyć z prowadzeniem domu?
-W tym wyręcza mnie mężuś Antoś, mistrz kuchni, włoskiej zwłaszcza chyba, bo ma milion pomysłów na makarony. Już się dzieci nasze śmieją, że tatuś to tylko makarony i makarony ciągle. Ale i w indyjskiej kuchni jest też całkiem niezły... Tylko z tą polską, naszą jakoś tak nie bardzo. Krótko po ślubie w Anglii pracował, trochę świata liznął, nie?
-Ale i pani pierogarnię Open Fusion odwiedzały światowe sławy, a nawet najpotężniejsi przywódcy.
-Tak. W dwu tysięcznym dwudziestym tośmy nawet małe faux pax zaliczyli. No bo tak. Przyjechał wtedy do Polski znowuż pan Trump, bo wcześniej chyba już kiedyś tam był, przyszedł do nas skosztować najlepszych polskich pierogów, obojętnie których. Pełno goryli było, musieliśmy w ogóle lokal zamknąć na dwie godzinki, żeby żadnych jakichś podejrzanych ekscesów nie było i wstydu na cały świat, nie? No bo jeszcze i dziennikarze jacyś tam byli. Pan Trump rozkroił pieroga, finezyjnie wtopił weń zęby, przełykał powoli się delektując, dziennikarze rąbali z tych fleszy, jeden nie wytrzymał, wsadził panu Trumpowi łapkę do talerza i haps pieroga, ja się nie dziwię wcale, ale gdyby zaczekał, to wiesz, mieliśmy i dla dziennikarzy. No ale nie zaczekał i wtedy ten goryl jeden jak go na ziemię nie powali. Musiałam interweniować, pan Trump też powtarzał „Easy, easy” i dalej jadł te pierogi. Ja to zawsze myślałam, że on je raczej łapczywie, ale on się tak delektował każdym kęsem... I nagle... To czerwony, to fioletowy na twarzy. Karolcia, nasza kelnerka, musiała go Rękoczynem Heimlicha ratować, bohatersko odsunęła tego jankesa ochroniarza i dalej, ratować pana prezydenta. Nasz kelner Piotrek co jemu podawał te nasze pierożki, wyznał później z przerażeniem: „Nosz cholera, ruskie mu podaliśmy”. Wysłaliśmy mu później list z przeprosinami, bo ty wiesz, że pierogi ruskie to się tylko tak nazywają, a generalnie to one w życiu Rosji nie widziały?
-Dokładnie. Ale a propos prezydenta Trumpa... To zdaje się, że i pani próbowała swoich sił w wyborach prezydenckich, w Polsce oczywiście?
-Tak, byłam kandydatką niezależną, ale ludzie mówili, że hasło „Ciepłe pierogi dla każdego dziecka „ jest zbyt populistyczne. Poza tym, w trakcie kampanii odkryłam, że polityka to... To jest po prostu bagno i bajoro. Do dziś zmywam z siebie jej smród. Mój mężuś Antoś mi mówił, że ja zbyt wrażliwa, zbyt dobra jestem, że to nie dla mnie, że dopóki sobie spokojnie siedzę, kleję te pierogi, to przynajmniej wiesz, spokój mam, a oni tam się żrą bez przerwy, i w tym Sejmie, i w tych programach... No i w sumie wiesz, cieszę się tym, co mam.
-No i, szanowni państwo, prezydent Trump i Magda Gessler nie byli jedynymi sławnymi gośćmi Mącznego Raju. Kto jeszcze u was jadł?
Poza tym jeszcze często jada u nas taki sławny pisarz Jonathan Carroll...
-Uwielbiam „Krainę Chichów”. I „Zaślubiny patyków”. I „Muzeum Psów”!
-I jeszcze Beyonce i Jay Z też u nas jedli. I wielu innych.
-To, co przyciąga w twojej pierogarni, to chyba niezwykle bogata oferta. Serwujesz je dosłownie we wszystkich smakach. I na słodko, i na słono... Skąd czerpiesz swoje pomysły?
-Różnie. Czasem dzieci mówią, z czym by zjadły, czasem klienci, czasem mężuś Antoś...
-Szanowni państwo, już po krótkiej przerwie reklamowej poznacie od kuchni, dosłownie i w przenośni, mączny raj Wiki Chalimoniuk.
Reklamy. Reklamy. Reklamy. Dwie reklamy leku na grypę bez recepty, ale trzeba pamiętać, żeby przed zażyciem skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą, skumbrie w tomacie, pstrąg. Jedna na lumbago. Jedna na wrośnięty paznokieć. Jedna na wzdęcia. Jedna na lekkie nietrzymanie moczu. Jedna reklama wafelków. Dwie podpasek. I kiedy wydawało się, że już... już...
-”Szkoła zimnych suk” po latach! Już teraz w każdą niedzielę zajrzymy do bohaterek naszego hitowego programu i zobaczymy, jak wygląda ich życie po dziesięciu latach!-Przebitka na laskę w koszulce Jack Daniels, adidasach superstars, rurkach i kurtce bejsbolówce. Laska z flaszką wódki zatacza się, pociąga z butli co jakiś czas i bełkocze:
-Jeszszszli... Njemoższ mnie zzzznieść kied jestm najgorrrsza, ttto cholrrrnie peffffne, sze nie szaszszługesz na mnje, kied jestm najlpszszsza... (Piiiiiiip) Andżela, choć (piiiiip), mam karuzelę!-Znika w łazience.
-Karyna, (piiiiip), sto milionów pińcet razy ci mówiłam: nie mieszaj!
-Nje (piiiiiiip), tszmaj miii włosssyy!-Po chwili kamera pokazuje Karynę, która leży na podłodze, z głową przy sedesie i wydawałoby się, że żyła szybko i umarła młodo, gdy nagle rzeczona zaczyna chrapać jak brzuchaty facet po czterdziestce, więc zarówno Andżela, jak i ekipa, ale również widzowie po drugiej stronie, oddychają z ulgą. Sen dobrze jej zrobi, może nawet uczyni jutrzejsze cierpienia łagodniejszymi. Pamiętali ją, Wiki czasami oglądała ten program po pracy. Wygrała go właśnie Karyna, doprowadzając do samobójstwa zakochanego w niej Jacka, studenta filozofii, a następnie Normalną, Dobrą Dziewczynę, z którą zaczął się spotykać, krótko po przygodzie z Karyną. Można by rzec, zupełnie nowy level zimnosukowatości.
Później widać tę samą Karynę, dziesięć lat starszą. Zaawansowana nadwaga. Zapłakane, powybijane oczy. Wokół niej biegają umorusane dzieci, jedno siedzi na nocniku, a z nosa zwisa mu ogromny gil.
-Nie wiem, serio, nie wiem, gdzie popełniłam błąd, no naprawdę. Pogoniłam Jacka, bo myślałam, że to cipeusz, a przecież łobuz kocha najmocniej, on nic z łobuza nie miał, był za porządny, mówił do mnie w romantycznej walucie zamiast bardziej praktycznie... Rozstałam się z Sebą, dopiero niedawno... Dość miałam, wiesz, pokazywania mu znaków „kocham cię” pod celą. Wcześniej chciałam, wiesz, ratować go, bronić, że to dobry chłopak, że siedzi za niewinność, bo się jakaś konfitura rozpruła na bagietach, Seba zresztą potem na warunku go dojechał, więc wiadomo, jak się to zakończyło. Ale już po tym, co mi zrobił ostatnio, to już wiesz, nic mi się nie chce... Jak to co? Pobił mnie, jak zmieniłam na fejsie status związku na „to skomplikowane” i Mati z Grubym i Łysym się z niego śmiali, że jest rogacz. Seba, zapamiętaj se: jeżeli nie potrafisz uszanować swojej kobiety, nie zdziw się, jeśli zrobi to ktoś inny! No ale mnie żaden teraz nie chce. Moim sensem życia so tera moje hore curkosyny, nje? Jak jakaś (piiiiip) napisze mi na fejsie, że nie obchodzą jej ich kupki i zupki, to bym zabiła normalnie, nje?
-Ehh, jak można tak zmarnować życie!-Rzuciła Wiki, siedząc z Antkiem przed telewizorem i czekając na dalszy ciąg programu.-Kiedy ona chlała, ja zakładałam działalność gospodarczą, zaczynając od zera. I tym dzieciom też zmarnuje życie. Założę się, że nie wiedzą, co to ciepłe pierogi na stole i ciepły dom pachnący smażoną cebulką. Nasze są ustawione, dopóty, dopóki ludzkość będzie chciała jeść pierogi. Nasze na swojskiej mące chowane, jej pewnie na makdonaldach, dlatego chore!
-Nie no, jeszcze reklamy?-Zapytał Antek, widząc reklamę majonezu. Później kremu do protez. Później suplementu diety przy Hashimoto. Aż wreszcie na ekranie ukazało się logo programu „Przedsiębiorcze Mamuśki”, a potem wnętrze pierogarni Wiki.
-Mój sekret udanego życia?-Mówiła Wiki, matka Michała, Janka, Bartka i Emilki, żona Antka, i businesswoman. Zdążyła uratować małżeństwo, zdążyła zostać mamą, zdążyła osiągnąć sukces zawodowy, ze wszystkim zdążyła.-Cóż, podzielę się taką moją filozofią życiową, którą sama wymyśliłam, nadzorując przygotowanie farszu do ruskich. Sekret dobrych pierogów ruskich tkwi w dobrym farszu. Musi się dobrze kleić, ale nie może być też zanadto kleisty. No i pierogi też trzeba odpowiednio zacisnąć, żeby się nie rozpadły w trakcie gotowania, a żeby je odpowiednio zacisnąć, skleić, to też trzeba znać proporcje, dasz za dużo mąki, no to się ni cholery to tałatajstwo nie sklei, nie? Tak samo z życiem. Trzeba zachować dobre proporcje i dobrze je wypełnić. Miłością, jak farszem. I tak samo z dobrym małżeństwem. Trzeba je dobrze wypełnić i dobrze skleić, co by się nie rozpadło podczas... Gotowania, które może w tym przypadku być metaforą taką jakichś trudności na przykład. Nie, Antoś?-Mrugnęła okiem do kamery i do męża, podczas nagrania przyrządzającego w domu jagnięcinę Tikka Masala
-Jaką szefową jest Wiki?
-Wymagającą. Nie uznaje na przykład tych takich plastikowych maszynek do sklejania pierogów. Trzeba je sklejać ręcznie.-Mówił kucharz Tomek.-Uważa, że to oszustwo i pójście na łatwiznę.
-Pytała, czy w życiu też idziemy na łatwiznę, czy też sklejamy je maszynką. Jest dla nas wielką inspiracją.-Dodała kucharka Ewa.-Serio, trochę już robię w gastronomii i dopóki nie spotkałam Wiki, nie wiedziałam, jak bardzo taka praca potrafi zainspirować, nie?
Program zakończył się wzruszającym spotkaniem, zdjęciem i Besos z Magdą Gessler. Zdjęcie wisiało teraz na honorowym miejscu w pierogarni. Kiedy zakończył się program, Antek zapytał:
-Kochanie, dziś penne al dente czy na miękko?
-Spytaj dzieciaków, mnie wszystko jedno. Jestem szczęśliwa, spełniona i nic mi już więcej do życia nie potrzeba.
***
I żyli długo i szczęśliwie. Siwiutka Wiki, w fotelu, z robótką na kolanach, mówiła po latach do wnuczki:
-Pamiętaj, dziecinko. Swoje życie trzeba wypełnić farszem miłości. I dobrze zakleić po bokach. Wtedy nie rozpadnie się przy gotowaniu, które w tym przypadku może posłużyć jako metafora takich różnych trudności.
piątek, 2 lutego 2018
02.02.2013 " Ein Stern (der deinen Namen trägt)"
Dziś opowiem Wam o wyjątkowej osobie.
Niestety, mija dokładnie 5 lat, odkąd nie ma Jej wśród nas.
Jarosław Marek Rymkiewicz
ZIMOWY POGRZEB W MILANÓWKU
Za jej trumną szły koty ale niewidzialne
Koty ułomne oraz koty parafialne
Śnieżek kładł się na grobach bez większej ochoty
Szedł niewidzialny orszak same zmarłe koty
Zapchlony Żółtek oraz szalony kot Bończa
Z jego ramion zwisała dziurawa opończa
Kot księżej gospodyni za nim kot poety
Niewidzialnie pachniały mielone kotlety
Kot w ostrogach kot Frajszyc w żółtym kapeluszu
Kot Połowa Ogona oraz kot Bez Uszu
Niesiono garnek z kaszą i wilgotne pranie
Kto umiera ten nie wie co po nim zostanie
Półżywy kot Nazista oraz kot garncarza
Kto umiera ten nie wie co mu się przydarza
I nie wie kto umiera czy się przyda Bogu
Szedł kot Skurwiel ten który sika mi na progu
Kot Utopiony w Worku kot Idź do Cholery
Niesiono niewidzialne papieskie ordery
Kot podmiejskiej kolejki stary kot Eliota
Na końcu jeśli chcecie szła połowa kota
Koleżka naszej Psotki biały kot Półgłówek
Tu u nas każdy chciałby mieć taki pochówek.
Asia miała niecałe 35 lat. Tego wieczoru, gdy odeszła, byłam na imprezie. Niczego nie przeczuwałam, jeszcze wcześniej pisałyśmy na Facebooku o jakichś tam moich kolokwiach i podobnych rzeczach, cieszyła się razem ze mną z piątki z warsztatów copywriterskich. Kilka dni później okazało się, że już nie porozmawiamy, nie spotkamy się. Ostatnie pożegnanie: Wólka Węglowa, dla mnie drugi koniec Warszawy, smutek, maleńka kapliczka i potworne zimno na cmentarzu.
Kim była? Moją wychowawczynią w szkole średniej. Po skończeniu szkoły wiele osób z licealnej klasy utrzymywało z nią towarzyskie relacje, czasami było jakieś spotkanie, jakieś piwo, odwiedziny w szkole... A raz w jej domu, domu pełnym niechcianych, porzuconych zwierząt, którym pomagała.
Wisława Szymborska
KOT W PUSTYM MIESZKANIU
Umrzeć - tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś sie tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Kto teraz zajmuje ten smutny, osamotniony koci apartament przy Joliot-Curie? Nie wiem, nie wnikam.
Aśka kochała zwierzęta, w szczególności chyba koty. Ale nie tylko. Była wegetarianką, ale nie narzucała tego innym. Nie narzucała zresztą także swoich poglądów w różnych innych kwestiach.
Kochała też Depeche Mode. Miała wytatuowany motyw z okładki „Violator”. Niewątpliwie kochała również swoją pracę i nas, swoich uczniów, wychowanków. Chociaż zrywaliśmy się z lekcji, paliliśmy w toalecie, nie uczyliśmy się, szaleliśmy na lekcjach... Kłopoty? Zagrożenia? Przyłapanie na paleniu w kiblu (i to nie pierwsze, ale recydywa), jakieś osobiste problemy? Walczyła o każdego z nas. O wszystkich i każdego z osobna. Wiele jej zawdzięczam. Nauczycieli ze szkoły wspominam raczej dobrze. Jedni byli bardziej wymagający, inni mniej, jak w każdej szkole. Moi nauczyciele byli jednak przede wszystkim ludźmi. W czasach liceum miałam poważne problemy, które utrudniały mi naukę i uczęszczanie na lekcje. Wszyscy nauczyciele jakoś mi pomogli, wykazali dobrą wolę wobec mnie, wszystkim jestem wdzięczna. Ale Aśka pomogła najbardziej. Była nie tylko wychowawczynią i nauczycielką, ale w pewnym momencie stała się taką przyjaciółką, powierniczką, także po ukończeniu szkoły. Bardzo mocno brała do siebie problemy uczniów i problemy z niektórymi z nich. Bardzo się angażowała, zapewne odbiło się to na jej zdrowiu i w ostatnim roku życia przebywała na urlopie.
Uczyła nas niemieckiego. Polubiłam ten język, każdego dnia żałuję, że od bardzo dawna w zasadzie nie miałam z nim kontaktu, że tekst może i przeczytam, zrozumiem, ale zdania samodzielnie już po niemiecku nie sklecę. Pewnego dnia zacznę znów uczyć się niemieckiego, pragnę podszlifować ten język.
Wiecie, co było w lekcjach z Asią najciekawsze? Przez całą moją edukację, podstawówkę, gimnazjum i liceum, nauczyciele języków obcych musieli czasem posiłkować się słownikiem. Zerknąć, przypomnieć sobie jakieś słówko albo jakiś synonim, może bardziej adekwatny do danej sytuacji, do poziomu naszej relacji z rozmówcą, do jego wieku itd... Ba, nie tylko języków obcych. Kto ogląda programy prof. Jana Miodka, ten wie, że nawet on musi czasem zerknąć do słownika, kiedy widz prosi przez telefon lub Skype o jakąś poradę językową. On, profesor, spec od języka polskiego.
O jakiekolwiek słówko nie zapytalibyśmy Aśki, ona sama, bez słownika, z głowy, podawała to słówko, wypisywała na tablicy, a obok jeszcze kilka synonimów, z zaznaczeniem, że np. tak powiemy w rozmowie z kumplem, tak w rozmowie z nauczycielem, a tak np. z szefem. Na każdej lekcji sypała nowymi słówkami jak z rękawa. Może dlatego, że jej niemiecki nie był jedynie wykuty na pamięć w szkole, ale „żywy”.
Mam jeszcze gdzieś jedną kartkówkę. Z czwórką i narysowaną przez Asię uśmiechniętą buźką.
Do uczniów podchodziła „po kumpelsku”. Nie siedziała całą lekcję za biurkiem, wolała siadać na pierwszej ławce w środkowym rzędzie. Po ukończeniu liceum proponowała wychowankom przejście na „ty”. Może ten rodzaj podejścia do uczniów ją trochę gubił, bo niektórzy wykorzystywali to i np. rozwalali jej lekcję. Byłam raz świadkiem takiej sytuacji już podczas studiów, gdy wraz z koleżanką z klasy przyszłyśmy do liceum odwiedzić Asię. Jakiś rok lub dwa po odejściu mojej klasy z liceum maturzyści zrobili głupi żarcik. Uznali, że skoro jest młoda, ładna i bardzo przyjaźnie nastawiona do uczniów, to się nie obrazi i na studniówce zadedykowali Aśce piosenkę „Seksualna niebezpieczna”. „Niebezpieczna to będę w poniedziałek, jak powitam ich kartkówką”-stwierdziła wówczas.
Ale dzięki temu, że w taki właśnie sposób podchodziła do uczniów, zyskałam bliską osobę, powierniczkę. Kiedy w moim życiu skumulowała się nieprzepracowana w dzieciństwie żałoba po zmarłym Tacie, szkolne kłopoty, bardzo, bardzo głupie zakochanie bez wzajemności plus chyba najgorszy możliwy sposób radzenia sobie z tym, i jeszcze nastoletnie, szalejące hormony, było mi bardzo ciężko. Albo często opuszczałam szkołę (raz zwiałam z pierwszej lekcji i widziała to nauczycielka od fizyki. Kiedy pojawiłam się w szkole, Aśka zapytała mnie, co się dzieje, bo nie przyszłam na pierwszą lekcję, a widziano mnie na Wiatraku, jak szłam „spacerkiem, z papieroskiem”), a kiedy już tam byłam, nie zawsze byłam w stanie brać udział w lekcji. Sala, w której mieliśmy niemiecki była na najwyższym piętrze. Obok były schody, chyba na strych. Lubiłam je. Można było ukryć się tam przed całym światem. Raz, w kryzysowej sytuacji, przesiedziała ze mną całą lekcję na tych schodach. Kiedy lekarze zaczęli podejrzewać u mnie Borderline i powiedziałam o tym Aśce, która również korzystała z pomocy lekarza psychiatry, zmagała się z depresją, oprócz tego chorowała również na epilepsję i to właśnie ta choroba najprawdopodobniej była przyczyną jej śmierci. Prawdopodobnie atak zastał ją, kiedy była sama w domu.
Kiedy więc powiedziałam o podejrzeniu Borderline, zażartowała: „Luuuuuz! Dobrze, że nie masz na przykład schizofrenii paranoidalnej. To znaczy, wybacz, wtedy też nic bym do ciebie nie miała, ale to jest dopiero okropne choróbsko. A z tego to pomału wyjdziesz, jesteś jeszcze bardzo młoda, zresztą może to wcale nie Borderline?” Walczyła o nas, abyśmy wszyscy zostali dopuszczeni do matury i ją zdali. Pomagała, wspierała i negocjowała z nauczycielami. Kiedy ukończyliśmy liceum, interesowały ją nasze dalsze losy, kiedy podostawaliśmy się na wymarzone studia, cieszyła się razem z nami.
Niemieckiego uczyliśmy się z Aśką nie tylko z tych śmiesznych czytanek w podręcznikach (czytanki w podręcznikach do języków obcych zawsze mnie śmieszyły), ale również z piosenek i filmów. Oglądaliśmy albo filmy niemieckie, albo amerykańską klasykę kina, ale w niemieckiej wersji językowej. Muzyka? Wszystko. Rammstein, pop, hip hop, stare piosenki, disco... Jedną z piosenek, na której poznawaliśmy język niemiecki, była "Ein Stern (der deinen Namen trägt)". Niby takie typowe dicho, ale jednak wpadała w ucho, dało się ten kawałek lubić.
Einen Stern der deinen Namen trägt
Hoch am Himmelszelt
Den schenk ich dir heut Nacht
Einen Stern der deinen Namen trägt
Alle Zeiten überlebt
Und über unsere Liebe wacht
(DJ Ötzi, Nik P. - Ein Stern (der deinen Namen trägt))
Asiu, tyle chciałam Ci jeszcze opowiedzieć. Tak bardzo mi Ciebie brakuje. Jeszcze tak długo po Twoim odejściu łapałam się na tym, że chciałabym podjechać do Wyspiana i zobaczyć się z Tobą, a później przypominałam sobie... Wierzę, że „jest jedna z gwiazd, która nosi Twoje imię”, bo...
Gwiazdy są szczelinami w Niebiosach, przez które prześwieca miłość naszych zmarłych bliskich (Cathy Glass, „Czekając na anioły”)
ZIMOWY POGRZEB W MILANÓWKU
Za jej trumną szły koty ale niewidzialne
Koty ułomne oraz koty parafialne
Śnieżek kładł się na grobach bez większej ochoty
Szedł niewidzialny orszak same zmarłe koty
Zapchlony Żółtek oraz szalony kot Bończa
Z jego ramion zwisała dziurawa opończa
Kot księżej gospodyni za nim kot poety
Niewidzialnie pachniały mielone kotlety
Kot w ostrogach kot Frajszyc w żółtym kapeluszu
Kot Połowa Ogona oraz kot Bez Uszu
Niesiono garnek z kaszą i wilgotne pranie
Kto umiera ten nie wie co po nim zostanie
Półżywy kot Nazista oraz kot garncarza
Kto umiera ten nie wie co mu się przydarza
I nie wie kto umiera czy się przyda Bogu
Szedł kot Skurwiel ten który sika mi na progu
Kot Utopiony w Worku kot Idź do Cholery
Niesiono niewidzialne papieskie ordery
Kot podmiejskiej kolejki stary kot Eliota
Na końcu jeśli chcecie szła połowa kota
Koleżka naszej Psotki biały kot Półgłówek
Tu u nas każdy chciałby mieć taki pochówek.
Asia miała niecałe 35 lat. Tego wieczoru, gdy odeszła, byłam na imprezie. Niczego nie przeczuwałam, jeszcze wcześniej pisałyśmy na Facebooku o jakichś tam moich kolokwiach i podobnych rzeczach, cieszyła się razem ze mną z piątki z warsztatów copywriterskich. Kilka dni później okazało się, że już nie porozmawiamy, nie spotkamy się. Ostatnie pożegnanie: Wólka Węglowa, dla mnie drugi koniec Warszawy, smutek, maleńka kapliczka i potworne zimno na cmentarzu.
Kim była? Moją wychowawczynią w szkole średniej. Po skończeniu szkoły wiele osób z licealnej klasy utrzymywało z nią towarzyskie relacje, czasami było jakieś spotkanie, jakieś piwo, odwiedziny w szkole... A raz w jej domu, domu pełnym niechcianych, porzuconych zwierząt, którym pomagała.
Wisława Szymborska
KOT W PUSTYM MIESZKANIU
Umrzeć - tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś sie tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Kto teraz zajmuje ten smutny, osamotniony koci apartament przy Joliot-Curie? Nie wiem, nie wnikam.
Aśka kochała zwierzęta, w szczególności chyba koty. Ale nie tylko. Była wegetarianką, ale nie narzucała tego innym. Nie narzucała zresztą także swoich poglądów w różnych innych kwestiach.
Kochała też Depeche Mode. Miała wytatuowany motyw z okładki „Violator”. Niewątpliwie kochała również swoją pracę i nas, swoich uczniów, wychowanków. Chociaż zrywaliśmy się z lekcji, paliliśmy w toalecie, nie uczyliśmy się, szaleliśmy na lekcjach... Kłopoty? Zagrożenia? Przyłapanie na paleniu w kiblu (i to nie pierwsze, ale recydywa), jakieś osobiste problemy? Walczyła o każdego z nas. O wszystkich i każdego z osobna. Wiele jej zawdzięczam. Nauczycieli ze szkoły wspominam raczej dobrze. Jedni byli bardziej wymagający, inni mniej, jak w każdej szkole. Moi nauczyciele byli jednak przede wszystkim ludźmi. W czasach liceum miałam poważne problemy, które utrudniały mi naukę i uczęszczanie na lekcje. Wszyscy nauczyciele jakoś mi pomogli, wykazali dobrą wolę wobec mnie, wszystkim jestem wdzięczna. Ale Aśka pomogła najbardziej. Była nie tylko wychowawczynią i nauczycielką, ale w pewnym momencie stała się taką przyjaciółką, powierniczką, także po ukończeniu szkoły. Bardzo mocno brała do siebie problemy uczniów i problemy z niektórymi z nich. Bardzo się angażowała, zapewne odbiło się to na jej zdrowiu i w ostatnim roku życia przebywała na urlopie.
Uczyła nas niemieckiego. Polubiłam ten język, każdego dnia żałuję, że od bardzo dawna w zasadzie nie miałam z nim kontaktu, że tekst może i przeczytam, zrozumiem, ale zdania samodzielnie już po niemiecku nie sklecę. Pewnego dnia zacznę znów uczyć się niemieckiego, pragnę podszlifować ten język.
Wiecie, co było w lekcjach z Asią najciekawsze? Przez całą moją edukację, podstawówkę, gimnazjum i liceum, nauczyciele języków obcych musieli czasem posiłkować się słownikiem. Zerknąć, przypomnieć sobie jakieś słówko albo jakiś synonim, może bardziej adekwatny do danej sytuacji, do poziomu naszej relacji z rozmówcą, do jego wieku itd... Ba, nie tylko języków obcych. Kto ogląda programy prof. Jana Miodka, ten wie, że nawet on musi czasem zerknąć do słownika, kiedy widz prosi przez telefon lub Skype o jakąś poradę językową. On, profesor, spec od języka polskiego.
O jakiekolwiek słówko nie zapytalibyśmy Aśki, ona sama, bez słownika, z głowy, podawała to słówko, wypisywała na tablicy, a obok jeszcze kilka synonimów, z zaznaczeniem, że np. tak powiemy w rozmowie z kumplem, tak w rozmowie z nauczycielem, a tak np. z szefem. Na każdej lekcji sypała nowymi słówkami jak z rękawa. Może dlatego, że jej niemiecki nie był jedynie wykuty na pamięć w szkole, ale „żywy”.
Mam jeszcze gdzieś jedną kartkówkę. Z czwórką i narysowaną przez Asię uśmiechniętą buźką.
Do uczniów podchodziła „po kumpelsku”. Nie siedziała całą lekcję za biurkiem, wolała siadać na pierwszej ławce w środkowym rzędzie. Po ukończeniu liceum proponowała wychowankom przejście na „ty”. Może ten rodzaj podejścia do uczniów ją trochę gubił, bo niektórzy wykorzystywali to i np. rozwalali jej lekcję. Byłam raz świadkiem takiej sytuacji już podczas studiów, gdy wraz z koleżanką z klasy przyszłyśmy do liceum odwiedzić Asię. Jakiś rok lub dwa po odejściu mojej klasy z liceum maturzyści zrobili głupi żarcik. Uznali, że skoro jest młoda, ładna i bardzo przyjaźnie nastawiona do uczniów, to się nie obrazi i na studniówce zadedykowali Aśce piosenkę „Seksualna niebezpieczna”. „Niebezpieczna to będę w poniedziałek, jak powitam ich kartkówką”-stwierdziła wówczas.
Ale dzięki temu, że w taki właśnie sposób podchodziła do uczniów, zyskałam bliską osobę, powierniczkę. Kiedy w moim życiu skumulowała się nieprzepracowana w dzieciństwie żałoba po zmarłym Tacie, szkolne kłopoty, bardzo, bardzo głupie zakochanie bez wzajemności plus chyba najgorszy możliwy sposób radzenia sobie z tym, i jeszcze nastoletnie, szalejące hormony, było mi bardzo ciężko. Albo często opuszczałam szkołę (raz zwiałam z pierwszej lekcji i widziała to nauczycielka od fizyki. Kiedy pojawiłam się w szkole, Aśka zapytała mnie, co się dzieje, bo nie przyszłam na pierwszą lekcję, a widziano mnie na Wiatraku, jak szłam „spacerkiem, z papieroskiem”), a kiedy już tam byłam, nie zawsze byłam w stanie brać udział w lekcji. Sala, w której mieliśmy niemiecki była na najwyższym piętrze. Obok były schody, chyba na strych. Lubiłam je. Można było ukryć się tam przed całym światem. Raz, w kryzysowej sytuacji, przesiedziała ze mną całą lekcję na tych schodach. Kiedy lekarze zaczęli podejrzewać u mnie Borderline i powiedziałam o tym Aśce, która również korzystała z pomocy lekarza psychiatry, zmagała się z depresją, oprócz tego chorowała również na epilepsję i to właśnie ta choroba najprawdopodobniej była przyczyną jej śmierci. Prawdopodobnie atak zastał ją, kiedy była sama w domu.
Kiedy więc powiedziałam o podejrzeniu Borderline, zażartowała: „Luuuuuz! Dobrze, że nie masz na przykład schizofrenii paranoidalnej. To znaczy, wybacz, wtedy też nic bym do ciebie nie miała, ale to jest dopiero okropne choróbsko. A z tego to pomału wyjdziesz, jesteś jeszcze bardzo młoda, zresztą może to wcale nie Borderline?” Walczyła o nas, abyśmy wszyscy zostali dopuszczeni do matury i ją zdali. Pomagała, wspierała i negocjowała z nauczycielami. Kiedy ukończyliśmy liceum, interesowały ją nasze dalsze losy, kiedy podostawaliśmy się na wymarzone studia, cieszyła się razem z nami.
Niemieckiego uczyliśmy się z Aśką nie tylko z tych śmiesznych czytanek w podręcznikach (czytanki w podręcznikach do języków obcych zawsze mnie śmieszyły), ale również z piosenek i filmów. Oglądaliśmy albo filmy niemieckie, albo amerykańską klasykę kina, ale w niemieckiej wersji językowej. Muzyka? Wszystko. Rammstein, pop, hip hop, stare piosenki, disco... Jedną z piosenek, na której poznawaliśmy język niemiecki, była "Ein Stern (der deinen Namen trägt)". Niby takie typowe dicho, ale jednak wpadała w ucho, dało się ten kawałek lubić.
Einen Stern der deinen Namen trägt
Hoch am Himmelszelt
Den schenk ich dir heut Nacht
Einen Stern der deinen Namen trägt
Alle Zeiten überlebt
Und über unsere Liebe wacht
(DJ Ötzi, Nik P. - Ein Stern (der deinen Namen trägt))
Asiu, tyle chciałam Ci jeszcze opowiedzieć. Tak bardzo mi Ciebie brakuje. Jeszcze tak długo po Twoim odejściu łapałam się na tym, że chciałabym podjechać do Wyspiana i zobaczyć się z Tobą, a później przypominałam sobie... Wierzę, że „jest jedna z gwiazd, która nosi Twoje imię”, bo...
Gwiazdy są szczelinami w Niebiosach, przez które prześwieca miłość naszych zmarłych bliskich (Cathy Glass, „Czekając na anioły”)
wtorek, 22 września 2015
Aureliusz czy Kaligula?
Powracam z nowym wierszem inspirowanym poezją Zbigniewa Herberta i postaciami dwóch cesarzy. Czego by nie mówić, moim zdaniem Herbert przewyższał Miłosza pod każdym względem. Jego wiersze dają mi ukojenie, zapomnienie o problemach, szczególnie wyśpiewane przez Przemysława Gintrowskiego. Moim ulubionym wierszem Zbigniewa Herberta jest "Do Marka Aurelego". Jeśli poeta jest w tym wierszu podmiotem lirycznym, to stawia jedno ważne pytanie: czy jest w dzisiejszych czasach miejsce dla postawy jaką reprezentował jeden z pięciu najlepszych cesarzy (a na pewno jeden z najlepiej wykształconych)? I ile to jest wszystko warte, czy to może nam pomóc w dzisiejszych szalonych czasach? Druga postać, która mnie zainspirowała (i niegdyś zainspirowała również Zbigniewa Herberta) to Kaligula. Chyba każdy, nawet ten, kto kompletnie nie interesuje się historią, na dźwięk tego przydomka od razu pomyśli: "Aaa, to ten wariat, szaleniec, psychopata, to ten od konia i szalonych orgii seksualnych chyba" ;) Cytatami z wierszy Herberta stawiam pytanie, czy w dzisiejszych czasach lepiej odnalazłby się Aureliusz, czy Kaligula. Wiersz dedykuję dwóm osobom, z którymi od razu kojarzą mi się Herbert i Gintrowski: mojemu najstarszemu bratu Rafałowi, który kilkanaście lat temu kupił kasetę Przemysława Gintrowskiego "Odpowiedź" i tak poznałam twórczość Zbigniewa Herberta oraz głos Przemysława Gintrowskiego oraz mojemu dobremu koledze Mateuszowi, który świetnie wykonuje pieśni Jacka Kaczmarskiego i Przemysława Gintrowskiego. Zapraszam :)
Z Herberta
Marek Aureliusz zgasił lampę.
Marek Aureliusz zamknął książkę.
Nie zdążył nawet odpowiedzieć na
„dobranoc”.
Szybko go wykolegowaliśmy,
Wyrzuciliśmy ze swojego życia.
Pytanie jednak,
Czy samymi „Rozmyślaniami”
człowiek żyje?
Czy to nas nakarmi?
Wszystkim nam wyrywa się z piersi
Barbarzyński okrzyk trwogi.
Kaligula- ten ma się dobrze.
Śmiejemy się z anegdotek,
Że wypowiedział wojnę Neptunowi,
Że chciał zrobić konia konsulem
(Ale to rzeźnik z miejscowości Ancjum
ma pijar najczarniejszy z czarnych),
Ale czy nasze dzisiejsze życie
Go trochę nie przypomina?
Jemy śmieci.
Komunikujemy się przez monitory.
Szastamy „kocham cię”.
Szastamy „przyjacielu”.
Szastamy „tolerancją”.
Szastamy „bracie, siostro”.
Przycinamy książki,
By pasowały do półek.
Mówimy dużo i dla nas mądrze,
Upajamy się samym brzmieniem głosu.
Co nas nie zabije,
Wpędzi w chorobę cywilizacyjną.
Gonimy za pieniądzem.
Ci, którzy go nie mają,
Gonią, bo muszą.
Ci, którzy mają aż nadto,
Gonią, by mieć więcej.
Później jakiś kuzyn z drugiego końca
Polski
Włoży delikwentowi kartę bankomatową
do trumny,
Bo nieboszczyk PIN-u mu w testamencie
nie zapisał.
Na twarz zapuchniętą od nocnych łez
Nakładamy uśmiechniętą maskę.
Im szerszy uśmiech, tym lepiej.
W samotności rozlega się
Barbarzyński okrzyk trwogi
Z głębi duszy.
Choć niektórzy z nas
Nawet już płakać i krzyczeć nie
potrafią,
Bo to sprzeczne z ogólnie przyjętą
normą.
Mieć uczucia to faux pas.
Dziś Marek Aureliusz
Siedziałby w Tworkach lub popełnił
samobójstwo
Kaligula mógłby ukrzyżować konia w
centrum Warszawy
I zostałby tylko wrażliwym i
niepokornym artystą.
Ba, dostałby dotację od Ministerstwa Kultury na ten performance!
Ba, dostałby dotację od Ministerstwa Kultury na ten performance!
Wszechświat i astronomia
Już nas zdradziły.
Gwiazd nie policzymy.
Lecz to wszystko jeszcze trwa,
Jeszcze jest.
Tylko Aureliusz uleczy Kaligulę.
Tylko dobrem zwyciężysz zło.
Reasumując,
Dobrze, gdy masz uczucia.
Dobrze, gdy masz zasady.
Dobrze, gdy myślisz, czytasz,
Odezwiesz się, gdy trzeba
I gdy trzeba, zmilczysz.
Liczę, że kiedyś Aureliusz
W naszym świecie zwycięży Kaligulę.
Etykiety:
depresja,
Kaligula,
Marek Aureliusz,
poezja,
Przemysław Gintrowski,
smutek,
starożytność,
stoicyzm,
szaleniec,
uczucia,
wariat,
współczesność,
Zbigniew Herbert
wtorek, 11 sierpnia 2015
Jak Holden Caulfield.
Cześć! Co teraz czytam? "Złego" Tyrmanda, a wczoraj po dwudziestu stronach "Złego" (będąc prawie w połowie) naszła mnie chęć na powrót do "Buszującego w zbożu", czytanego co najmniej z pięć razy. Pierwszy raz przeczytałam ją w wieku piętnastu lat, jako lekturę szkolną, połknęłam całą podczas nocy zarwanej przez ból zęba. Wtedy po pierwsze wydawała mi się niesamowicie kontrowersyjna: nastolatek błąka się sam po mieście, pije, pali, klnie i spotyka się z prostytutkami, a jeszcze ten nauczyciel na końcu (wcześniej nie zetknęłam się z literaturą, w której pojawiłby się taki wątek- JAKI wątek, wie ten, kto czytał, nie będę robić tak chamskiego spoilera :)) i czuje, że otaczają go sami "kabotyni i kretyni". Po drugie: stała się dla mnie "świecką Biblią" i żałowałam, że nie mogę pogadać z Holdenem. Tak było przez cały okres dojrzewania. Gdy czytałam książkę krótko po dwudziestym roku życia, główny bohater irytował mnie niezmiernie. Gdy czytałam ją w nocy, kończąc za niewiele ponad tydzień dwadzieścia pięć lat, pomyślałam, że tu wcale nie chodzi o szlajanie się zbuntowanego nastolatka po mieście. To jest o samotności. To studium psychiki niezwykle samotnego człowieka, którego coś zżera w środku, który nigdzie nie znajduje dla siebie miejsca, nigdzie nie czuje się dobrze. I skleciłam w pięć minut coś takiego:
HOLDEN (dobranoc, kretyni!)
To było tak.
Założyłeś czerwoną dżokejkę
Daszkiem do tyłu.
Zapaliłeś papierosa.
Poszedłeś w miasto.
Dym szczypie w gardło,
Zimno-w ręce.
Dobranoc, kretyni!
Chciałeś z kimś pogadać.
Na próżno.
Błąkasz się, nie wiedząc,
Czy mała Jane nadal układa
Damy na warcabnicy.
Dobranoc, kretyni!
Cały ten świat!
Jaki to psychodeliczny cyrk.
Jaki to ludyczny, groteskowy jarmark!
Świat dzieli się na Ackleyów i
Stradlaterów.
No nie da się żyć, no nie da się.
No po prostu się nie da!
Dobranoc, kretyni!
Prostytutka, taksówkarz
I głupie prowincjuszki na potańcówce.
Maurice...
Wszystko przelatuje Ci przed oczami,
Gdy usiłujesz poskładać
Płytę z „Małą Shirley Beans”,
Tak samo chciałbyś
Poukładać i posklejać swoje życie.
Przed oczami przelatuje mała Phoebe na łyżwach,
Ruda czupryna Alika,
Jakby ktoś wrzucił Ci do głowy
Rękawicę z wypisanymi wierszami
I zbił oko jak szybę.
Ręka jeszcze do dziś boli.
Dobranoc, kretyni!
Ale Ty przecież wrócisz.
Ty wrócisz.
Ty tak nie wytrzymasz.
Ty wrócisz.
sobota, 18 lipca 2015
Gdy dziewczyna pisze.
Dziś coś lekkiego- o młodych, zakochanych dziewczynach piszących wiersze. Ciekawe, czy marzą wtedy, by być drugą Osiecką czy Pawlikowską- Jasnorzewską. Nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie, pierwszą miłość, zachwyt i idealizację uważam za coś uroczego i pięknego. Pamiętacie to?
Dziewczyna pisze
Kiedy dziewczyna pisze poezję,
Zawsze musi być jakiś On.
Czy są razem,
Czy za chwilę będą,
Czy nigdy nie będą.
Czy wcale Go nie ma,
Bo jest od A do Z wymyślony-
Taki, jakiego by chciała.
Zawsze musi być jakiś On.
On poprawia włosy.
On ma dołeczki w policzkach.
On patrzy Tak.
Tak? Co to znaczy?
Tak- czyli jak żaden inny
Przedtem nie patrzył.
Przekłuje w lirykę
Jego dłonie
Palce, paznokcie
I sposób trzymania głowy.
Każdy włosek delikatnego zarostu
I głębię jego oczu.
Jeśli oczy są brązowe-
Skojarzą jej się z orzechem laskowym.
Jeśli niebieskie- z nieprzeniknioną,
czasem złowrogą
Głębią stu oceanów.
Szare- powiedzmy, że z zapachem
deszczu.
Zielone- z szalonym i bujnym
Tropikalnym lasem.
Czarne- to heban. Ciepły i chropawy.
Czasem pokaże mu
Jak go opisała na papierze.
Czasem ze łzami w oczach
Podrze ten jego obraz,
Rozrzuci po pokoju strzępy
Lub spali.
Czasem schowa przed wszystkimi oczami
Zachowa na samym dnie serca,
Gdzie nikt nie ma dostępu
Lub zapomni, gdy pojawi się nowy On.
Albo On realny i namacalny.
I okaże się,
Że i oczy, i palce, i zarost.
Sposób poprawiania włosów
I trzymania głowy.
I spojrzenie.
Że to wszystko jest po prostu.
Że to wszystko jest zwykłe.
niedziela, 5 lipca 2015
Osiedlowa Erato
Długo i ciężko mi się pisało to opowiadanie, ale wreszcie jest. Lovestory, a raczej parodia Harlequinów i wszelkiej maści romansideł ludzko-wampirzych, wilkołaczo-ludzkich, międzyludzkich itp. itd. To także śmiech w oczy stereotypom i szufladkom. Zaznaczam, że nikogo nie chcę wyśmiać i obrazić, imiona jak zwykle z kapelusza :)
OSIEDLOWA ERATO
Wreszcie wolne. Od znaczków.
Naklejek. Kopert. Niekończących się tłumów z awizami i
wytrwałych poszukiwań poupychanych przesyłek. Haliny, która
zawsze się czepiała. A to: „Sylwio, dlaczego ty to robisz tak
niedbale?” „Sylwio, pracuj szybciej!” „Sylwio, ach Sylwio,
czemu ty jesteś taka niemrawa?” „Sylwio, czemu ty jesteś taka
niemrawa?” słyszała zresztą non stop. Chyba od pierwszych dni
życia. Podobno wszystko robiła za wolno. Wolniej od kuzynki
Karoliny. Matka stawała na uszach, by Sylwia choć w jednym punkcie
prześcignęła Karolinkę. Na próżno. Karolinka wstawała w
łóżeczku, gdy Sylwia dopiero ogarniała sztukę siadania.
Gdy Sylwia zaczęła mówić „Mama”, „Tata”, „Da”,
„Ne”, Karolinka wypowiedziała pełne zdanie. Sylwia zaczęła
raczkować, gdy Karolina zasuwała na całego. Co z tego, że
Karolina była cztery miesiące starsza. Matka chodziła z Sylwią po
lekarzach. „Czemu ona jeszcze nie chodzi? Czemu nie mówi?
Czy ona jest upośledzona?” „Sylwio, powiedz: ciasto! Nie! Nie!
Nie! Ciasto, a nie cia! Cia- sto! No i powiedziała: cia... Czy ty mi
to robisz na złość, dziecko?” I tak było po dziś dzień.
Karolina już pomiatała ludźmi w call center i powtarzała, że
każda kolejna przerwa na papierosa skraca znacząco czas pracy i
powinna im potrącać z pensji, podczas gdy Sylwia od miesiąca
pracowała na poczcie. Pracę tę załatwiła jej oczywiście matka.
Nienawidziła tej pracy, ale coś trzeba było robić. Tej niedzieli
rozkoszowała się odpoczynkiem od mechanicznego przybijania
pieczątek. Leżała w łóżku, słuchając Beyonce. Marzyła,
by być taka, jak ona, ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że
krągłości Sylwii różniły się od krągłości Beyonce.
Beyonce mogła mieć krągłości. Fakt istnienia krągłości u
Beyonce był jak najbardziej wskazany i powszechnie akceptowany.
Jednak Sylwia wiedziała doskonale, że ma tych krągłości za dużo.
Dieta kapuściana- porażka. Dieta Dukana- jeszcze większa porażka.
Na bezglutenowe bułki nie mogła już patrzeć. Matka miała teraz
fazę, że gluten to zło. Założyła Stowarzyszenie Przeciwko
Glutenowi. Nawet zamówiła serię koszulek z najbardziej
przerażającym wizerunkiem szatana, jaki można było sobie
wyobrazić. Rogaty warchoł trzymał w ręku kłos pszenicy, a pod
pachą worek mąki i uśmiechał się złośliwie. Nie pomagały
tłumaczenia Sylwii i ojca, że wstydzą się w czymś takim wyjść
z domu, że to jest po prostu strasznie kiczowate. Matka krzyczała
wtedy: „Czy wy wszystko robicie przeciwko mnie? Czy wy musicie
podcinać mi skrzydła? Proszę, przyznajcie się wreszcie, że
chcecie mnie zlikwidować, zakopać pod płotem, a za zasiłek
pogrzebowy pojechać w rejs dookoła świata!” Sylwia nie miała
celiakii, choć matka bezbłędnie ją zdiagnozowała. Zdiagnozowała
u niej także anemię i chorobę afektywną dwubiegunową, choć ani
lekarz rodzinny i badania krwi, ani hematolog, ani psychiatra, ani
psycholog, nie potwierdzili tych straszliwych diagnoz.
Sylwia rozkoszowała się wolnością
od pieczątek, papierów i znaczków oraz muzyką
Beyonce, tylko do czasu. Znała doskonale gniewne, zamaszyste kroki i
usłyszała je nawet przez słuchawki.
-Sylwio, czemu leżysz w łóżku
jak nieżywa? Przecież tylko patrzeć, jak ten piękny dzień
przeleci ci przez palce! Czy robiłaś już dziś poranną
gimnastykę? Oczywiście, że nie!
-Mogę dziś odpocząć?
-Od czego ty chcesz odpoczywać? Już
wstawaj, raz raz! Zacznijmy może od pajacyków...
-Mamo, proszę, nie. Ja strasznie
głupio wyglądam, kiedy ćwiczę. Nie lubię tego...
-A kto ci się niby będzie przyglądał?
-A Mariusz?
Mariusz był młodszym bratem Sylwii,
nastolatkiem niesamowicie leniwym, jeśli chodzi o prace domowe,
pochłaniającym dwa razy tyle jedzenia, co Sylwia (mimo to również
dwa razy od niej szczuplejszym). Bez przerwy ze wszystkiego się
śmiał i żartował i ewidentnie przypalał trawkę. Sylwia go
kryła. W prawdzie nie wiedziała, co konkretnie Mariusz łyka,
wstrzykuje czy przypala, ale wiedziała, że nie zawsze jest w stanie
pełnej świadomości. Był wielką nadzieją matki. Miał iść na
medycynę lub farmację. Zupełnie mu się jednak nie chciało,
trzykrotnie rzucał szkołę, ale raz dostał I-phone'a i jej nie
rzucił, za drugą próbę dostał tablet Yoga i nie rzucił, a
za trzecią miał dostać własny samochód na osiemnastkę i
to też utwierdziło go w przekonaniu, by nie kończyć edukacji na
drugiej klasie liceum. Jak już było wcześniej wspomniane, Mariusz
śmiał się ze wszystkich i wszystkiego. Najbardziej z Sylwii.
„Kaszalociku, przynieś mi Sprite'a z lodówki! No, raz,
raz!””Ej, siora, ty nie jesteś przezroczysta, nawet
powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Ja coś oglądam, wiesz?”
Szczególnie z ćwiczącej Sylwii. Sam reprezentował szkołę
w koszykówce, zasuwał też na siłowni, a to, że przypalał
trawkę, jakoś szczególnie mu chwilowo w tym nie
przeszkadzało. Kiedyś matka kazała mu Sylwię trenować, ale to
był jeden wielki koszmar, bo tylko śmiał się z jej niezdarnych
podskoków na skakance.
-Mariuszka nie ma. Ten chłopak wstał
i pojechał na wykłady. Dla maturzystów!-Zawołała
matka.-Już w drugiej klasie myśli o maturze! O takich sprawach
trzeba myśleć z dużym wyprzedzeniem, Sylwio, a nie zostawiać
wszystko na ostatnią chwilę.
-”Taa. Już ja widzę te jego
wykłady.”-Pomyślała z ironią Sylwia. Była pewna, że brat z
tych, niech jej tam będzie, wykładów, wróci znów
późno i będzie wył ze śmiechu jak hiena na widok wąsów
ojca albo matki, która od 22 paraduje po domu w podomce i
papilotach, wyje wszystko z lodówki, pójdzie spać, a
jutro wstanie o piętnastej. Kiedy zaś będzie spał, matka w kuchni
rozpływać się będzie z zachwytu: „Jaki to wspaniały, pogodny
chłopiec!”
-Sylwio, skończ proszę marudzić i
narzekać i rób wreszcie te pajacyki. To jest nie do
pomyślenia, że ty tak narzekasz. Ja nie wiem, na co ty tak
narzekasz, bo ja ci za przeproszeniem tyłek miodem smaruję, a ty
co? Wiecznie skrzywiona. Zobaczysz, zostanie ci tak i nikt cię nie
zechce, zostaniesz starą panną, jak ta Marianna z środkowej
klatki. Wiesz, dlaczego ona jest starą panną? Bo właśnie tak jak
ty była wiecznie niezadowolona ze wszystkiego i skrzywiona i żaden
chłop jej nie chciał! A przecież przez życie trzeba iść
optymistycznie, myśleć pozytywnie, kroczyć z uśmiechem przez
każdy dzień...-Już zaczynała boleć ją głowa, a to był dopiero
początek.-Wyjmij, Sylwio, te słuchawki z uszu, kiedy do ciebie
mówię. Ty ogłuchniesz w końcu. Ileż to można leżeć tak
z tymi słuchawkami. A do pracy to ty nie miałaś dzisiaj iść?
-Jest niedziela, mamo. Poczta jest dziś
zamknięta.
-A tak, faktycznie... No dobrze, to
wstawaj i bierz się za ćwiczenia.
Sylwia dała za wygraną i powoli
podniosła się z łóżka.
-Stop, stop! Sylwio, robisz to źle!
Nie tak! Ja ci pokażę, jak się to robi! Raz- i- d-y-wa!
Raz-i-d-y-wa!- Matka sama zaczęła podskakiwać jak pajacyk. Gdyby
Sylwia nie była osobą bez poczucia humoru lub gdyby Mariusz
podzielił się z nią tym, czym sam się od czasu do czasu, może za
często, raczy, być może śmiałaby się teraz, ale jakoś nie
potrafiła się śmiać, bo wydawało jej się, że ma strasznie
głupi, irytujący śmiech i że w ten sposób nikt
inteligentny śmiać się nie może. Wydawało jej się zresztą, że
ludzie inteligentni wcale się nie śmieją. Eksperci w TVN zawsze
wyglądali na poważnych, gdy mówili o sytuacji politycznej w
Polsce. Dla jednych była bardzo dobra, dla innych- tragiczna. Ktoś
mówił, że Polska jest krajem bogatym, ktoś inny- że nie,
bo niektórych stać na chleb, ale nie stać na masełko,
przypominali też, że Sylwia, Mariusz i ich rówieśnicy
najprawdopodobniej nie będą mieli na starość emerytury. Ojciec
mrugał wtedy okiem: „Córuchna, nie masz tam jakiego
absztyfikanta? Bo pora postarać się o kogoś, kto na twoją
emeryturkę zapracuje.” Kiedy usłyszał to brat Sylwii, walnął
się otwartą dłonią w czoło i wybuchnął śmiechem.
-A u ciebie, Mariuszku, jak z tą miłą
koleżanką?-Zapytała matka.
-Ja nie będę produkował
bezrobotnych.-Mruknął Mariusz.-I na co mi baba? Będę miał
robota, który będzie mi sprzątał i gotował.
Mężczyźni? Sylwia w życiu kochała
tylko jednego. Polonistę z liceum. Była to miłość bardzo
nieodwzajemniona, z syndromem ofiary, ponieważ rzeczony regularnie
stawiał jej kiepskie oceny, bo mocna z polskiego delikatnie mówiąc
nie była. Przez całe życie miała ogromne problemy z ortografią,
nie mogła jej opanować, a i pisanie wypracowań nie szło jej
najlepiej. Raz napisała wiersz, odczytała go przed klasą, ale
później przez pół roku wszyscy się z niej śmiali.
Polonista w typie młodego Borysa Szyca tylko pogratulował jej
odwagi. Kręcił ją sposób, w jaki pochylał się nad
dziennikiem i wpisywał kolejną jedynkę, gdy powiedziała, że
„Wielką Improwizację” Gustaw/Konrad wygłosił w czasach II
wojny światowej, na Mont Blanc. Lekko kręcone włosy blond tak
zawadiacko opadały mu na czoło, a dłoń o długich, szczupłych
palcach pianisty poruszała się powoli i metodycznie, pisząc
czerwonym BIC'em „1”. Kiedy jej tłumaczył na osobności, że
będzie musiała to poprawić, bo zaczyna robić się bardzo
nieciekawie, upajała się jego głosem i ciężko było jej przyjąć
do wiadomości, że „Zmierzch” nie jest literaturą romantyczną,
przynajmniej nie w TYM sensie... Później nikt tak nie
trafiał do jej serca, jak nauczyciel-oprawca.
Darek lubił w życiu tak naprawdę
wyłącznie dwie rzeczy. Lubił to mało powiedziane. On to kochał.
Po pierwsze więc- kochał golić głowę. Lubił, gdy jego brązowe,
falujące włosy spadały powoli na podłogę. Mamuśka zawsze
krzyczała, żeby ruszył tyłek, bo ona nie będzie ciągle po nim
zamiatać tych kudłów. A ten tyłek miał ruszyć z łóżka,
gdzie rozkoszował się Słowackim i powtarzał z pasją: „Duchowi
memu dała w pysk i poszła...! Ej, to jest dobra kawalina!” W
sumie to ustawki też dosyć lubił, ale nie przebijały one w niczym
golenia głowy i polskiej poezji czy dramatów. Za czytanie
polskich poetów jeszcze nigdy nikogo psy nie zwinęły, choć
podobno było to możliwe za komuny. Podobno za komuny nie chcieli
wystawić „Dziadów” i była wtedy niezła afera. Darka
fascynowała przede wszystkim poezja, ale i dramaty Mickiewicza i
Słowackiego (Mrożków i innych za bardzo nie rozumiał.
„Babcia na katafalk?” Łotafak!), ciekawiło go, że poezja wcale
nie musi się rymować, a taki „Pan Tadeusz”, choć calusieńki
się rymuje i to elegancko się rymuje, należy do epiki, czyli tego
samego rodzaju, co grube książki pisane ciurkiem, czyli powieści.
Pożyczał tomy poezji z biblioteki, a polecały mu je dwie
bibliotekarki: mała, pulchna pod sześćdziesiątkę i wysoka,
szczupła blondynka z niczego sobie bufetem. Tę drugą chciał
wyciągnąć na kawę do maka, ale nie chciała, bo przyszedł po nią
ten pretensjonalny (pretensjonalny, czyli taki żenua i żal.pl) gość
z polibudy (Darek potrafił siedzieć tam do zamknięcia biblioteki,
kiedy akurat ona tam była. A czasem była na przykład od dziewiątej
do czternastej, bo jechała na uczelnię, ponieważ była doktorantką
(czyli taką ni studentką, ni wykładowczynią chyba), a do
zamknięcia biblioteki o dziewiętnastej siedziała pani Benia.
Coś stukała na laptopie i uśmiechała się do niego. Gdy nie było
ruchu, potrafiła wyciągnąć drewniany różaniec i modlić
się na nim w ciszy. Mówiła, że odmawia jakąś nowennę
(taka modlitwa, którą się odmawia dziewięć dni, choć tę,
mówiła, odmawia się o wiele dłużej) Czasem, po zakończeniu
pracy biblioteki, zostawali tam razem i opowiadała mu różne
historie. To od niej wiedział o tych „Dziadach” za komuny, bo
opowiadała mu, że sama protestowała przeciwko zdjęciu sztuki z
afisza. W ogóle dużo mu mówiła o komunie. „Tamta
władza robiła okropne rzeczy.”-Mówiła.-”Ale ludzie...
Ludzie byli inni. Bardziej solidarni. Potrafili się zjednoczyć.
Wychodzili z domu, spotykali się, rozmawiali... I w tych cholernych
kolejkach ile przyjaźni się zawiązało! A teraz co? Ludzie
zamykają się w domu, odgradzają od innych, a rozmawiają chyba
tylko w tych internetach. A co to za rozmowa. Mam syna takiego jak
ty, Pawełka, po maturze za granicę wyjechał i czasem rozmawiamy.
Jest taki program, co można z nim rozmawiać jak przez telefon, ale
go widzisz. Ty pewnie wiesz zresztą... Ale to nie to samo. Nie to
samo. To jak w więzieniu, przez szybę...Wtedy to były inne czasy.
Od razu było wiadomo, kto czym pachnie i na kogo uważać, choć i
partyjniacy mieli czasem dobre serduszka, potrafili pomóc,
ulitować się, coś załatwić i jednak warto było jakiegoś znać.
A teraz co? Znieczulica, zbydlęcenie...
-Co byś, kotku, dzisiaj
poczytał?-Pytała w godzinach pracy biblioteki, gdy nie było
warunków do rozmowy.
-Coś o miłości, pani
Beniu.-Odpowiedział pewnego dnia. Wtedy, gdy Julia wyszła z tym
gościem z polibudy.
-Ha! Masz kogoś na oku?-Pani Benia
uśmiechnęła się zalotnie. Musiała być z niej w młodości
niezła rozrabiara, zdradzał to ten uśmiech.
-Dużo by gadać. Ona mnie nie za
bardzo...
-Ma kogoś?-Jakoś podświadomie
wyczuł, że ta kobieta wie, o kogo chodzi.
-Chyba tak.
-Oj, biedny chłopak.
-Oj tam, oj tam. Nie ona pierwsza i nie
ostatnia.
-Dobre podejście!
-No, to co pani poleca? Ostatnio jak
jechałem na mecza to przeczytałem całego Adasia...
-Wszystko Mickiewicza?
-Wszystkie wiersze bynajmniej...
-Czyli zdecydowanie nie
wszystkie?-Uśmiechnęła się łobuzersko pani Benia.-”Bynajmniej”
to nie „przynajmniej”, miśku. Bynajmniej to zaprzeczenie, nawet
wzmocnienie zaprzeczenia. „-Jesteś księdzem?; -Bynajmniej, mam
żonę i dziecko.”
Darek roześmiał się. Bibliotekarka była trochę jak matka. Jego
własna matka w tym momencie malowała się i śpiewała: „Oj,
pieniążki kochane, kiedy was dostanę?” Mimo dawno przekroczonej
pięćdziesiątki miała dwie dziary- jedną nad pęknięciem pleców,
drugą- na ramieniu. Usta malowała na kolor jaskraworóżowy,
robiła niesamowicie grube kreski na oku, tak, że wszystkie sąsiadki
cisnęły z niej bekę. Do tego przydymione oko. Jarała jak smok
prawie trzy paczki dziennie, nie pogardziła bronkiem i przede
wszystkim chodziła do Remontu czy Siedemdziesiątki z młodszymi
koleżankami. Do czasu, aż nie skończyła się kasa. Raz ją
widzieli, gdy wracali z kumplami z ustawki. Miała problem z
utrzymaniem równowagi, szczególnie na
dwudziestocentymetrowych szczudłach z Marywilskiej; oraz porwane
rajstopy. Misiek i Mati śmiali się: „Ty, Daro, toż to przecież
twoja stara!” „Morda!”-Odpowiedział wtedy. W sumie to uważał
się za człowieka spokojnego i bezkonfliktowego, ale za trzy rzeczy
groziła od niego lepa. Po pierwsze: za wyśmiewanie ukochanego
klubu. Po drugie- za wyśmiewanie matki. I po trzecie- za
jakiekolwiek żarty na temat miłości do poezji. Łuki raz odkrył
tę jego tajemnicę i wszyscy mieli bekę, ale dojechał paru i się
raz na zawsze zamknęli. Co oni zresztą mogli wiedzieć w ogóle
o poezji? On też kiedyś nie wiedział o niej nic, bo w domu nie
było ani jednej książki. Do czasu, aż usłyszał wiersz Danuty
Wawiłow, o dzieciaku, który wyszedł z domu i wędrował po
świecie, zabierając ze sobą płaczącego chłopca i czarnego kota,
którego każdy kopał i przeganiał. Gdy ruda Ania z VI C
recytowała go na apelu, popłakał się. Normalnie się popłakał.
Drugi raz, gdy w gimnazjum przeczytał taki wiersz „Do kraju tego,
gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie... Tęskno
mi, Panie.” Teraz już wiedział, że to Norwid. Nawet chciał coś
sam napisać, ale w wierszu takie słowa jak „dupa”, „cycuchy”,
„dobry bufet”, „dobra dupa”, „zimna suka” wyglądały co
najmniej dziwnie. Przestał więc pisać, zresztą wydawało mu się,
że wszystko, dosłownie wszystko już ktoś kiedyś napisał. No i
nie było właściwie dla kogo pisać. Andżela była słodka jak
dziecko. Chyba że się jej czegoś odmówiło. Nacisk miał
wtedy trzy etapy. Najpierw ostrzegała słodkim głosem, że tupnie
nóżką. Później faktycznie tupała ostrzegawczo
nóżką. Później był foch. Na fejsie roiło się od
tekstów o kobiecych fochach. Ona chyba wyuczyła się tego
wszystkiego na pamięć i ćwiczyła na nim. No i była jeszcze
groźba, że powie tatusiowi... Po tym rozstaniu zostało mu opiewać
pryszczaty ryj Seby, ale co tu opiewać, jak tu nie ma nic do
opiewania? Marzył o prawdziwej kobiecie.
Przy niedzielnym obiedzie z Karoliną,
jej przystojnym narzeczonym (oboje wyglądali jak księżniczka i
książę Disneya, tyle że byli księżniczką i księciem z korpo)
i ciocią Ulą, doszło do koszmarnej awantury. Sylwia cieszyła się
w duchu, że to nie ona jest tym razem chłopcem do bicia, ale
Mariusz. Rozmowa była o tym, że młodzi ludzie nie chcą dziś
pracować, no chyba że od razu za cztery tysiące.
-Albo w firmie Szlachta nie pracuje, prawda?-Uśmiechnęła się
Karolina, patrząc prosto na brata Sylwii, który ostatnio
ustawił sobie na Facebooku, że: „Pracuje w firmie: Szlachta nie
pracuje jako Zawód: syn”. Wtedy rozpętało się piekło.
Ojciec ostro się wściekł i zapowiedział, że od teraz to obecny
tu Pan Sarmata będzie utrzymywał rodzinę i że kończy się dla
Mariusza dopływ kasy. Ten trzasnął drzwiami i wyszedł, a mama
zaczęła się drzeć na tatę, że jest bezlitosny. I tak dalej.
Przynajmniej tym razem w spokoju zostawiono Sylwię, która
wręcz niespostrzeżenie wymknęła się do pokoju, by dołować się
tym, że poniedziałek jest coraz bliżej. Poniedziałek i
znienawidzona praca.
No a Darka po wszystkich Królewskich
potwornie bolała głowa. Do domu odwoziła ich siostra Matiego,
wściekła na cały świat. Wstał o pierwszej i sięgnął po tomy
przyniesione ostatnio z biblioteki. Tym razem nie miał czasu na
grzebanie, spieszył się na rozmowę w sprawie stażu w pierogarni,
więc tylko losował z półki z poezją polską. Tylko polską,
innej nie czytał, choć piękna bibliotekarka Julia przekonywała,
że Goethe jest piękny. I Whitman. Ale jest Polakiem i co, mało to
polskiej, pięknej poezji, że trzeba zaraz Niemców czytać?
Jak mówi przysłowie, Polacy nie gęsi i swój język
mają! Kto wie, czy ten cały Goethe nie był jakimś tam
esesmańcem... Wyciągnął Broniewskiego, ale ten niezbyt mu się
podobał. To była poezja, ale jak nie poezja. Jakieś płuca wyplute
nie bolą... Tak to by i on napisał. A Darek był czytelnikiem
wymagającym. Lubił czytać tylko takie rzeczy, jakich sam by nie
napisał. Kiedyś piękna Julia podrzuciła mu Wojaczka i Bursę, ale
też mu się nie podobali. Coś takiego to dla niego w ogóle
nie była poezja. W poezji nie powinno być bluzgów. Z
bluzgami to i on by napisał, dlatego nie pisał.
Matkę również bolała głowa. W piątek dostała pieniążki
kochane, los fortunę zesłał jej, więc w sobotnią noc poszła na
tańce z koleżankami. Narzekała, że wydzwania do niej taki nieduży
z wąsikiem, rzeczywiście przez całą niedzielę telefon nie
milknął. Mówi, że dobry chłop, ale nudny. Na tańcach
zachowywał się jak prawiczek na studniówce albo raczej balu
gimnazjalnym.
Sylwia rozkoszowała się przy
znienawidzonej robocie czymś zakazanym. Kanapką z salcesonem,
panie! Zwykła bułka, nie bezglutenowa! Jedzenie tego, co tuczy,
było jedyną zakazaną rzeczą, jaką odważyła się zrobić
Sylwia. Najlepiej, kiedy matka tego nie widziała, bo kiedy widziała,
nie mogła obyć się bez kazań. A nie było pod słońcem nic
lepszego, niż mięsko. Było po 11, czyli jeszcze mało ludzi
przychodziło na pocztę, ruch zacznie się około piętnastej. W
połowie jedzenia przez Sylwię zakazanej kanapki do okienka podszedł
chłopak z awizo. Taki typowy dresik. Przypakowany, w krótkich
spodenkach i tatuażem-smokiem na nodze, w czapce bejsbolówce
z charakterystycznym haczykiem Nike (ten rodzaj czapki brat Sylwii
nazywał „wpierdolką”, była jakaś nowa moda na fejsie. Sylwia
rzadko coś wstawiała na swojego wall'a, za to wiedziała wszystko o
znajomych. Połowa klasy brała śluby, dwie klasowe pary się już
rozwodziły, Milena miała panieńskie dziecko, Bartek uciekł do
Irlandii, Marta do USA, Piotrek do Niemiec, wszyscy troje wyklinali
polskich polityków, Paulina, która uwielbiała
imprezować, chodziła w bluzkach, które podkreślały ogrom
jej biustu i raz kręciła z jednym chłopakiem, za chwilę z innym,
na pierwszym roku studiów nawróciła się i ciągle
wrzucała coś o Bogu... Teraz znała ich tylko z fejsa. Trochę
szkoda), czapka wydawała się za mała na jego dość dużą głowę
i trochę odstające uszy. Cisnął jej awizo. W pewnym momencie
jakoś zaszklił mu się wzrok. Sylwia ruszyła na poszukiwania jego
listu. Pochyliła się. Wyciągnęła. Całe szczęście nie trzeba
było specjalnie latać. Podeszła z powrotem do okienka.
-Lubi pani salceson?-Zapytał nagle.
-Co?-Zdziwiła się. Co to w ogóle
za pytanie.
-Moja mama kiedyś pracowała w mięsnym
i zawsze przynosiła mi trochę salcesonu i kiełbasy. Brałem pęto
w rękę i grałem na kompie. Tatuś się ciągle wściekał, że
tylko siedzę i gram, zamiast z chłopakami na dwór iść.
Dobry był chłopina, ale pani posłucha. Spasł się jak się
postrzelił w nogę i umarł.-Ostatnie słowo wymówił
„umar”.-Cukrzycę miał i nie wiedział o niej. Ale się
strasznie spasł, naprawdę. Wie pani, spasł się tak, że musieli
dźwig podstawić do okna, żeby go do kostnicy zabrać.
-O Jezu...-Westchnęła Sylwia.
-Tak tak. Seryjnie mówię. Ale
pani to pasuje. Ładnie tak pani. Jakby pani była chuda... Nie, to
by do pani nie pasowało. Pani wygląda jak taka matrona, taka
królowa ogniska domowego, taka rzymska czy tam grecka bogini.
-Raczej jak posążek Buddy, ale
dziękuję.-Odparła, bardzo zdziwiona. Żaden facet jej nigdy nie
powiedział, że wygląda jak bogini. I skąd w słowniku dresiarza
takie słowa jak matrona.
-I jeszcze ten humor i dystans do
siebie. Lubię jak kobieta ma poczucie humoru. O! „Lubię, kiedy
kobieta”! Piękny wiersz, zna go pani?
Znała. Jej polonista w typie młodego
Szyca czytał go kiedyś na lekcji takim zmysłowym, seksownym
głosem. Później te wredne panienki, ta Aśka spalona przez
solarkę (jej też nikt nie lubił. Mówili na nią „Maxi
King”, jak ten baton- na zewnątrz czarna, w środku biała...) i
Dorota śmiały się z niej, że się buja w poloniście, bo podobno
obserwowały ją przez całą lekcję i widziały zakochany wzrok.
Ale skąd ten zabawny chłopak mógł znać wiersze?
Przypominał jej trochę tego dzieciaka z łysą czachą i wielką
głową z bajki „Jerry i Paczka”.
-Lubię, kiedy kobieta omdlewa w
objęciu. Kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu...-Zniżył
nagle głos i dostał lekkiej chrypki.
Halina spoglądała krzywo ze swojego
biurka. Tego trzeba, żeby jakiś degenerat z łysą pałą recytował
tej śpiącej królewnie wiersze!
-Halo halo, Sylwio, jesteś w
pracy!-Zawołała.
-Nikogo tu nie ma oprócz
nas!-Wyszeptał ogolony na pałę miłośnik poezji.-A pani to niby
zna poezję i lubi? Pewnie nie, stąd ta reakcja. Pewnie nie ma pani
pojęcia o poezji, tylko o pieczątkach. A ja to proszę pani znam
poezję, ja znam się bardzo dobrze na poezji i to bynajmniej nie
tylko Mickiewicza i Słowackiego, proszę pani!-Zaczął stopniowo
coraz bardziej podnosić głos. Co zdanie, to o oktawę głośniej.-I
wie pani, co pani powiem? Czucie i wiara silniej mówi do mnie,
niż mędrca szkiełko i oko! Mickiewicz! I wie pani co? Porywam
ciebie, piękna Sylwio, matrono i królowo ogniska domowego,
moja Beatrycze i Salome, z tego królestwa biurokracji! A ta tu
hydra, smoczyca o cuchnącym oddechu mnie nie powstrzyma!
-Ale ja...-Zaczęła nieśmiało
Sylwia.
-Sylwio... Ja ciebie kocham! Czyż być
może? Czy mnie nie zwodzi złudzeń moc? Ach nie! Bo jasną widzę
zorzę i pierzchającą widzę noc! No, wychodź, porywam cię.
-Sylwio, jeżeli wyjdziesz, to ja
bynajmniej stanę na uszach, żebyś straciła tę
posadę.-Oświadczyła Halina.
-A co mnie to, a w dupie to mam!
Całujcie mnie wszyscy w dupę, jak mówił poeta!-Wykrzyknęła
nagle Sylwia i poderwała się w fotela. Zaczęła tańczyć,
niesamowicie lekko. Poszła do pokoju służbowego i zabrała swoje
rzeczy. Darek, bo jak się rozważny czytelnik domyśli, to on
przyszedł odebrać list, dopowiedział:
-Tuwim zdaje się. Ale nie lubię go,
był wulgarny strasznie. Poezja nie powinna być wulgarna, wystarczy,
że rzeczywistość jest wulgarna.
-Powariowali!-Wrzasnęła kobieta.-A z
tego tucznika i tak nie było pożytku!
-Pani obraża moją przyszłą żonę i
matkę moich przyszłych dzieci, Dejvida i Karyny!-Wykrzyknął
Darek.-Pierw Dejvid, rzecz jasna. Musi być syn, co by mój
tatuś był dumny tam u aniołków. Ale to nie zmienia faktu,
że pani obraża moją Kaliope, Erato czy tam inną Melpomenę. Wie
pani, kto to był? To były muzy! A muzy to były takie, co
natychały!
-Ej, chodź!-Zawołała Sylwia z
pokoiku pracowniczego.-Mój rycerzu, mój wybawco od
papierów i pieczątek!
-Racja, nie ma co rzucać pereł przed
wieprze... Jak powiedział poeta... Ale który?
-To w Biblii chyba pisało.-Powiedziała
Sylwia. Jej polonista powiedziałby, że się mówi nie
„pisze”, tylko „jest napisane”, ale w sumie... W sumie miała
gdzieś tego polonistę. Cierpiała przez niego za dużo. Tamta
miłość była toksyczna. Ta będzie prawdziwa. Czuła to.
Dowiedziała się, że ma na imię Dariusz, zaczęła się śmiać,
że to prawie jak jej brat, tylko jedną literkę zamienić. Oboje
śmiali się z tego przez kilka minut i zgadł, że brat Sylwii ma na
imię Mariusz. Matka zawsze rozpływała się, że jest to piękne,
rzymskie imię, że może je nosić tylko prawdziwy mężczyzna i
wyjątkowy człowiek, jak jej syn, samozwańczy facebookowy
szlachcic. Na randkę zabrał ją do osiedlowego kebaba. Siedzieli
przy stoliku i patrzyli sobie w oczy. A on wciąż komplementował:
„Sylwio, tak ślicznie jesz. Oj, uważaj, baraninka ci spadła.
Szkoda takiej pięknej bluzeczki, choć w sumie to można ją zdjąć,
hie hie hie”.
A pod wieczór ruszyli w świat i
nikt jej więcej nie widział, ale Darek wydał kilkanaście tomików.
I żyli długo i szczęśliwie.
niedziela, 7 czerwca 2015
Pierwsza część dłuższej historii
Hej! Dziś mam dla Was pierwszy odcinek dłuższej historii. Opowiada ona o dwóch przyjaciółkach z gimnazjum z różnych środowisk, które połączy misja pomocy jednej z nich. Co z tego wyjdzie? Zobaczycie dalej. Co sądzicie o przyjaźni? Macie takiego przyjaciela, dla którego zrobilibyście wszystko?
Wszystkie imiona "wyciągnięte z kapelusza", pierwsze jakie przyszły mi do głowy. Zapraszam do lektury i oceny :)
Dajesz mi niepokorne myśli, niepokoje.
Tyle ich wciąż masz, kochana.
Nie myśl, że nie miniemy nigdy się
Choć łatwiej razem iść pod wiatr.
(R. Przemyk, K. Nosowska, "Kochana")
ODNALEŹĆ SIEBIE (tytuł roboczy)- cz. I
Zbawczy dzwonek wyrwał grupę
gimnazjalistów z sali grozy.
-Zaraz, zaraz. Dzwonek jest dla
nauczyciela, nie dla ucznia!-Wykrzyknęła antypatyczna chemica.
Wtedy potworny Janek, któremu ostatnio polonistka na lekcji
zarekwirowała tablet (był wtedy prawdziwy płacz i zgrzytanie
zębów, Janek wybuchnął płaczem, był cały czerwony na
twarzy i spazmatycznie wciągał powietrze, ale nikt się z niego
nie śmiał, warto było się z nim kumplować, bo zawsze
stawiał)dzieciak chodząca beka, syn producenta telewizyjnego,
wypowiedział te słowa:
-To se go weź do domu!
Ci, którzy jeszcze nie zdążyli
uciec, ryknęli śmiechem. Janek, największy kozak w klasie. Był
fajniejszy od Patryka, bo tamten to był taki typowy dres, patola.
Janek miał klasę i kasę. Kiedy w piątek zrywali się z dwóch
wuefów i szli do KFC, zawsze stawiał. I zawsze też można
było zrobić sobie z nim selfie. Co więcej, Janek później
Cię na tym oscarowym selfie oznaczał na Facebooku, więc wszyscy
wiedzieli, że z nim byłaś w KFC.
Chemica podeszła do rozpuszczonego
dzieciaka, położyła mu rękę na ramieniu i oświadczyła:
-Przyjdziesz tu jutro z ojcem. Już
piszę ci uwagę.
-Co pani robi, to jest naruszenie
nietykalności cielesnej, proszę mnie nie dotykać. Wam nie wolno...
Na to są paragrafy- Stawiał się dalej Janek.
Marta też chciała jak najszybciej się
stamtąd wydostać. Jej jednej nie kręcił Janek i selfie z nim w
KFC. Nie obchodziła go także awantura w jego wykonaniu. Wrzuciła
do torby zeszyt i cisnęła długopis. Klaudia wpatrywała się z nią
z uwielbieniem, jak zwykle. Wczoraj rzuciły sobie nową farbę na
włosy (na hennę rodzice Klaudii wyrazili zgodę, a matka Marty jak
zwykle miała to wszystko gdzieś, całowała się wtedy z Jackiem,
gniotąc w popielniczce kolejnego peta) i wyglądały jeszcze
bardziej jak siostry. Chciały zrobić sobie sesję w szkole.
Smartfonem Klaudii. Marta też chciała smartfona, ale matka, tuląc
się do Jacka przed telewizorem, zachichotała: „To se zarób”.
Klaudii rodzice tak nie mówili. Kupili go jej za wyniki w
nauce. Liczyli na to, że córka pójdzie w ich ślady, a
wykładali na Uniwersytecie Warszawskim. Tata zajmował się językiem
polskim, mama- literaturą. Marty rodzina była inna. Tak inna.
Czworo rodzeństwa, każde miało innego ojca. I matka. Aktualnie z
Jackiem, który nie pracował. Sama też nie pracowała. Nigdy.
Marta miała brata Tadka, który miał dwadzieścia jeden lat,
z czego część spędził w poprawczaku za jakąś bójkę z
użyciem noża. Później, mając na głowie kuratora, wreszcie
zajął się uczciwą pracą. Najpierw wykładał towar w markecie,
obecnie pracował w klubie dla studentów, który dziś
był raczej speluną. Żywił się papierosami i energetykami, a
Marta prawie go nie widywała, gdyż jeśli nie pracował w klubie
(ciągle spóźniali się z wypłatą), to siedział na
siłowni. Miała też siostrę Paulinę, która skończy w tym
roku siedemnaście lat i dopiero co skończyła gimnazjum. Także
miała kuratora na głowie- była nawet młodsza od Marty, gdy z
grupą starszych dziewczyn dotkliwie pobiła koleżankę z klasy.
Paulina była złośliwa, nerwowa, mało kobieca, miała znaczną
nadwagę, duży tyłek, biodra i piersi, czarne włosy i ciemną
karnację. Jej też Marta za często nie widywała, bo znikała na
całe dnie z domu, ale i tak była oczkiem w głowie matki, która
uważała ją za najpiękniejszą. Marta ze starszą siostrą spały
w jednym łóżku, jeżeli oczywiście Paulina znowu gdzieś w
nocy nie zabalowała. No i był kochany, słodki, młodszy braciszek,
Marcinek. Był uroczym, czteroletnim blondynkiem z kręconymi
włosami, wielkimi, niebieskimi, mądrymi oczkami i usteczkami jak
maliny. Marcinek jeszcze prawie nie mówił, lubił budować
konstrukcje z klocków, które w zeszłe święta dostali
z paczki. Bo prezenty dostawali tylko z paczek, od ludzi. Mama nie
pracowała, nigdy. Miała ciekawsze rzeczy do roboty. Tadka urodziła
w wieku czternastu lat, jego ojca podobno nie znała i nie chciała
znać, ale podejrzewano, że ten sam mężczyzna był także ojcem
Pauliny, gdyż oboje mieli czarne włosy i ciemną karnację. Marta
swojego ojca widziała dwa razy, a ojca Marcinka nawet lubiła.
Nazywał się Mirek, pracował na budowie i był całkiem fajny, ale
mama wyrzuciła go z domu, bo podrywał Paulinę. Mirek wyleciał z
domu, a starsza siostra Marty tak dostała od mamy w twarz, że
prawie upadła. Rodzina Klaudii była zupełnie inna i Marta
zazdrościła jej. Klaudia też miała małego braciszka, ale
młodszego od Marcinka. I miała piękne mieszkanie, swój
własny pokój, nie to, co u Marty. Obie najbardziej bały się
tego, że rodzice Klaudii nie pozwolą im się dłużej przyjaźnić,
że uznają dziewczynkę z takiej rodziny za nieodpowiednie
towarzystwo dla ich mądrej, niesamowicie wrażliwej córki. Na
razie nie mieli nic przeciwko tej znajomości albo tylko udawali.
***
Pyskówka syna producenta
telewizyjnego z nauczycielką trwała nadal, ale dziewczyny nie
zwracały na to uwagi. Wyszły razem z sali.
-Chodź... Moja dupo!-Zawołała Marta
i objęła Klaudię, która uśmiechnęła się jak zwykle z
zakłopotaniem.-Kochasz mnie?-Zapytała.
-Kocham.-Uśmiechnęła się nieco
pyzata Klaudia, przytulając się do niej.
-Na zawsze?
-Na zawsze i jeden dzień dłużej.
-Jesteś taka piękna. No, zdecydowanie
za piękna dla mnie. Aż się wstydzę, że jestem taka brzydka.
-No, przestań...
-Swoje wiem. Mama mówi, że
byłam najbrzydszym bachorem na świecie, że jak mnie zobaczyła
pierwszy raz, to się brzydziła mnie wziąć na ręce...
-Ojej. Moja nigdy by mi tak nie
powiedziała.
-Wiem. Żadna chyba by tak nie
powiedziała, ale moja jest, no...
-Specyficzna?-Klaudia usłyszała to
słowo w którejś rozmowie rodziców, już dawno temu i
jakoś jej się spodobało.
-Tak, chyba tak. Cokolwiek to znaczy.
Dlaczego ona mnie nie kocha?
-Nie wiem, może kocha cię, tylko nie
umie tego okazać... Chodź, zrobimy sobie zdjęcia.
***
Migawka smartfona pstrykała wesoło, a
dwie przyjaciółki przed lustrem uśmiechały się, bawiły
nawzajem swoimi włosami, całowały w policzek, robiły głupie
miny... Klaudia ściągnęła usta w słup, a oczka- w ciup, Marta
wywaliła język i zmarszczyła brwi. Bawiły się tak przez pół
przerwy. Później wpadły dziewczyny z trzeciej klasy na
szybkiego papierosa.
-No wiesz, ona to ogólnie jest
straszna wieśniara.-Mówiła jedna, z włosami pofarbowanymi
na rudo i kolczykiem w języku, zaciągając się łapczywie.
-Tak. Myśli, że jest nie wiadomo kim,
a tak naprawdę wszyscy mają z niej bekę i tyle.-Potakiwała druga,
drobna platynowa blondynka, z okrągłym kolczykiem w nosie i
odkrytym brzuchem. Rozległ się głośny dzwonek telefonu, jakaś
modna piosenka. Drobna blondynka odebrała.
-No cześć, Misiu, wstałeś już?
Wtedy Ruda zobaczyła dwie przyjaciółki
z drugiej gimnazjum.
-Dzieciarnia, wypad z baru. To dla
VIP-ów.-Wykrzyknęła. Blondi szczebiotała przez telefon do
Bartusia, bo tak miał na imię jej Misio, co okazało się w trakcie
rozmowy.
-Dobrze, przepraszamy.-Wydukała
przestraszona Klaudia. Ruda była wyższa od niej i porządnie
zbudowana.
-Wal się.-Zawołała do Rudej Marta.
Klaudia spojrzała na nią z przerażeniem.-Nie widzę tu żadnych
VIP-ów, za to paszteta i solarę.-Kiedy Paulina i Tadek bywali
w domu, Marta trochę nauczyła się ich tekstów. W ich domu
rozmawiało się tak na co dzień. Nie było dnia, by Tadek nie
nazwał Pauli „pasztetem”, a ona jego „parówą” lub
„bucem”, a to i tak były najbardziej cenzuralne przezwiska.
Jeśliby zaczęli zwracać się do siebie w inny sposób,
chociażby po imieniu, można by było uznać, że jedno z nich jest
umierające.
-A chcesz lepę, gówniaro?-Zapytała
Ruda swoim niskim, ochrypłym głosem.
Blondi słodkim głosem pożegnała
Misia Bartusia, rozłączyła się i zwróciła do kumpeli:
-Ty, Kaśka, zostaw ją. Nie widzisz,
że to Pauli siora?
-Poważnie?
-Tak. Będzie kosa. Ty to jednak głupia
jesteś, co nie? Ale ta druga to po co tu? Ile masz lat, dziewczynko?
Wyglądasz jak z pierwszej klasy. Ty wypad.-Zwróciła się do
Klaudii, która w tej chwili była już bliska płaczu.
-”Ty wypad?” Po jakiemu to, bo
chyba nie po polsku?-Zapytała Marta.
-Chodźmy.-Poprosiła przestraszona
Klaudia.
-Możemy iść. Nie ma sensu się szarpać z takimi tłukami.-Rzuciła
Marta.-Chodź... Moja dupo.
-Klaudka, dlaczego ty się boisz własnego cienia?-Zapytała
Marta.-Ledwo ktoś głośniej tupnie nogą, a ty już się chowasz. A
jeszcze te głupie laski... Moja siostra je zna. Nic by nam nie
zrobiły.-Choć ani Paulina, ani Tadek nie darzyli młodszej siostry
wielkim szacunkiem, raczej ją zbywali i przeganiali z kąta w kąt,
mieli swoich znajomych, swoje sprawy i dom był dla nich właściwie
hotelem (albo raczej motelem), nie pozwoliliby, żeby Marcie stała
się krzywda. Dziewczynka była pewna tego bardziej, niż siebie
samej. To gimnazjum doskonale pamiętało jej rodzeństwo,
najbardziej Paulinę, która mury szkoły opuściła zaledwie w
zeszłym roku, i Marcie ze strony innych uczniów nie groziło
żadne niebezpieczeństwo, bo z tą patolą nikt nie chciał mieć
kosy. Nie była „kocona”, nie dokuczano jej, nie okradano (bo w
sumie nie było za bardzo z czego). W przeciwieństwie do nieśmiałej,
chorowitej i wciąż dość dziecinnej Klaudii, która często
stawała się obiektem różnych dziwnych akcji starszych
uczniów. W szóstej klasie Marta stanęła w jej obronie
i tak zaczęła się ich przyjaźń. Od rodzeństwa, które
właściwie wychowała ulica, Marta nauczyła się tego, by być
twardą, pyskatą i rozpychać się w życiu łokciami. Mimo to w
środku pragnęła innego życia i zazdrościła Klaudii tego spokoju
i ciepła rodzinnego. I tego, że Klaudia była tak... Dobra. A czy
ona sama była dobra? Na pewno nie chciała żyć tak jak starsze
rodzeństwo. Żadnych kuratorów, poprawczaków... Ale
czy było to w tej rodzinie w ogóle możliwe? Nieraz miała
ochotę, by zabrano ją stamtąd i adoptowali ją rodzice Klaudii.
Niechby nawet chowali ją pod kloszem. Ale ktoś by się nią
interesował. I ktoś mógłby pomóc jej czasem w
lekcjach... I chciałaby... Chciałaby znać swojego ojca. Widziała
go dwa razy w życiu, nawet nie wiedziała, czy coś na nią płaci.
Niechby i nie płacił, i tak pewnie nie widziałaby tych pieniędzy,
ale gdyby mogła się z nim spotykać... Albo mieszkać. Najlepiej z
nim mieszkać. Nienawidziła tego Jacka. Całymi dniami rechotał
przy głupich filmikach na YouTube. Czasem bała się, że uderzy
mamę, gdy ta kazała mu iść do pracy. Jeśli w domu jakimś cudem
był akurat Tadek, stawał w obronie matki i często wywiązywała
się szarpanina między nim, a tym całym Jackiem. Matka wtedy
krzyczała „Ludzie, ratunku!” i płakała... I był wstyd przed
sąsiadami. Jeśli widziała ojca dwa razy, a później już
nigdy więcej, ciężko powiedzieć, że go zna. A gdyby tak...
-Dziewczynki, zupka na stole!-Zawołała
z kuchni babcia Klaudii. Jej rodzice nie chcieli, by dziewczynka
wracała do pustego domu i chodziła z kluczem na szyi, gdy musieli
akurat być na swoich uczelniach, więc często przychodziła jej
babcia. Ktoś musiał też zajmować się małym Piotrusiem. Choć
schorowana, brała sterydy, zawsze znalazła trochę siły, by
przygotować obiad. Marta nie znała babci. Mama była z nią
skłócona, bo podobno babcia piła i nie interesowała się
nią i wujkiem Jarkiem. Wujek Jarek od kilkunastu lat mieszkał w
Stanach, miał tam żonę, dzieci nie mogli mieć. Mimo patologicznej
rodziny Marta miała więc także „wujka z Ameryki”, ale jakoś
wcale jej to nie cieszyło, bo nie utrzymywał z rodziną kontaktu.
Parę razy obiecywał, że weźmie do siebie Tadka czy Paulinę, bo
potrzebuje ludzi do pracy, ale koniec końców nic z tego nie
wychodziło.
-Smacznego.-Powiedziała babcia.
-Dziękuję.-Odpowiedziała
Klaudia.-Smacznego.
-Dziękuję.-W tym domu przed jedzeniem
zawsze mówiło się „smacznego”. I zawsze był ciepły,
domowy obiad. U Marty jadało się głównie zimną pizzę,
spaghetti z sosem ze słoika albo fixu, mrożone pierogi czy frytki.
Tadek z Pauliną zaś nałogowo pożerali zupki z torebek. Czasami je
zalewali, czasem po prostu podgryzali makaron i przyprawy wcinali na
sucho. Nieraz kłócili się o te zupki prawie do rękoczynów.
Zupa babci była pyszna. Pieczarkowa z
takimi małymi kluseczkami. Po jedzeniu poszły razem do pokoju.
-Klauduś, kochasz mnie?-Zapytała
Marta, gdy leżały razem na łóżku i słuchały Mariki,
ulubionej wokalistki Klaudii.
-Kocham, przecież wiesz.
-A zrobiłabyś coś dla mnie?
-Wszystko. No chyba że trzeba by było
kogoś zabić. Wtedy bym nie potrafiła chyba...
-Ja też bym nie umiała zabić
człowieka. To byśmy razem zginęły. A pojechałabyś ze mną do
mojego taty?
-Twojego taty? Przecież ty nawet nie
wiesz, gdzie on mieszka...
-No to byśmy go odnalazły. Mama na
pewno musi mieć jakieś papiery u siebie. Chodź do mnie nawet
teraz, i poszukamy... U mnie teraz nikogo nie ma.
Z dużego pokoju rozległ się
dość głośny płacz. Michałek. Pewnie coś mu się przyśniło
albo jest głodny, albo trzeba go wysadzić na nocnik. Babcia ruszyła
do niego, przemawiając z czułością.
Klaudia zameldowała, że teraz pójdą
razem do Marty, nie ma dużo zadane, zdąży zrobić lekcje
wieczorem. Babcia postawiła Michałka na podłodze, a on,
chybotliwie jak mały kaczorek, ruszył w stronę nocniczka.
-Ale wróć, zanim będzie
ciemno, nie chodź po nocy.-Poprosiła babcia. Ciągle bała się o
Klaudię. Nie była zachwycona tym, że rodzice pobudowali się tak
blisko lasu, gdzie często przesiadywały okoliczne pijaczki.
-Dobrze, babusiu.
-Buziaczek. Cześć, Martuniu. Jakbyś
miała jakieś problemy, pamiętaj, że zawsze możesz się do nas
zwracać.-Martę również ucałowała.
-Dziękuję.
W bramie spotkały Tadka, który
właśnie wychodził. Z tym Rafałem z kozią bródką, z
którym zakazał mu się zadawać kurator.
-Po co do naszego syfu przyprowadzasz
koleżankę, młoda? Kto to w ogóle jest, co za
społeczniara?-Zapytał Tadek. Niemal każdy spoza kręgu rodziny i
znajomych był dla niego, po wyjściu z poprawczaka,
„społeczniakiem”.
-Uważaj, bo powiem mamie, że znowu
zadajesz się z tym z kozią bródką.
-Dostaniesz lepę to odechce ci się
kablować. Kablowanie to grzech najcięższy.-Kolega Tadka jak zwykle
głupio zachichotał, zaczął zbliżać się coraz bardziej do
Klaudii, aż przyparł ją do ściany. Dziewczynka, jak zwykle w
takich sytuacjach, mocno się wystraszyła.
-Zostaw ją, bucu!-Zawołała Marta.
-Właśnie, zostaw. Cho.-Rzucił jej
starszy brat, ciągnąc kumpla za ramię.
-Tadek... Ja nie chcę, żebyś znowu
siedział.-Powiedziała Marta niemal ze łzami w oczach.-Teraz to już
pójdziesz do więzienia jak coś znowu wywiniesz.
-Ej dobra, zamknij się. Nic nie
wywinę. Zresztą nie twój zasrany interes, że tak powiem.
Pilnuj własnej dupy i ucz się pilnie, na chwałę Boga, ojczyzny i
miłościwie nam panującego rządu, nie?
-Ze swej murzyńskiej pierwszej
czytanki.-Zarechotał Rafał z kozią bródką.
-Ja się nie uczyłem i zobacz, co mam.
A ty będziesz bezrobotną, ale może za to utytułowaną...
Spieprzajcie już na górę.
-Kiedy wrócisz?
-Jak wrócę, to wrócę.
Takie gówniary jak ty już śpią o tej porze. Ej, nara.
Wynocha na górę.-Poszły powoli.
Marta od razu włączyła „zakazaną
płytę” brata. Zakazaną, bo były tam nagrane kawałki hiphopowe
z bardzo brzydkimi słowami, ale Marta słuchała jej zawsze, gdy
była sama w domu. Wiedziała, gdzie Tadek ją ma- zwykle w swoim
małym, sfatygowanym laptopie. Włożyła ją do swojej starej,
komunijnej wieży od wujka Jarka i z głośników popłynęły
dźwięki kawałka Pokoju z widokiem na wojnę „Moja pierwsza
dziewczyna”.
-Kręciła jointy, sypała koks robiła
driny, my braliśmy sos, zanim wpadły czarne...-Nawijała Marta
razem z Jurasem. Klaudia wpatrywała się w nią jak zahipnotyzowana.
Marta zaczęła ruszać się jak raperzy na teledyskach i wykrzykiwać
rytmicznie:-”Moja pierwsza dziewczyna zazdrośnica. Dziś uwodzi
małolatów, których sobą zachwyca. Moja pierwsza
dziewczyna to nie była dziewica. Moja pierwsza dziewczyna, zimna
suka, ulica!”
-Wolno ci słuchać takich
piosenek?-Zapytała zdziwiona Klaudia.
-Wolno, nie wolno... Mam gdzieś.
Zresztą to nie piosenka, to track, Klauduś. Podoba ci się?
-Nawet fajne. Nie znam w ogóle
takiej muzyki... Ale mogliby tak nie przeklinać...
-Zapytaj swoich rodziców o
bluzgi w muzyce. Pewnie ci coś na ten temat powiedzą.
-Tata mówił, że wulgaryzmy
jako dziedzina języka są bardzo słabo zbadane, ale podobno jest u
nich doktorantka, która się tym zajmuje. Wulgaryzmami i
slangiem w tekstach rapowych.
-Magister blokers!-Zaśmiała się
Marta.-Chodź, poszukamy tego, co miałyśmy... Ale gdzie by to
znaleźć.
-A ty jesteś pewna, że tego chcesz?
-Bardziej pewna, niż tego, że ten
Pitagoras od twierdzenia już od ładnych paru lat nie żyje.-Odparła
Marta. Obie ruszyły do dużego pokoju.-Rany, ale tu syf. Jak zwykle.
Czym oni się zajmują cały dzień to ja bladego pojęcia nie mam!
-A gdzie teraz wszyscy są?
-Mama w Urzędzie Pracy, Paula pewnie w
szkole, o ile tam dotarła, Jacek nie wiem gdzie i wcale mnie to nie
interesi tak szczerze mówiąc, Marcin w przedszkolu...
Jesteśmy same.
Na czarnej ławie stała popielniczka
pełna petów i kilka pustych butelek i leżało tam pełno
starych Super Expressów i Pań Domu. Łóżko było
niepościelone i leżały w nim skarpety faceta mamy. Marta skrzywiła
się z obrzydzeniem.
-Moja mami Panią Domu, a to ci
dopiero!-Zaśmiała się Marta, kartkując magazyn.-Klaudka, jak to
jest mieszkać w takim domu, jak w tej głupiej gazecie?
-Czy ja wiem? Chyba fajnie... Mogliby
tylko częściej tam być... Ale tata został prodziekanem i bez
przerwy przesiaduje na tej uczelni, a mama ciągle jeździ na jakieś
konferencje... A jak są w domu to sprawdzają jakieś prace.
Studenci wysyłają co jakiś czas po rozdziale magisterek i
licencjatów. Czasami myślę, że po co oni tak harują,
przecież już wszystko mamy! Po co jeszcze?
Na komodzie stała kolejna butelka po
piwie i zdjęcia wszystkich dzieciaków. Stare zdjęcia Tadka i
Pauliny (on całkiem mały, bez jednego zęba z przodu, ona pyzata i
w stroju księżniczki, całym różowym), mniej stare zdjęcie
Marty na tle wersalki, w pozie modelki i przedszkolne zdjęcie
Marcinka. Marta z lekkim wyrzutem sumienia otworzyła pierwszą
szufladę. Zawalone listami miłosnymi od nauczycieli Pauliny i
Tadka: „Córka otrzymała w bieżącym semestrze oceny
niedostateczne z następujących przedmiotów...”, list
informujący o wyrzuceniu jej najstarszego brata ze szkoły,
uzasadnienie tej decyzji, pisma od kuratorów i takie tam. Nic
ciekawego. Nic nowego. Były tam także pudełka po jakichś lekach.
W środkowej szufladzie między zdjęciami mamy z jakichś imprez,
zaplątały się czerwone, koronkowe majtki, które wyglądały
na stanowczo za małe i na nią, i na Paulinę. W trzeciej szufladzie
nieopisana teczka.
-Może nie otwieraj? Może to zostaw?
Nie wiem, czy wolno tak grzebać...-Poradziła Klaudia.-Ja bym nie
grzebała.
-Oj, bo ty jesteś inna niż ja. Poza
tym nie rozumiesz tej sytuacji. Ja strasznie chcę znaleźć tatę,
bo ja tu już w tym cyrku na kółkach nie wytrzymam. Wczoraj
znowu się Tadek poszarpał z tym cholernym Jackiem, ten gdzieś
uciekł, mama płakała, wyła normalnie... Później przylazła
ta wredna z góry i powiedziała, że wezwie policję, mama na
nią nawrzeszczała, że wszystko słyszy, jak do niej przyłazi ten
chłop i oni tam... No wiesz... Obie się zwyzywały od różnych
i ta stara powiedziała, że jesteśmy zakałą tego osiedla i ona
wszystko zrobi, żebyśmy trafili pod most albo na Dudziarską, bo
tam jest nasze miejsce. Klaudka, powiedz. Powiedz, czym ja zawiniłam?
-Niczym. To nie twoja wina. Dla mnie to
wszystko jest niesprawiedliwe. Tata mówi, że najlepsi ludzie
mają najgorzej. I ty właśnie jesteś najlepszym człowiekiem na
świecie.
-Yes, yes, yes! Ty, popatrz!-Zawołała
Marta.-Tu jest Pauliny akt urodzenia, może będzie i mój!
Rzeczywiście, był tam i jej akt
urodzenia, między innymi papierami. Z tryumfem trzymała go w
rękach, wymachiwała nim, podskakiwała.
-Klaudka! Ja mam tatę! Rozumiesz, dupo ty moja? Ja mam tatę! Ma na imię Piotr, urodził się 30 sierpnia 1976! Pomożesz mi teraz pochować
to wszystko?
Subskrybuj:
Posty (Atom)





