czwartek, 22 lutego 2018
Życie dobrze sklejone, czyli Historia Pewnego Małżeństwa
Postanowiłam wrócić do pisania. Oto premiera. Historia pewnego małżeństwa, które wylądowało na terapii rodzinnej przez... Przez, wydawałoby się... Błahostkę.
Wszelka zbieżność danych (oprócz osób publicznych) jest przypadkowa. Nie miałam zamiaru nikogo wyśmiewać czy urazić, niektóre określenia pojawiają się po to, aby uwiarygodnić bohatera. Uwaga! Nie czytać na pusty żołądek :)
Nie ulegało wątpliwości: to była terapia ostatniej szansy. Terapia, która przesądzi o „być albo nie być” tego małżeństwa. Oboje byli zatopieni w myślach i tak samo wściekli. Wściekli, bo muszą tu być. Wściekli, bo oczekiwanie się przedłuża. Wściekli, bo wszystko poszło zupełnie nie tak. Wściekli, bo po cholerę właściwie ta cała terapia małżeńska, skoro na tę drugą stronę nic nie działa? A może nie warto było wtedy aż tak się spieszyć ze ślubem, skoro ciąża okazała się urojoną? No przecież to wszystko nie ma sensu... To wszystko to tylko...
„...Tylko o dupę roztłuc!”- Dlaczego zlekceważył tak poważne sygnały? Dlaczego tak zaślepiła go miłość? No dobra, wiadomo, że nie wszystko widać od razu, ale przecież później było parę takich sytuacji, w których wszystko powinno być już jasne, widoczne jak na dłoni. Powinno być jasne, że Wiki to... Może nie zła, ale na pewno dość dziwna kobieta jest. No, ale jak ktoś nawet i jest dziwny, to jeszcze nie powód, żeby go spuszczać na drzewo. Zwłaszcza, że w takiej sytuacji, w jakiej był Antek Chalimoniuk, lat 32, to już naprawdę za bardzo nie można wybrzydzać... No bo, taka sytuacja: całe życie dokuczali mu, że jest rudy. Całe życie, od przedszkola, w szkole też, we wszystkich szkołach. Przez to wszystko kumplował się tylko z Łukim, ale to tylko dlatego, że tamten się do niego przyczepił. A Łuki był... Też co najmniej dziwny. Śmierdział kotem (matka trzymała ich w mieszkaniu z dziesięć, "Bardziej o nie dba, niż o dzieciaka"- mówiła matka Antka, Helena Chalimoniuk), a w podstawówce obdzielił całą klasę wszami.
Jakby nie dosyć było rudych włosów, Antek od okresu dojrzewania rozpaczliwie walczył z pryszczami. Kiedyś na biologii zapatrzył się na Martę, siedzącą przed nim córkę właścicieli sklepu mięsnego. No, konkretnie na stringi wystające z obcisłych biodrówek pięknej Marty i przez przypadek rozdrapał sobie to dziadostwo do krwi. Rzucił do Łukiego dość głośnym, spanikowanym szeptem: „Ej, Łuki, kuźwa, masz chusteczki? Pryszcza se rozdrapałem...” Marta usłyszała to, ale nie zmartwiła się, krzyknęła za to na całą klasę: „Oblech! Jesteś oblechem nad oblechami, który ma wszystkich oblechów pod sobą, jesteś gorszym oblechem od tego twojego cholernego kolesia!” Innymi słowy, w jej oczach był już skończony, nawet na stringi nie mógł już sobie popatrzeć, bo tak ją obrzydził, że się przesiadła. Ostatecznie, któregoś wieczoru po wypiciu siedmiu piw „Wojak”, zaciągając się przed lustrem Viceroyem tatki, powiedział sobie: „No i dobrze, maleńka. Jeżeli nie możesz mnie znieść kiedy jestem najgorszy, to cholernie pewne, że nie zasługujesz na mnie, kiedy jestem najlepszy”. Jak się można domyślić, to nie z Martą Antek, który nie był już rudy i pryszczaty, choć na twarzy pozostały ślady po wyciskaniu, czekał teraz na terapię małżeńską. Czekał na nią z Wiki. I już czuł od niej TEN zapach. Ten doskonale znany. Ten znienawidzony. Właściwie to roznosił się on nawet chyba po całej poradni.
Zakochali się od pierwszego wejrzenia wtedy w sklepie, krótko przedtem, jak Antek, rudy i jeszcze pryszczaty, choć walka zbliżała się powoli do ostatniej prostej, stracił robotę na budowie. Stracił przez to, że busik mu uciekł. To znaczy, dziesiąty raz busik mu uciekł, bo sukinsynek jeździł se jak chciał, a nie jak w rozkładzie stało. No ale mniejsza o to, dzisiaj robił w ochronie, w takim obskurnym klubiku niby tam dla studentów, ale generalnie to złaziło się mnóstwo pijanych gówniarzy i działy się sceny, rzec by można, dantejskie. Po tym jak wredny busik mu uciekł, Antek udał się do spożywczo-monopolowego „Słoneczniczek”. Chciał Camele żółte i energetyka. W owym czasie jego dieta składała się z papierosów, energetyków i zupek chińskich, choć niekiedy lubił też opitolić kebaba u Mietka. Jak go otwierali, ale była, panie, inba! Był i wójt, i ksiądz, i lokalna prasa i nawet Shazza przyjechała śpiewać. Bo wtedy jej gwiazda już nieco przygasła, no i wiadomo, nie miała co wybrzydzać... Tego dnia Mietek dawał wszystkie dodatki za darmo, ile i co kto chciał, sosy i wszystko, wszyściuteńko, a płaciłeś zasadniczo za samo mięcho i pitę. Ależ była wyżerka! Takiej wyżerki Antek nie pamiętał, odkąd ostatni raz przyjechał wujek Czesiek i z ojcem ubili wieprzka! Ehhh, kiedyś to były czasy, a teraz nie ma czasów... Nie ma wujka Cześka, to i wieprzobicia też nie ma.
Wiktorię widział już kilka razy w tym sklepie. W końcu często tu bywał, a ona pewnie już jakoś od roku tu pracowała. Wcześniej jednak zawsze się spieszył. Wtedy akurat nie było już po co się spieszyć, bo ta historia z tym busikiem to jakieś jedno wielkie chamstwo i drobnomieszczaństwo było. Wiki siedziała wówczas w pewnym oddaleniu od kasy i wcinała pierogi, najprawdopodobniej jakieś sklepowe, nie domowe. Z jakiegoś powodu przez pewien czas jej się przyglądał. Wyglądała niczego sobie, nawet z tym tłuszczem na brodzie i jakowąś zabłąkaną skwarką. A pachniało w tym sklepie! Ehhh... Napotkawszy na sobie jego badawczy wzrok, Wiki rzuciła:
-Kupne. Nie to co domowe, zresztą to od razu widać, słychać i czuć. No ale co zrobię, trza się cieszyć tym, co się ma, nie? Ej. Chcesz jednego?-Spytała.
-Nie, dzięki.-Odpowiedział, nadal na nią patrząc.
-To dobrze, bo i tak bym nie dała.-Roześmiała się. Jej śmiech, trzeba przyznać, był całkiem uroczy.-A co dla ciebie?
-Camele żółte. I energetyka. Tego co zwykle.
-No przestań z tym świństwem. Sama chemia, pani Skłodowska!-Rzuciła z buzią pełną sklepowych pierogów ruskich. Wtedy spytał nagle:
-Ej?
-Taa...
-Będziesz w sobotę na Święcie Pieroga?-Zapytał.-Widzę, że chyba lubisz, pewnie nie odpuścisz takiej imprezy?
-No proste, że będę, dziecino.-Oświadczyła Wiki.
Dwa lata później odbył się ich ślub. Antek, po utracie roboty na budowie, zaczepił się w kebabie u Mietka, który zresztą jakiś czas temu zamknął w jasne cholere tego kebaba. Teraz z zięciem mieli food trucka. Interes z tym food truckiem szedł znacznie lepiej, bo jak się zrobiło głośno o tych tam, emigrantach z Syrii to coraz trudniej o klientów w kebabie było, choć u Mietka żaden emigrant czy tam imigrant nie robił, to był raczej biznes można powiedzieć rodzinny, a w ich wsi to w ogóle takich nie było, może jeden Murzyn się przewinął parę lat temu, no i wszystko. Zresztą tego Murzyna Antek widział tylko raz, w tym barze Mordovña przy drodze krajowej. Kiedy leciał hicior Big Cyców ze sweet 90's, "Makumba", akurat do baru wbił Murzyn i zamówił dużą Colę. W Warszawie widać trochę więcej, różnych tam kolorów tęczy. Po ślubie nie mieszkał jeszcze z Wiki, na co ona straszliwie narzekała. Nie mieszkał, bo wyjechał na trochę do brytoli. Po powrocie od brytoli stać ich było, żeby sprowadzić się do Warszawy. Do tego Eldorado. Do tego nieskończonego kosmosu możliwości. Właśnie po wspólnym zamieszkaniu w Warszawie coś zaczęło się psuć. A przecież mógł się wszystkiego domyślić już na tamtym pamiętnym Święcie Pieroga! Przecież mógł przewidzieć, co się będzie działo, jeżeli zwiąże się z tą kobietą, ożeni się, zamieszka...
Mógł już wtedy przewidzieć. Zeżarła ich 150, gospodynie nie nadążały z klejeniem kolejnych. Wygrała konkurs, prześcignęła nawet grubego Waldka z dziobatą twarzą, który zresztą podczas konkursu jedzenia pierogów mało nie przeszedł się na tamten świat. Wygrała nagrodę, książkę Paulo Coelho „Nad brzegiem rzeki Piedry usiadłam i płakałam”. Zostały z miejscowej Biedronki to rzucili. Wcale go to nie przeraziło, ani nic. Prawdę mówiąc, wtedy uznał to za dość słodkie i rozczulające. Ot, piękna dziewczyna, która lubi jeść pierogi. Przecież każdy ma jakieś tam swoje ulubione danie, choć on najbardziej lubił kebaby od Mietka. No i świniaka od wujka Cześka, ale jak wujka Cześka nie było, to i świniaków nie było. Mimo iż zjadła tyle pierogów, nic jej się nie działo. Nic, zupełnie nic. Podrygiwała pod sceną Święta Pierogów. Grał jakiś kiepski zespół disco polo. Śpiewali „Byłem cały twój, caluteńki tylko twój...” i coś tam jeszcze o cyckach i dupci, szału nie było, zresztą, oni grali tylko support przed prawdziwą Gwiazdą, MiLenną Artemidą. Może i kiepski pseudonim, ale ludzie ją lubili, zresztą jakoś przecież musiała ukryć, że naprawdę nazywa się Hanna Szczybrocha.
Później wskoczył gimnazjalny zespół reggae z pobliskiego powiatowego miasteczka. Generalnie cały występ polegał na wypiskiwaniu cieniutkimi głosikami do bujającej muzyczki ściągniętej z Chomikuj.pl, sklejonej przez jakiś tam GallAnonim Soundsystem: Jah, rasta, Babilon, mamona, ganja. Peace. Love. THC, Selasie, Babilon, Jah, Ja i Ja, sensimila, peace mamona, Babilon, rastafari, ajajaj, love, Selasie Jah Jah, Babilon, mamona, ganja peace love. I tak przez najbliższe 20 minut, te same słowa w różnych konfiguracjach. A później Ona. Gwiazda, gwiazda. Ludzi fantazja. Artemida Szczybrocha w różowych kozaczkach sięgających prawie do tyłka z takim wihajstrem jak miała ta, Czarodziejka z Księżyca. To była taka broszka, dzięki której ta blondi zamieniała się ze zwykłej piedrołowatej nastolatki z warkoczykami w czarodziejkę. I ta Szczybrocha, znaczy MilLena, no ona se właśnie coś takiego podobnego na buty rzuciła. Oprócz tego miała różowo-złotą sukienkę mini, białe futerko i marynarską czapkę na głowie.
-No, chyba wreszcie schudła po ciąży.-Rzuciła do Antka Wiki, porywając ze stołu kolejnego pieroga. Tym razem próbowała pielmieni.-Fajne te pierożki. W takim no... Takim wiesz, fantazyjnym kształcie. Niby nie wyglądają jak pierogi, ale wiesz, że to i tak są pierogi, tylko że inne, w kształcie takim niepierogowatym.-Uśmiechnęła się słodko. Wówczas nie wytrzymał, pocałował ją. I nawet nie przeszkadzało mu, że buzię miała całą w tłuszczu od pierogów, że czuć było ją całą tym charakterystycznym, pierogowym, mączno-farszowato-cebulowym zapachem. MilLena Szczybrocha czy tam Artemida zaczęła śpiewać:
-Kochałam cię, a ty mnie nie, wolałeś ją, więc muszę zapomnieć cię. La la la. Ye Ye Ye. Jesteście tam? Jemiołkowo, jak się bawicie? Łapki w górę, moje miśki łośki kochane. Love sto procent. Energia!
Następna piosenka brzmiała mniej więcej:
-Kochałeś ją, zdradziła cię, co będzie teraz? Luj wie. La la la. Ye Ye Ye.
-Pokaż dupę! Pokaż dupę!-Skandowali miejscowi chłopcy.
-A teraz mój największy hit! Zaśpiewam po angielsku! I loved you, and you did not me, you preferred her, betrayed you, forget her, I will forget you so it will be best, no? Dzięki, kochani! Super się bawicie! Mega pozytywna energia, ja w ogóle, nie, to bynajmniej kocham te no, Jemiołkowo, bo tu się wychowała cioteczna babcia siostry mojego stryjecznego szwagiera drugiego męża mojej ciotecznej babki, nie? Buźki!Kocham was, ludzie tutaj są po prostu debeściaki, wszędzie indziej są żal.pl! Jemiołkowo First, hihihi! No, teraz to już naprawdę spadam, przypudrować noska! Całusów sto dwa, ajlawju!
-Ona jest super!-Powiedziała do swojego taty dziewięcioletnia mniej więcej dziewczynka z rzędu przed nimi. Kiedy Antek wyobrażał sobie, jak wyglądała Wiki, będąc taką dziewczynką, w tej właśnie chwili wpadli na nich gimnazjalni rasta w towarzystwie jakiegoś sebixa w przekrzywionej czapie, który wykrzykiwał: Sadzić! Palić! Zalegalizować! Gówniarze nie patrzyli w ogóle pod nogi.
-Ej, RadziJah, odepniesz mi tego dreda? Starzy się wściekną.-Mruknął jeden z nich.
-No pronto, TomJah.-Rzucił ten drugi.-Ej, MirJah, masz tego jamajskiego pendrive Kingston, co z niego riddimy odpaliliśmy, nie?-Przed chwilą mignęła im MilLena Szczybrocha w towarzystwie dwóch goryli. Później spotkali ją raz jeszcze, pod tojkami. To znaczy się, MilLena miała własną tojkę, prywatną, taką tylko dla siebie, było na niej naklejone złote serduszko z napisem VIP, ale przez „W”.
-Drodzy państwo, ale to jeszcze nie koniec artystycznej części! Już za chwilę wystąpi zespół gospodyń narodowych polskich miejscowego Domu Kultury. Oto i one, Radosne Grażynki! I taka ciekawostka, drodzy państwo. Nazwę swoją zespół zawdzięcza temu, że w jego skład wchodzą same Grażynki! W dodatku wszystkie są siostrami!-Rzucił konferansjer, szpakowaty były radny, wyjątkowa menda i cwaniak, dlatego już były. Po dwudziestu latach kadencji ludzie się na nim poznali i odspawali od stołka.
-Zalecoł mi się łoj Swierzyn, łoj Swierzyn, łoj Swierzyn świniorz
I co niedziela tu do mnie, tu do mnie, tu do mnie przyloz
I choć padało, choć było ślisko, to się przywlekło to świniorzysko
I choć padało, choć było ślisko, to się przywlekło to świniorzysko-
odśpiewały Radosne Grażynki, ile sił w ich dosyć pokaźnych piersiach.
Napisał ci mi na bibu, na bibu, na bibulinie,
Że mnie tak kocha, jak swoje, jak swoje, jak swoje świnie
A ja mu na to, na papiurecku - zeń się ze świnią , mój świniorecku
A ja mu na to, na papiurecku - zeń się ze świnią , mój świniorecku
(z rep. zespołu Mazowsze, muz. Tadeusz Sygietyński, sł. Mira Zimińska-Sygietyńska)
Na sam dźwięk słowa „świnia” Antkowi pociekła ślinka. Piosenka o świniorzu przywołała wspomnienie świniobicia z wujkiem Cześkiem. Wiki natomiast, tłustymi od pierogów rączkami z francuskim manicure (dopiero niedawno dowiedział się, od siostry młodszej, za którą taki jeden uszaty od Babuśków ciągle wołał "Justyna, zrób mi syna", że ten manicure nazywa się "french") otarła mu tę ślinkę.
-Cio ci się stanęło, skarbuniuniuniu?-Zapytała.
-Takie tam. Stare czasy. Kiedyś to były czasy, a teraz już nie ma czasów. Kiedyś to były świniobicia, a teraz... Wujka już nie ma, zatem nie ma i świniobicia.
-Świniobicie? Przecież to jest nieludzkie. To znaczy ja tam jakąś wegetarianką nie jestem, nie żeby coś, ale ja nie lubię takiego czegoś. No to jest dla mnie po prostu wysoce nie ten. Niehumanistyczne. Czy jakoś tak.
-Tak samo moja matula myśli, ci powiem. Ale ja uważam, że dobre świniobicie nie jest złe.
-Antoś, nie marudź tylko chodź na pierogi. Wjechały następne.
***
Ślub odbył się więc dokładnie dwa lata później. W remizie strażackiej. Wszyscy pozostali przy życiu wujkowie Antka bili się o taniec z Wiki. Kiedy rzuciła za siebie welon, złapała go kuzynka. Brat Wiki, Robert, już mocno pijany, poszarpał się ze swoją dziewczyną, bo nie chciał łapać muszki, a ona bardzo liczyła, że złapie welon, a on muchę i to im się sprawdzi. Na stole był rosół, trzy rodzaje pierogów, Zbyszko Trzy Cytryny i Cola, ale nie ta prawdziwa. Wódka oczywiście też, ale szybciej od niej zniknęły pierogi. A później była krótka rozłąka, po której mogli sobie pozwolić na przeprowadzkę do Warszawy. Antek rozważał ściągnięcie Wiki do siebie, do Londynu, bo czy w Warszawie, czy nie w Warszawie, to ciężko się w tej Polsce żyje, ale nie chciała. Po jego powrocie razem z mamusią nagotowała pierogów. Kiedy sprowadzili się do Warszawy, również. I tak co dzień. Przez kolejne lata. Pierogi były wszędzie. W lodówce. W łazience. W szafach i szafkach. W piwnicy. W koszu na bieliznę. W pralce. Część Wiki zamroziła, żeby były na zaś. Antek wiedział, że o takich jak on i Wiki, to ci rodowici młodzi warszawiacy szpanerzy co kochają Mozila, Organka czy tam innego Dawida Podsiadło, mówią „słoiki”. Że niby jadą na wieś do rodziców i zawsze słoiki z wałówką zwożą. Ale to oni wozili rodzicom. Nie słoiki, tylko pierogi w plastikowych pojemnikach z Lidla. Tatko Staszek siedział, gładził się po brzuchu i mówił: „No, młody. Taka żona to skarb! Z głodu nie umrzesz!” On, Antek, odkąd zamieszkali razem, jadł tylko pierogi. Wiki też jadła tylko pierogi. Nie tyła od nich, ponieważ właściwie nie robiła nic innego oprócz zagniatania i wałkowania ciasta na pierogi, mielenia ziemniaków i sera albo też latania po sklepach za składnikami. Zagniatała, wałkowała i mełła też w pracy, bo...
***
-... Bo zgadnie pani, gdzie się zatrudniła!-Zawołał Antek w gabinecie terapeutki. Kiedy bowiem udało im się już tam dostać, opowiedział dokładnie tę samą historię, którą przytoczono powyżej.
-Czyżby w...
-Tak, tak, tak. W pierogarni! W pierogarni, dokładnie tak!-Z oczu zaczęły lecieć mu łzy.
-Co pan czuje w związku z tym?
-Życie mi zmarnowałaś! Nie kochasz mnie, kochasz tylko pierogi!-Zwrócił się do Wiki.-O! O! Proszę zobaczyć.-Teraz przemówił do terapeutki. Intensywnie grzebał sobie we włosach.-Siwy. Kolejny siwy. O, proszę! Tutaj cała kępka siwych. Mnie we wszystkich szkołach dokuczali, że jestem rudy, a teraz to już przez nią siwieć zaczynam!
-No już przestań, pociemniały ci włosy jak dorosłeś, już nie jesteś rudy, takie kasztanowe masz bardziej.-Wtrąciła Wiki.- No ale pani powie, co ja mogę, że tak bardzo lubię pierogi. Inne to piją, ćpają, zdradzają, robią awantury o byle co, wyciągają pieniądze, same tylko leżąc, pachnąc, pazurki piłując i Niewolnice Izaury czy tam inne Klany oglądając...-Zaczęła płakać.-A ja tylko pierożki. Czy to źle? Źle, że od maleńkości uczyłam się przy mamusi, żeby być dobrą gospodynią, dobrą żoną? Przecież taka żona jak ja to skarb, nawet mój teściu Stasiu kochany tak mówi. Wszyscy mi tak mówili. Inna to by może i jajecznicę, wodę na herbatę nawet by przypaliła.
-A czy próbowała pani... Przyrządzić coś innego?
-Przecież ja co dzień przyrządzam coś innego! W poniedziałek na ten przykład... Z mięsem. We wtorek ruskie. We środę pielmieni. Czwartek- ze szpinakiem. Piątek z kapustą i grzybami, bo to post, no i bez cebulki i tłuszczyku oraz skwareczek oczywiście. Sobota, niedziela to już wolna amerykanka, ale generalnie to piątek, sobota, niedziela staram się rzucić jakieś, wie pani, na słodko, no wiadomo, truskawki, jagody, leniwe z cukrem i śmietanką... No, nie można mówić, że nie jest urozmaicona moja kuchnia, skoro jest i to bardzo, sama pani przyzna.
-Czuje się pani niedoceniana, niezrozumiana?
-Raczej nie inaczej. No bo taka sytuacja, wie pani. Mój Antoś to tak. Zanim mnie poznał to przed ślubem na okrągło: kebaby, kebaby, kebaby! Przecież ileż można, prawda? Albo te okropne zupki chińskie, a śniadań to już w ogóle nie jadał, papierocha śmierdziucha ten mój łobuz kochany, popijał, wie pani, tym energetykiem „Sama Chemia, Pani Skłodowska”, nie? Przecież to wrzody żołądka murowane, cukrzyce, raki nie raki, zawały, wylewy przed trzydziestką, prawda, GMO, glutaminiany jakieś czy inne świństwo! On mi już zaczął świecić po nocach! No to jak tak można jeść przecież! A pierogi są polskie, zdrowe, stosunkowo niedrogie w przygotowaniu i można więcej narobić, na zaś zamrozić sobie, i na obiad można je jeść i na kolację i na śniadanie. No bo ja nie chciałam, wie pani, żeby mój Antoś najukochańszy, mój skarb, moje słoneczko, mój niuniuś, mój kotek, mój misiek, jadł to świństwo niepolskie, nie wiadomo czym nafaszerowane! Nawet jak w robocie muszę dłużej zostać czy coś, to zawsze ma na zapas, nie, ale ich nie zjada, niedawno jak znalazłam za szafą tackę po kebabie, to płakałam pół nocy.
-Co? Co? Chcesz powiedzieć, że ty z miłości katowałaś mnie pierogami?- Wykrzyknął Antek, choć powoli serce mu miękło, bo przypominał sobie, jak wirował z Wiki przy „Żono moja, serce moje” i „Kołysance” Symptuastic. Ona w białej sukni, on w garniturze Nie Ze Studniówki.-Pani... terapeutko. No bo ja wiem, jaka to jest dobra i piękna dziewczyna, ale ja już na te pierogi patrzeć nie mogę, ja mam wrażliwy żołądek bardzo i zjem ze sześć i normalnie ruszać się i oddychać nie mogę, niedawno mało jej nie wybiłem oka guzikiem od spodni, co mi wystrzelił po takim obiedzie!
-Nie kłam, misiek, zjadasz zawsze dziesięć! W domu masz jedzenie, dobre, zdrowe polskie, a to świństwo niepolskie zamawiasz! Jak zobaczyłam te tacki po tym cholerstwie, to czułam się, jakbym dostała w twarz. Już chyba wolałabym, żebyś mnie zdradzał z tą lambadziarą Julią z klatki obok, co nie wie, że solarka była modna dziesięć lat temu, a teraz jest naukowo, empirycznie udowodnione, że to jest szkodliwe.
-Ja już nie wiem, nie wytrzymuję. W całym domu śmierdzi smażoną cebulą, przez cały czas i tłuszczem. I gdzie się nie ruszę, której szafki nie otworzę, zawsze spadnie mi na głowę półmisek z pierogami! Jak ona smaży tę cebulę, to mnie oczy pieką, wejść do kuchni nie mogę! Przecież sama pani przyzna, że normalna sytuacja to to nie jest. O, i wie pani, co małżeństwa, ale i nie małżeństwa lubią i powinny razem robić, dla zdrowotności i podtrzymania miłości...
-No właśnie, jak u państwa ze współżyciem seksualnym? Państwo dzieci nie mają, jak rozumiem?
-Jak do cholery mamy mieć dzieci...-Antek podniósł głos.
-Widzi pani, wypił cysternę chyba tych energetyków z całą tablicą Mendelejewa i nerwy mu puszczają!-Wykrzyknęła ze łzami w oczach Wiki.-Ja się boję, że on mi do czterdziestki nie pociągnie, wątrobę to już ma pewnie całkiem rozwaloną tą chemią!
-Pani... terapeutko, no bo przecież, żeby były dzieci, no to muszą być seksy, nie? Już w czwartej klasie podstawowej szkoły o tym uczą, prawda? Ale jak tu z nią... współżyć, kiedy ona jest wiecznie cała w tłuszczu z tych obrzydliwych pierogów, cała przesiąknięta tym smrodem tłuszczu, smażonej cebuli, tą mąką, serem białym, kapuchą, mięsem. No co to, pani szanowna, za życie w ogóle? Jak ostatnio podjadała pierogi w łóżku, to się przecież na kanapę wyniosłem. To jest jakiś dramat po prostu... Myszko, z ciężkim sercem, ale stawiam sprawę jasno: pierogi albo ja! I wie pani, też bym wolał, żeby mnie zdradzała z tym lamuskiem z trzeciego piętra, tym pieprzonym korposzczurkiem w rureczkach jajogniotach, niż żeby dalej robiła mi TO!
-A umie pan gotować?
-No przecież mówiłam pani, że NIE umie, mówiłam przecież, w jaki sposób on się odżywia!-Wrzasnęła Wiki.
-No przecież mógłbym się nawet i nauczyć, co za filozofia.-Rzucił Antek.
-Może pani pozwoliłaby mężowi gotować przez jakiś czas? A sama znalazła jakąś... Pasję... Wyszłaby pani na jakąś kawę z koleżanką. A może da się tę miłość do pierogów... Przekuć w coś ciekawego? Może działalność gospodarcza?
-Pani terapeutko, w tym kraju firmę założyć... Roman Kluska, słyszała pani? Przecież byśmy dzisiaj szpanowali nie tym jabłuszkiem nadgryzionym, ale naszymi, krajowymi tabletami i laptopami, od Optimusa! No, ale państwo w państwie jest, zasiedziały się te wszystkie zapleśniałe dziady proszalne przy korycie i tylko nam życie zatruwają, kolejne podatki wymyślają, rozwinąć skrzydeł nam nie dają!
-Czemu mnie stopujesz?-Spytała nagle Wiki.-A jeżeli się uda?
-A jeżeli pójdziemy z torbami? Wiki, takie „od pucybuta do milionera” to tylko w filmach amerykańskich
***
10 lat później. Program telewizyjny w jednej z największych stacji o tematyce life style.
-W dzisiejszym odcinku programu Przedsiębiorcze Mamuśki gościmy niezwykłą kobietę. Raz, żeby zrobić lepszą reklamę swojej pierogarni open fusion, poprosiła Magdę Gessler o kuchenną rewolucję, ale ta stwierdziła, że nie ma tam nic do roboty. Trzykrotna laureatka Złotego Wałka, zdobywczyni Dyplomu Srebrnej Skwarki, certyfikatu Idealny Farsz i statuetki Damy z Wałkiem. Wiki Chalimoniuk, prawdziwa królowa... pierogów!
Rycząca czterdziestka w sztucznym futrze, perfekcyjnym, hybrydowym manicure, obcisłej, niebieskiej sukience i butach od Ryłko, weszła do studia i ucałowała prezenterkę.
-Wiki, osiągnęłaś tak ogromny sukces w gastronomii, zaczynając właściwie od zera. Jak udaje ci się to połączyć z prowadzeniem domu?
-W tym wyręcza mnie mężuś Antoś, mistrz kuchni, włoskiej zwłaszcza chyba, bo ma milion pomysłów na makarony. Już się dzieci nasze śmieją, że tatuś to tylko makarony i makarony ciągle. Ale i w indyjskiej kuchni jest też całkiem niezły... Tylko z tą polską, naszą jakoś tak nie bardzo. Krótko po ślubie w Anglii pracował, trochę świata liznął, nie?
-Ale i pani pierogarnię Open Fusion odwiedzały światowe sławy, a nawet najpotężniejsi przywódcy.
-Tak. W dwu tysięcznym dwudziestym tośmy nawet małe faux pax zaliczyli. No bo tak. Przyjechał wtedy do Polski znowuż pan Trump, bo wcześniej chyba już kiedyś tam był, przyszedł do nas skosztować najlepszych polskich pierogów, obojętnie których. Pełno goryli było, musieliśmy w ogóle lokal zamknąć na dwie godzinki, żeby żadnych jakichś podejrzanych ekscesów nie było i wstydu na cały świat, nie? No bo jeszcze i dziennikarze jacyś tam byli. Pan Trump rozkroił pieroga, finezyjnie wtopił weń zęby, przełykał powoli się delektując, dziennikarze rąbali z tych fleszy, jeden nie wytrzymał, wsadził panu Trumpowi łapkę do talerza i haps pieroga, ja się nie dziwię wcale, ale gdyby zaczekał, to wiesz, mieliśmy i dla dziennikarzy. No ale nie zaczekał i wtedy ten goryl jeden jak go na ziemię nie powali. Musiałam interweniować, pan Trump też powtarzał „Easy, easy” i dalej jadł te pierogi. Ja to zawsze myślałam, że on je raczej łapczywie, ale on się tak delektował każdym kęsem... I nagle... To czerwony, to fioletowy na twarzy. Karolcia, nasza kelnerka, musiała go Rękoczynem Heimlicha ratować, bohatersko odsunęła tego jankesa ochroniarza i dalej, ratować pana prezydenta. Nasz kelner Piotrek co jemu podawał te nasze pierożki, wyznał później z przerażeniem: „Nosz cholera, ruskie mu podaliśmy”. Wysłaliśmy mu później list z przeprosinami, bo ty wiesz, że pierogi ruskie to się tylko tak nazywają, a generalnie to one w życiu Rosji nie widziały?
-Dokładnie. Ale a propos prezydenta Trumpa... To zdaje się, że i pani próbowała swoich sił w wyborach prezydenckich, w Polsce oczywiście?
-Tak, byłam kandydatką niezależną, ale ludzie mówili, że hasło „Ciepłe pierogi dla każdego dziecka „ jest zbyt populistyczne. Poza tym, w trakcie kampanii odkryłam, że polityka to... To jest po prostu bagno i bajoro. Do dziś zmywam z siebie jej smród. Mój mężuś Antoś mi mówił, że ja zbyt wrażliwa, zbyt dobra jestem, że to nie dla mnie, że dopóki sobie spokojnie siedzę, kleję te pierogi, to przynajmniej wiesz, spokój mam, a oni tam się żrą bez przerwy, i w tym Sejmie, i w tych programach... No i w sumie wiesz, cieszę się tym, co mam.
-No i, szanowni państwo, prezydent Trump i Magda Gessler nie byli jedynymi sławnymi gośćmi Mącznego Raju. Kto jeszcze u was jadł?
Poza tym jeszcze często jada u nas taki sławny pisarz Jonathan Carroll...
-Uwielbiam „Krainę Chichów”. I „Zaślubiny patyków”. I „Muzeum Psów”!
-I jeszcze Beyonce i Jay Z też u nas jedli. I wielu innych.
-To, co przyciąga w twojej pierogarni, to chyba niezwykle bogata oferta. Serwujesz je dosłownie we wszystkich smakach. I na słodko, i na słono... Skąd czerpiesz swoje pomysły?
-Różnie. Czasem dzieci mówią, z czym by zjadły, czasem klienci, czasem mężuś Antoś...
-Szanowni państwo, już po krótkiej przerwie reklamowej poznacie od kuchni, dosłownie i w przenośni, mączny raj Wiki Chalimoniuk.
Reklamy. Reklamy. Reklamy. Dwie reklamy leku na grypę bez recepty, ale trzeba pamiętać, żeby przed zażyciem skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą, skumbrie w tomacie, pstrąg. Jedna na lumbago. Jedna na wrośnięty paznokieć. Jedna na wzdęcia. Jedna na lekkie nietrzymanie moczu. Jedna reklama wafelków. Dwie podpasek. I kiedy wydawało się, że już... już...
-”Szkoła zimnych suk” po latach! Już teraz w każdą niedzielę zajrzymy do bohaterek naszego hitowego programu i zobaczymy, jak wygląda ich życie po dziesięciu latach!-Przebitka na laskę w koszulce Jack Daniels, adidasach superstars, rurkach i kurtce bejsbolówce. Laska z flaszką wódki zatacza się, pociąga z butli co jakiś czas i bełkocze:
-Jeszszszli... Njemoższ mnie zzzznieść kied jestm najgorrrsza, ttto cholrrrnie peffffne, sze nie szaszszługesz na mnje, kied jestm najlpszszsza... (Piiiiiiip) Andżela, choć (piiiiip), mam karuzelę!-Znika w łazience.
-Karyna, (piiiiip), sto milionów pińcet razy ci mówiłam: nie mieszaj!
-Nje (piiiiiiip), tszmaj miii włosssyy!-Po chwili kamera pokazuje Karynę, która leży na podłodze, z głową przy sedesie i wydawałoby się, że żyła szybko i umarła młodo, gdy nagle rzeczona zaczyna chrapać jak brzuchaty facet po czterdziestce, więc zarówno Andżela, jak i ekipa, ale również widzowie po drugiej stronie, oddychają z ulgą. Sen dobrze jej zrobi, może nawet uczyni jutrzejsze cierpienia łagodniejszymi. Pamiętali ją, Wiki czasami oglądała ten program po pracy. Wygrała go właśnie Karyna, doprowadzając do samobójstwa zakochanego w niej Jacka, studenta filozofii, a następnie Normalną, Dobrą Dziewczynę, z którą zaczął się spotykać, krótko po przygodzie z Karyną. Można by rzec, zupełnie nowy level zimnosukowatości.
Później widać tę samą Karynę, dziesięć lat starszą. Zaawansowana nadwaga. Zapłakane, powybijane oczy. Wokół niej biegają umorusane dzieci, jedno siedzi na nocniku, a z nosa zwisa mu ogromny gil.
-Nie wiem, serio, nie wiem, gdzie popełniłam błąd, no naprawdę. Pogoniłam Jacka, bo myślałam, że to cipeusz, a przecież łobuz kocha najmocniej, on nic z łobuza nie miał, był za porządny, mówił do mnie w romantycznej walucie zamiast bardziej praktycznie... Rozstałam się z Sebą, dopiero niedawno... Dość miałam, wiesz, pokazywania mu znaków „kocham cię” pod celą. Wcześniej chciałam, wiesz, ratować go, bronić, że to dobry chłopak, że siedzi za niewinność, bo się jakaś konfitura rozpruła na bagietach, Seba zresztą potem na warunku go dojechał, więc wiadomo, jak się to zakończyło. Ale już po tym, co mi zrobił ostatnio, to już wiesz, nic mi się nie chce... Jak to co? Pobił mnie, jak zmieniłam na fejsie status związku na „to skomplikowane” i Mati z Grubym i Łysym się z niego śmiali, że jest rogacz. Seba, zapamiętaj se: jeżeli nie potrafisz uszanować swojej kobiety, nie zdziw się, jeśli zrobi to ktoś inny! No ale mnie żaden teraz nie chce. Moim sensem życia so tera moje hore curkosyny, nje? Jak jakaś (piiiiip) napisze mi na fejsie, że nie obchodzą jej ich kupki i zupki, to bym zabiła normalnie, nje?
-Ehh, jak można tak zmarnować życie!-Rzuciła Wiki, siedząc z Antkiem przed telewizorem i czekając na dalszy ciąg programu.-Kiedy ona chlała, ja zakładałam działalność gospodarczą, zaczynając od zera. I tym dzieciom też zmarnuje życie. Założę się, że nie wiedzą, co to ciepłe pierogi na stole i ciepły dom pachnący smażoną cebulką. Nasze są ustawione, dopóty, dopóki ludzkość będzie chciała jeść pierogi. Nasze na swojskiej mące chowane, jej pewnie na makdonaldach, dlatego chore!
-Nie no, jeszcze reklamy?-Zapytał Antek, widząc reklamę majonezu. Później kremu do protez. Później suplementu diety przy Hashimoto. Aż wreszcie na ekranie ukazało się logo programu „Przedsiębiorcze Mamuśki”, a potem wnętrze pierogarni Wiki.
-Mój sekret udanego życia?-Mówiła Wiki, matka Michała, Janka, Bartka i Emilki, żona Antka, i businesswoman. Zdążyła uratować małżeństwo, zdążyła zostać mamą, zdążyła osiągnąć sukces zawodowy, ze wszystkim zdążyła.-Cóż, podzielę się taką moją filozofią życiową, którą sama wymyśliłam, nadzorując przygotowanie farszu do ruskich. Sekret dobrych pierogów ruskich tkwi w dobrym farszu. Musi się dobrze kleić, ale nie może być też zanadto kleisty. No i pierogi też trzeba odpowiednio zacisnąć, żeby się nie rozpadły w trakcie gotowania, a żeby je odpowiednio zacisnąć, skleić, to też trzeba znać proporcje, dasz za dużo mąki, no to się ni cholery to tałatajstwo nie sklei, nie? Tak samo z życiem. Trzeba zachować dobre proporcje i dobrze je wypełnić. Miłością, jak farszem. I tak samo z dobrym małżeństwem. Trzeba je dobrze wypełnić i dobrze skleić, co by się nie rozpadło podczas... Gotowania, które może w tym przypadku być metaforą taką jakichś trudności na przykład. Nie, Antoś?-Mrugnęła okiem do kamery i do męża, podczas nagrania przyrządzającego w domu jagnięcinę Tikka Masala
-Jaką szefową jest Wiki?
-Wymagającą. Nie uznaje na przykład tych takich plastikowych maszynek do sklejania pierogów. Trzeba je sklejać ręcznie.-Mówił kucharz Tomek.-Uważa, że to oszustwo i pójście na łatwiznę.
-Pytała, czy w życiu też idziemy na łatwiznę, czy też sklejamy je maszynką. Jest dla nas wielką inspiracją.-Dodała kucharka Ewa.-Serio, trochę już robię w gastronomii i dopóki nie spotkałam Wiki, nie wiedziałam, jak bardzo taka praca potrafi zainspirować, nie?
Program zakończył się wzruszającym spotkaniem, zdjęciem i Besos z Magdą Gessler. Zdjęcie wisiało teraz na honorowym miejscu w pierogarni. Kiedy zakończył się program, Antek zapytał:
-Kochanie, dziś penne al dente czy na miękko?
-Spytaj dzieciaków, mnie wszystko jedno. Jestem szczęśliwa, spełniona i nic mi już więcej do życia nie potrzeba.
***
I żyli długo i szczęśliwie. Siwiutka Wiki, w fotelu, z robótką na kolanach, mówiła po latach do wnuczki:
-Pamiętaj, dziecinko. Swoje życie trzeba wypełnić farszem miłości. I dobrze zakleić po bokach. Wtedy nie rozpadnie się przy gotowaniu, które w tym przypadku może posłużyć jako metafora takich różnych trudności.
piątek, 2 lutego 2018
02.02.2013 " Ein Stern (der deinen Namen trägt)"
Dziś opowiem Wam o wyjątkowej osobie.
Niestety, mija dokładnie 5 lat, odkąd nie ma Jej wśród nas.
Jarosław Marek Rymkiewicz
ZIMOWY POGRZEB W MILANÓWKU
Za jej trumną szły koty ale niewidzialne
Koty ułomne oraz koty parafialne
Śnieżek kładł się na grobach bez większej ochoty
Szedł niewidzialny orszak same zmarłe koty
Zapchlony Żółtek oraz szalony kot Bończa
Z jego ramion zwisała dziurawa opończa
Kot księżej gospodyni za nim kot poety
Niewidzialnie pachniały mielone kotlety
Kot w ostrogach kot Frajszyc w żółtym kapeluszu
Kot Połowa Ogona oraz kot Bez Uszu
Niesiono garnek z kaszą i wilgotne pranie
Kto umiera ten nie wie co po nim zostanie
Półżywy kot Nazista oraz kot garncarza
Kto umiera ten nie wie co mu się przydarza
I nie wie kto umiera czy się przyda Bogu
Szedł kot Skurwiel ten który sika mi na progu
Kot Utopiony w Worku kot Idź do Cholery
Niesiono niewidzialne papieskie ordery
Kot podmiejskiej kolejki stary kot Eliota
Na końcu jeśli chcecie szła połowa kota
Koleżka naszej Psotki biały kot Półgłówek
Tu u nas każdy chciałby mieć taki pochówek.
Asia miała niecałe 35 lat. Tego wieczoru, gdy odeszła, byłam na imprezie. Niczego nie przeczuwałam, jeszcze wcześniej pisałyśmy na Facebooku o jakichś tam moich kolokwiach i podobnych rzeczach, cieszyła się razem ze mną z piątki z warsztatów copywriterskich. Kilka dni później okazało się, że już nie porozmawiamy, nie spotkamy się. Ostatnie pożegnanie: Wólka Węglowa, dla mnie drugi koniec Warszawy, smutek, maleńka kapliczka i potworne zimno na cmentarzu.
Kim była? Moją wychowawczynią w szkole średniej. Po skończeniu szkoły wiele osób z licealnej klasy utrzymywało z nią towarzyskie relacje, czasami było jakieś spotkanie, jakieś piwo, odwiedziny w szkole... A raz w jej domu, domu pełnym niechcianych, porzuconych zwierząt, którym pomagała.
Wisława Szymborska
KOT W PUSTYM MIESZKANIU
Umrzeć - tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś sie tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Kto teraz zajmuje ten smutny, osamotniony koci apartament przy Joliot-Curie? Nie wiem, nie wnikam.
Aśka kochała zwierzęta, w szczególności chyba koty. Ale nie tylko. Była wegetarianką, ale nie narzucała tego innym. Nie narzucała zresztą także swoich poglądów w różnych innych kwestiach.
Kochała też Depeche Mode. Miała wytatuowany motyw z okładki „Violator”. Niewątpliwie kochała również swoją pracę i nas, swoich uczniów, wychowanków. Chociaż zrywaliśmy się z lekcji, paliliśmy w toalecie, nie uczyliśmy się, szaleliśmy na lekcjach... Kłopoty? Zagrożenia? Przyłapanie na paleniu w kiblu (i to nie pierwsze, ale recydywa), jakieś osobiste problemy? Walczyła o każdego z nas. O wszystkich i każdego z osobna. Wiele jej zawdzięczam. Nauczycieli ze szkoły wspominam raczej dobrze. Jedni byli bardziej wymagający, inni mniej, jak w każdej szkole. Moi nauczyciele byli jednak przede wszystkim ludźmi. W czasach liceum miałam poważne problemy, które utrudniały mi naukę i uczęszczanie na lekcje. Wszyscy nauczyciele jakoś mi pomogli, wykazali dobrą wolę wobec mnie, wszystkim jestem wdzięczna. Ale Aśka pomogła najbardziej. Była nie tylko wychowawczynią i nauczycielką, ale w pewnym momencie stała się taką przyjaciółką, powierniczką, także po ukończeniu szkoły. Bardzo mocno brała do siebie problemy uczniów i problemy z niektórymi z nich. Bardzo się angażowała, zapewne odbiło się to na jej zdrowiu i w ostatnim roku życia przebywała na urlopie.
Uczyła nas niemieckiego. Polubiłam ten język, każdego dnia żałuję, że od bardzo dawna w zasadzie nie miałam z nim kontaktu, że tekst może i przeczytam, zrozumiem, ale zdania samodzielnie już po niemiecku nie sklecę. Pewnego dnia zacznę znów uczyć się niemieckiego, pragnę podszlifować ten język.
Wiecie, co było w lekcjach z Asią najciekawsze? Przez całą moją edukację, podstawówkę, gimnazjum i liceum, nauczyciele języków obcych musieli czasem posiłkować się słownikiem. Zerknąć, przypomnieć sobie jakieś słówko albo jakiś synonim, może bardziej adekwatny do danej sytuacji, do poziomu naszej relacji z rozmówcą, do jego wieku itd... Ba, nie tylko języków obcych. Kto ogląda programy prof. Jana Miodka, ten wie, że nawet on musi czasem zerknąć do słownika, kiedy widz prosi przez telefon lub Skype o jakąś poradę językową. On, profesor, spec od języka polskiego.
O jakiekolwiek słówko nie zapytalibyśmy Aśki, ona sama, bez słownika, z głowy, podawała to słówko, wypisywała na tablicy, a obok jeszcze kilka synonimów, z zaznaczeniem, że np. tak powiemy w rozmowie z kumplem, tak w rozmowie z nauczycielem, a tak np. z szefem. Na każdej lekcji sypała nowymi słówkami jak z rękawa. Może dlatego, że jej niemiecki nie był jedynie wykuty na pamięć w szkole, ale „żywy”.
Mam jeszcze gdzieś jedną kartkówkę. Z czwórką i narysowaną przez Asię uśmiechniętą buźką.
Do uczniów podchodziła „po kumpelsku”. Nie siedziała całą lekcję za biurkiem, wolała siadać na pierwszej ławce w środkowym rzędzie. Po ukończeniu liceum proponowała wychowankom przejście na „ty”. Może ten rodzaj podejścia do uczniów ją trochę gubił, bo niektórzy wykorzystywali to i np. rozwalali jej lekcję. Byłam raz świadkiem takiej sytuacji już podczas studiów, gdy wraz z koleżanką z klasy przyszłyśmy do liceum odwiedzić Asię. Jakiś rok lub dwa po odejściu mojej klasy z liceum maturzyści zrobili głupi żarcik. Uznali, że skoro jest młoda, ładna i bardzo przyjaźnie nastawiona do uczniów, to się nie obrazi i na studniówce zadedykowali Aśce piosenkę „Seksualna niebezpieczna”. „Niebezpieczna to będę w poniedziałek, jak powitam ich kartkówką”-stwierdziła wówczas.
Ale dzięki temu, że w taki właśnie sposób podchodziła do uczniów, zyskałam bliską osobę, powierniczkę. Kiedy w moim życiu skumulowała się nieprzepracowana w dzieciństwie żałoba po zmarłym Tacie, szkolne kłopoty, bardzo, bardzo głupie zakochanie bez wzajemności plus chyba najgorszy możliwy sposób radzenia sobie z tym, i jeszcze nastoletnie, szalejące hormony, było mi bardzo ciężko. Albo często opuszczałam szkołę (raz zwiałam z pierwszej lekcji i widziała to nauczycielka od fizyki. Kiedy pojawiłam się w szkole, Aśka zapytała mnie, co się dzieje, bo nie przyszłam na pierwszą lekcję, a widziano mnie na Wiatraku, jak szłam „spacerkiem, z papieroskiem”), a kiedy już tam byłam, nie zawsze byłam w stanie brać udział w lekcji. Sala, w której mieliśmy niemiecki była na najwyższym piętrze. Obok były schody, chyba na strych. Lubiłam je. Można było ukryć się tam przed całym światem. Raz, w kryzysowej sytuacji, przesiedziała ze mną całą lekcję na tych schodach. Kiedy lekarze zaczęli podejrzewać u mnie Borderline i powiedziałam o tym Aśce, która również korzystała z pomocy lekarza psychiatry, zmagała się z depresją, oprócz tego chorowała również na epilepsję i to właśnie ta choroba najprawdopodobniej była przyczyną jej śmierci. Prawdopodobnie atak zastał ją, kiedy była sama w domu.
Kiedy więc powiedziałam o podejrzeniu Borderline, zażartowała: „Luuuuuz! Dobrze, że nie masz na przykład schizofrenii paranoidalnej. To znaczy, wybacz, wtedy też nic bym do ciebie nie miała, ale to jest dopiero okropne choróbsko. A z tego to pomału wyjdziesz, jesteś jeszcze bardzo młoda, zresztą może to wcale nie Borderline?” Walczyła o nas, abyśmy wszyscy zostali dopuszczeni do matury i ją zdali. Pomagała, wspierała i negocjowała z nauczycielami. Kiedy ukończyliśmy liceum, interesowały ją nasze dalsze losy, kiedy podostawaliśmy się na wymarzone studia, cieszyła się razem z nami.
Niemieckiego uczyliśmy się z Aśką nie tylko z tych śmiesznych czytanek w podręcznikach (czytanki w podręcznikach do języków obcych zawsze mnie śmieszyły), ale również z piosenek i filmów. Oglądaliśmy albo filmy niemieckie, albo amerykańską klasykę kina, ale w niemieckiej wersji językowej. Muzyka? Wszystko. Rammstein, pop, hip hop, stare piosenki, disco... Jedną z piosenek, na której poznawaliśmy język niemiecki, była "Ein Stern (der deinen Namen trägt)". Niby takie typowe dicho, ale jednak wpadała w ucho, dało się ten kawałek lubić.
Einen Stern der deinen Namen trägt
Hoch am Himmelszelt
Den schenk ich dir heut Nacht
Einen Stern der deinen Namen trägt
Alle Zeiten überlebt
Und über unsere Liebe wacht
(DJ Ötzi, Nik P. - Ein Stern (der deinen Namen trägt))
Asiu, tyle chciałam Ci jeszcze opowiedzieć. Tak bardzo mi Ciebie brakuje. Jeszcze tak długo po Twoim odejściu łapałam się na tym, że chciałabym podjechać do Wyspiana i zobaczyć się z Tobą, a później przypominałam sobie... Wierzę, że „jest jedna z gwiazd, która nosi Twoje imię”, bo...
Gwiazdy są szczelinami w Niebiosach, przez które prześwieca miłość naszych zmarłych bliskich (Cathy Glass, „Czekając na anioły”)
ZIMOWY POGRZEB W MILANÓWKU
Za jej trumną szły koty ale niewidzialne
Koty ułomne oraz koty parafialne
Śnieżek kładł się na grobach bez większej ochoty
Szedł niewidzialny orszak same zmarłe koty
Zapchlony Żółtek oraz szalony kot Bończa
Z jego ramion zwisała dziurawa opończa
Kot księżej gospodyni za nim kot poety
Niewidzialnie pachniały mielone kotlety
Kot w ostrogach kot Frajszyc w żółtym kapeluszu
Kot Połowa Ogona oraz kot Bez Uszu
Niesiono garnek z kaszą i wilgotne pranie
Kto umiera ten nie wie co po nim zostanie
Półżywy kot Nazista oraz kot garncarza
Kto umiera ten nie wie co mu się przydarza
I nie wie kto umiera czy się przyda Bogu
Szedł kot Skurwiel ten który sika mi na progu
Kot Utopiony w Worku kot Idź do Cholery
Niesiono niewidzialne papieskie ordery
Kot podmiejskiej kolejki stary kot Eliota
Na końcu jeśli chcecie szła połowa kota
Koleżka naszej Psotki biały kot Półgłówek
Tu u nas każdy chciałby mieć taki pochówek.
Asia miała niecałe 35 lat. Tego wieczoru, gdy odeszła, byłam na imprezie. Niczego nie przeczuwałam, jeszcze wcześniej pisałyśmy na Facebooku o jakichś tam moich kolokwiach i podobnych rzeczach, cieszyła się razem ze mną z piątki z warsztatów copywriterskich. Kilka dni później okazało się, że już nie porozmawiamy, nie spotkamy się. Ostatnie pożegnanie: Wólka Węglowa, dla mnie drugi koniec Warszawy, smutek, maleńka kapliczka i potworne zimno na cmentarzu.
Kim była? Moją wychowawczynią w szkole średniej. Po skończeniu szkoły wiele osób z licealnej klasy utrzymywało z nią towarzyskie relacje, czasami było jakieś spotkanie, jakieś piwo, odwiedziny w szkole... A raz w jej domu, domu pełnym niechcianych, porzuconych zwierząt, którym pomagała.
Wisława Szymborska
KOT W PUSTYM MIESZKANIU
Umrzeć - tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś sie tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Kto teraz zajmuje ten smutny, osamotniony koci apartament przy Joliot-Curie? Nie wiem, nie wnikam.
Aśka kochała zwierzęta, w szczególności chyba koty. Ale nie tylko. Była wegetarianką, ale nie narzucała tego innym. Nie narzucała zresztą także swoich poglądów w różnych innych kwestiach.
Kochała też Depeche Mode. Miała wytatuowany motyw z okładki „Violator”. Niewątpliwie kochała również swoją pracę i nas, swoich uczniów, wychowanków. Chociaż zrywaliśmy się z lekcji, paliliśmy w toalecie, nie uczyliśmy się, szaleliśmy na lekcjach... Kłopoty? Zagrożenia? Przyłapanie na paleniu w kiblu (i to nie pierwsze, ale recydywa), jakieś osobiste problemy? Walczyła o każdego z nas. O wszystkich i każdego z osobna. Wiele jej zawdzięczam. Nauczycieli ze szkoły wspominam raczej dobrze. Jedni byli bardziej wymagający, inni mniej, jak w każdej szkole. Moi nauczyciele byli jednak przede wszystkim ludźmi. W czasach liceum miałam poważne problemy, które utrudniały mi naukę i uczęszczanie na lekcje. Wszyscy nauczyciele jakoś mi pomogli, wykazali dobrą wolę wobec mnie, wszystkim jestem wdzięczna. Ale Aśka pomogła najbardziej. Była nie tylko wychowawczynią i nauczycielką, ale w pewnym momencie stała się taką przyjaciółką, powierniczką, także po ukończeniu szkoły. Bardzo mocno brała do siebie problemy uczniów i problemy z niektórymi z nich. Bardzo się angażowała, zapewne odbiło się to na jej zdrowiu i w ostatnim roku życia przebywała na urlopie.
Uczyła nas niemieckiego. Polubiłam ten język, każdego dnia żałuję, że od bardzo dawna w zasadzie nie miałam z nim kontaktu, że tekst może i przeczytam, zrozumiem, ale zdania samodzielnie już po niemiecku nie sklecę. Pewnego dnia zacznę znów uczyć się niemieckiego, pragnę podszlifować ten język.
Wiecie, co było w lekcjach z Asią najciekawsze? Przez całą moją edukację, podstawówkę, gimnazjum i liceum, nauczyciele języków obcych musieli czasem posiłkować się słownikiem. Zerknąć, przypomnieć sobie jakieś słówko albo jakiś synonim, może bardziej adekwatny do danej sytuacji, do poziomu naszej relacji z rozmówcą, do jego wieku itd... Ba, nie tylko języków obcych. Kto ogląda programy prof. Jana Miodka, ten wie, że nawet on musi czasem zerknąć do słownika, kiedy widz prosi przez telefon lub Skype o jakąś poradę językową. On, profesor, spec od języka polskiego.
O jakiekolwiek słówko nie zapytalibyśmy Aśki, ona sama, bez słownika, z głowy, podawała to słówko, wypisywała na tablicy, a obok jeszcze kilka synonimów, z zaznaczeniem, że np. tak powiemy w rozmowie z kumplem, tak w rozmowie z nauczycielem, a tak np. z szefem. Na każdej lekcji sypała nowymi słówkami jak z rękawa. Może dlatego, że jej niemiecki nie był jedynie wykuty na pamięć w szkole, ale „żywy”.
Mam jeszcze gdzieś jedną kartkówkę. Z czwórką i narysowaną przez Asię uśmiechniętą buźką.
Do uczniów podchodziła „po kumpelsku”. Nie siedziała całą lekcję za biurkiem, wolała siadać na pierwszej ławce w środkowym rzędzie. Po ukończeniu liceum proponowała wychowankom przejście na „ty”. Może ten rodzaj podejścia do uczniów ją trochę gubił, bo niektórzy wykorzystywali to i np. rozwalali jej lekcję. Byłam raz świadkiem takiej sytuacji już podczas studiów, gdy wraz z koleżanką z klasy przyszłyśmy do liceum odwiedzić Asię. Jakiś rok lub dwa po odejściu mojej klasy z liceum maturzyści zrobili głupi żarcik. Uznali, że skoro jest młoda, ładna i bardzo przyjaźnie nastawiona do uczniów, to się nie obrazi i na studniówce zadedykowali Aśce piosenkę „Seksualna niebezpieczna”. „Niebezpieczna to będę w poniedziałek, jak powitam ich kartkówką”-stwierdziła wówczas.
Ale dzięki temu, że w taki właśnie sposób podchodziła do uczniów, zyskałam bliską osobę, powierniczkę. Kiedy w moim życiu skumulowała się nieprzepracowana w dzieciństwie żałoba po zmarłym Tacie, szkolne kłopoty, bardzo, bardzo głupie zakochanie bez wzajemności plus chyba najgorszy możliwy sposób radzenia sobie z tym, i jeszcze nastoletnie, szalejące hormony, było mi bardzo ciężko. Albo często opuszczałam szkołę (raz zwiałam z pierwszej lekcji i widziała to nauczycielka od fizyki. Kiedy pojawiłam się w szkole, Aśka zapytała mnie, co się dzieje, bo nie przyszłam na pierwszą lekcję, a widziano mnie na Wiatraku, jak szłam „spacerkiem, z papieroskiem”), a kiedy już tam byłam, nie zawsze byłam w stanie brać udział w lekcji. Sala, w której mieliśmy niemiecki była na najwyższym piętrze. Obok były schody, chyba na strych. Lubiłam je. Można było ukryć się tam przed całym światem. Raz, w kryzysowej sytuacji, przesiedziała ze mną całą lekcję na tych schodach. Kiedy lekarze zaczęli podejrzewać u mnie Borderline i powiedziałam o tym Aśce, która również korzystała z pomocy lekarza psychiatry, zmagała się z depresją, oprócz tego chorowała również na epilepsję i to właśnie ta choroba najprawdopodobniej była przyczyną jej śmierci. Prawdopodobnie atak zastał ją, kiedy była sama w domu.
Kiedy więc powiedziałam o podejrzeniu Borderline, zażartowała: „Luuuuuz! Dobrze, że nie masz na przykład schizofrenii paranoidalnej. To znaczy, wybacz, wtedy też nic bym do ciebie nie miała, ale to jest dopiero okropne choróbsko. A z tego to pomału wyjdziesz, jesteś jeszcze bardzo młoda, zresztą może to wcale nie Borderline?” Walczyła o nas, abyśmy wszyscy zostali dopuszczeni do matury i ją zdali. Pomagała, wspierała i negocjowała z nauczycielami. Kiedy ukończyliśmy liceum, interesowały ją nasze dalsze losy, kiedy podostawaliśmy się na wymarzone studia, cieszyła się razem z nami.
Niemieckiego uczyliśmy się z Aśką nie tylko z tych śmiesznych czytanek w podręcznikach (czytanki w podręcznikach do języków obcych zawsze mnie śmieszyły), ale również z piosenek i filmów. Oglądaliśmy albo filmy niemieckie, albo amerykańską klasykę kina, ale w niemieckiej wersji językowej. Muzyka? Wszystko. Rammstein, pop, hip hop, stare piosenki, disco... Jedną z piosenek, na której poznawaliśmy język niemiecki, była "Ein Stern (der deinen Namen trägt)". Niby takie typowe dicho, ale jednak wpadała w ucho, dało się ten kawałek lubić.
Einen Stern der deinen Namen trägt
Hoch am Himmelszelt
Den schenk ich dir heut Nacht
Einen Stern der deinen Namen trägt
Alle Zeiten überlebt
Und über unsere Liebe wacht
(DJ Ötzi, Nik P. - Ein Stern (der deinen Namen trägt))
Asiu, tyle chciałam Ci jeszcze opowiedzieć. Tak bardzo mi Ciebie brakuje. Jeszcze tak długo po Twoim odejściu łapałam się na tym, że chciałabym podjechać do Wyspiana i zobaczyć się z Tobą, a później przypominałam sobie... Wierzę, że „jest jedna z gwiazd, która nosi Twoje imię”, bo...
Gwiazdy są szczelinami w Niebiosach, przez które prześwieca miłość naszych zmarłych bliskich (Cathy Glass, „Czekając na anioły”)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
