Dziś opowiem Wam o wyjątkowej osobie.
Niestety, mija dokładnie 5 lat, odkąd nie ma Jej wśród nas.
Jarosław Marek Rymkiewicz
ZIMOWY POGRZEB W MILANÓWKU
Za jej trumną szły koty ale niewidzialne
Koty ułomne oraz koty parafialne
Śnieżek kładł się na grobach bez większej ochoty
Szedł niewidzialny orszak same zmarłe koty
Zapchlony Żółtek oraz szalony kot Bończa
Z jego ramion zwisała dziurawa opończa
Kot księżej gospodyni za nim kot poety
Niewidzialnie pachniały mielone kotlety
Kot w ostrogach kot Frajszyc w żółtym kapeluszu
Kot Połowa Ogona oraz kot Bez Uszu
Niesiono garnek z kaszą i wilgotne pranie
Kto umiera ten nie wie co po nim zostanie
Półżywy kot Nazista oraz kot garncarza
Kto umiera ten nie wie co mu się przydarza
I nie wie kto umiera czy się przyda Bogu
Szedł kot Skurwiel ten który sika mi na progu
Kot Utopiony w Worku kot Idź do Cholery
Niesiono niewidzialne papieskie ordery
Kot podmiejskiej kolejki stary kot Eliota
Na końcu jeśli chcecie szła połowa kota
Koleżka naszej Psotki biały kot Półgłówek
Tu u nas każdy chciałby mieć taki pochówek.
Asia miała niecałe 35 lat. Tego wieczoru, gdy odeszła, byłam na imprezie. Niczego nie przeczuwałam, jeszcze wcześniej pisałyśmy na Facebooku o jakichś tam moich kolokwiach i podobnych rzeczach, cieszyła się razem ze mną z piątki z warsztatów copywriterskich. Kilka dni później okazało się, że już nie porozmawiamy, nie spotkamy się. Ostatnie pożegnanie: Wólka Węglowa, dla mnie drugi koniec Warszawy, smutek, maleńka kapliczka i potworne zimno na cmentarzu.
Kim była? Moją wychowawczynią w szkole średniej. Po skończeniu szkoły wiele osób z licealnej klasy utrzymywało z nią towarzyskie relacje, czasami było jakieś spotkanie, jakieś piwo, odwiedziny w szkole... A raz w jej domu, domu pełnym niechcianych, porzuconych zwierząt, którym pomagała.
Wisława Szymborska
KOT W PUSTYM MIESZKANIU
Umrzeć - tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś sie tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Kto teraz zajmuje ten smutny, osamotniony koci apartament przy Joliot-Curie? Nie wiem, nie wnikam.
Aśka kochała zwierzęta, w szczególności chyba koty. Ale nie tylko. Była wegetarianką, ale nie narzucała tego innym. Nie narzucała zresztą także swoich poglądów w różnych innych kwestiach.
Kochała też Depeche Mode. Miała wytatuowany motyw z okładki „Violator”. Niewątpliwie kochała również swoją pracę i nas, swoich uczniów, wychowanków. Chociaż zrywaliśmy się z lekcji, paliliśmy w toalecie, nie uczyliśmy się, szaleliśmy na lekcjach... Kłopoty? Zagrożenia? Przyłapanie na paleniu w kiblu (i to nie pierwsze, ale recydywa), jakieś osobiste problemy? Walczyła o każdego z nas. O wszystkich i każdego z osobna. Wiele jej zawdzięczam. Nauczycieli ze szkoły wspominam raczej dobrze. Jedni byli bardziej wymagający, inni mniej, jak w każdej szkole. Moi nauczyciele byli jednak przede wszystkim ludźmi. W czasach liceum miałam poważne problemy, które utrudniały mi naukę i uczęszczanie na lekcje. Wszyscy nauczyciele jakoś mi pomogli, wykazali dobrą wolę wobec mnie, wszystkim jestem wdzięczna. Ale Aśka pomogła najbardziej. Była nie tylko wychowawczynią i nauczycielką, ale w pewnym momencie stała się taką przyjaciółką, powierniczką, także po ukończeniu szkoły. Bardzo mocno brała do siebie problemy uczniów i problemy z niektórymi z nich. Bardzo się angażowała, zapewne odbiło się to na jej zdrowiu i w ostatnim roku życia przebywała na urlopie.
Uczyła nas niemieckiego. Polubiłam ten język, każdego dnia żałuję, że od bardzo dawna w zasadzie nie miałam z nim kontaktu, że tekst może i przeczytam, zrozumiem, ale zdania samodzielnie już po niemiecku nie sklecę. Pewnego dnia zacznę znów uczyć się niemieckiego, pragnę podszlifować ten język.
Wiecie, co było w lekcjach z Asią najciekawsze? Przez całą moją edukację, podstawówkę, gimnazjum i liceum, nauczyciele języków obcych musieli czasem posiłkować się słownikiem. Zerknąć, przypomnieć sobie jakieś słówko albo jakiś synonim, może bardziej adekwatny do danej sytuacji, do poziomu naszej relacji z rozmówcą, do jego wieku itd... Ba, nie tylko języków obcych. Kto ogląda programy prof. Jana Miodka, ten wie, że nawet on musi czasem zerknąć do słownika, kiedy widz prosi przez telefon lub Skype o jakąś poradę językową. On, profesor, spec od języka polskiego.
O jakiekolwiek słówko nie zapytalibyśmy Aśki, ona sama, bez słownika, z głowy, podawała to słówko, wypisywała na tablicy, a obok jeszcze kilka synonimów, z zaznaczeniem, że np. tak powiemy w rozmowie z kumplem, tak w rozmowie z nauczycielem, a tak np. z szefem. Na każdej lekcji sypała nowymi słówkami jak z rękawa. Może dlatego, że jej niemiecki nie był jedynie wykuty na pamięć w szkole, ale „żywy”.
Mam jeszcze gdzieś jedną kartkówkę. Z czwórką i narysowaną przez Asię uśmiechniętą buźką.
Do uczniów podchodziła „po kumpelsku”. Nie siedziała całą lekcję za biurkiem, wolała siadać na pierwszej ławce w środkowym rzędzie. Po ukończeniu liceum proponowała wychowankom przejście na „ty”. Może ten rodzaj podejścia do uczniów ją trochę gubił, bo niektórzy wykorzystywali to i np. rozwalali jej lekcję. Byłam raz świadkiem takiej sytuacji już podczas studiów, gdy wraz z koleżanką z klasy przyszłyśmy do liceum odwiedzić Asię. Jakiś rok lub dwa po odejściu mojej klasy z liceum maturzyści zrobili głupi żarcik. Uznali, że skoro jest młoda, ładna i bardzo przyjaźnie nastawiona do uczniów, to się nie obrazi i na studniówce zadedykowali Aśce piosenkę „Seksualna niebezpieczna”. „Niebezpieczna to będę w poniedziałek, jak powitam ich kartkówką”-stwierdziła wówczas.
Ale dzięki temu, że w taki właśnie sposób podchodziła do uczniów, zyskałam bliską osobę, powierniczkę. Kiedy w moim życiu skumulowała się nieprzepracowana w dzieciństwie żałoba po zmarłym Tacie, szkolne kłopoty, bardzo, bardzo głupie zakochanie bez wzajemności plus chyba najgorszy możliwy sposób radzenia sobie z tym, i jeszcze nastoletnie, szalejące hormony, było mi bardzo ciężko. Albo często opuszczałam szkołę (raz zwiałam z pierwszej lekcji i widziała to nauczycielka od fizyki. Kiedy pojawiłam się w szkole, Aśka zapytała mnie, co się dzieje, bo nie przyszłam na pierwszą lekcję, a widziano mnie na Wiatraku, jak szłam „spacerkiem, z papieroskiem”), a kiedy już tam byłam, nie zawsze byłam w stanie brać udział w lekcji. Sala, w której mieliśmy niemiecki była na najwyższym piętrze. Obok były schody, chyba na strych. Lubiłam je. Można było ukryć się tam przed całym światem. Raz, w kryzysowej sytuacji, przesiedziała ze mną całą lekcję na tych schodach. Kiedy lekarze zaczęli podejrzewać u mnie Borderline i powiedziałam o tym Aśce, która również korzystała z pomocy lekarza psychiatry, zmagała się z depresją, oprócz tego chorowała również na epilepsję i to właśnie ta choroba najprawdopodobniej była przyczyną jej śmierci. Prawdopodobnie atak zastał ją, kiedy była sama w domu.
Kiedy więc powiedziałam o podejrzeniu Borderline, zażartowała: „Luuuuuz! Dobrze, że nie masz na przykład schizofrenii paranoidalnej. To znaczy, wybacz, wtedy też nic bym do ciebie nie miała, ale to jest dopiero okropne choróbsko. A z tego to pomału wyjdziesz, jesteś jeszcze bardzo młoda, zresztą może to wcale nie Borderline?” Walczyła o nas, abyśmy wszyscy zostali dopuszczeni do matury i ją zdali. Pomagała, wspierała i negocjowała z nauczycielami. Kiedy ukończyliśmy liceum, interesowały ją nasze dalsze losy, kiedy podostawaliśmy się na wymarzone studia, cieszyła się razem z nami.
Niemieckiego uczyliśmy się z Aśką nie tylko z tych śmiesznych czytanek w podręcznikach (czytanki w podręcznikach do języków obcych zawsze mnie śmieszyły), ale również z piosenek i filmów. Oglądaliśmy albo filmy niemieckie, albo amerykańską klasykę kina, ale w niemieckiej wersji językowej. Muzyka? Wszystko. Rammstein, pop, hip hop, stare piosenki, disco... Jedną z piosenek, na której poznawaliśmy język niemiecki, była "Ein Stern (der deinen Namen trägt)". Niby takie typowe dicho, ale jednak wpadała w ucho, dało się ten kawałek lubić.
Einen Stern der deinen Namen trägt
Hoch am Himmelszelt
Den schenk ich dir heut Nacht
Einen Stern der deinen Namen trägt
Alle Zeiten überlebt
Und über unsere Liebe wacht
(DJ Ötzi, Nik P. - Ein Stern (der deinen Namen trägt))
Asiu, tyle chciałam Ci jeszcze opowiedzieć. Tak bardzo mi Ciebie brakuje. Jeszcze tak długo po Twoim odejściu łapałam się na tym, że chciałabym podjechać do Wyspiana i zobaczyć się z Tobą, a później przypominałam sobie... Wierzę, że „jest jedna z gwiazd, która nosi Twoje imię”, bo...
Gwiazdy są szczelinami w Niebiosach, przez które prześwieca miłość naszych zmarłych bliskich (Cathy Glass, „Czekając na anioły”)
ZIMOWY POGRZEB W MILANÓWKU
Za jej trumną szły koty ale niewidzialne
Koty ułomne oraz koty parafialne
Śnieżek kładł się na grobach bez większej ochoty
Szedł niewidzialny orszak same zmarłe koty
Zapchlony Żółtek oraz szalony kot Bończa
Z jego ramion zwisała dziurawa opończa
Kot księżej gospodyni za nim kot poety
Niewidzialnie pachniały mielone kotlety
Kot w ostrogach kot Frajszyc w żółtym kapeluszu
Kot Połowa Ogona oraz kot Bez Uszu
Niesiono garnek z kaszą i wilgotne pranie
Kto umiera ten nie wie co po nim zostanie
Półżywy kot Nazista oraz kot garncarza
Kto umiera ten nie wie co mu się przydarza
I nie wie kto umiera czy się przyda Bogu
Szedł kot Skurwiel ten który sika mi na progu
Kot Utopiony w Worku kot Idź do Cholery
Niesiono niewidzialne papieskie ordery
Kot podmiejskiej kolejki stary kot Eliota
Na końcu jeśli chcecie szła połowa kota
Koleżka naszej Psotki biały kot Półgłówek
Tu u nas każdy chciałby mieć taki pochówek.
Asia miała niecałe 35 lat. Tego wieczoru, gdy odeszła, byłam na imprezie. Niczego nie przeczuwałam, jeszcze wcześniej pisałyśmy na Facebooku o jakichś tam moich kolokwiach i podobnych rzeczach, cieszyła się razem ze mną z piątki z warsztatów copywriterskich. Kilka dni później okazało się, że już nie porozmawiamy, nie spotkamy się. Ostatnie pożegnanie: Wólka Węglowa, dla mnie drugi koniec Warszawy, smutek, maleńka kapliczka i potworne zimno na cmentarzu.
Kim była? Moją wychowawczynią w szkole średniej. Po skończeniu szkoły wiele osób z licealnej klasy utrzymywało z nią towarzyskie relacje, czasami było jakieś spotkanie, jakieś piwo, odwiedziny w szkole... A raz w jej domu, domu pełnym niechcianych, porzuconych zwierząt, którym pomagała.
Wisława Szymborska
KOT W PUSTYM MIESZKANIU
Umrzeć - tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś sie tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Kto teraz zajmuje ten smutny, osamotniony koci apartament przy Joliot-Curie? Nie wiem, nie wnikam.
Aśka kochała zwierzęta, w szczególności chyba koty. Ale nie tylko. Była wegetarianką, ale nie narzucała tego innym. Nie narzucała zresztą także swoich poglądów w różnych innych kwestiach.
Kochała też Depeche Mode. Miała wytatuowany motyw z okładki „Violator”. Niewątpliwie kochała również swoją pracę i nas, swoich uczniów, wychowanków. Chociaż zrywaliśmy się z lekcji, paliliśmy w toalecie, nie uczyliśmy się, szaleliśmy na lekcjach... Kłopoty? Zagrożenia? Przyłapanie na paleniu w kiblu (i to nie pierwsze, ale recydywa), jakieś osobiste problemy? Walczyła o każdego z nas. O wszystkich i każdego z osobna. Wiele jej zawdzięczam. Nauczycieli ze szkoły wspominam raczej dobrze. Jedni byli bardziej wymagający, inni mniej, jak w każdej szkole. Moi nauczyciele byli jednak przede wszystkim ludźmi. W czasach liceum miałam poważne problemy, które utrudniały mi naukę i uczęszczanie na lekcje. Wszyscy nauczyciele jakoś mi pomogli, wykazali dobrą wolę wobec mnie, wszystkim jestem wdzięczna. Ale Aśka pomogła najbardziej. Była nie tylko wychowawczynią i nauczycielką, ale w pewnym momencie stała się taką przyjaciółką, powierniczką, także po ukończeniu szkoły. Bardzo mocno brała do siebie problemy uczniów i problemy z niektórymi z nich. Bardzo się angażowała, zapewne odbiło się to na jej zdrowiu i w ostatnim roku życia przebywała na urlopie.
Uczyła nas niemieckiego. Polubiłam ten język, każdego dnia żałuję, że od bardzo dawna w zasadzie nie miałam z nim kontaktu, że tekst może i przeczytam, zrozumiem, ale zdania samodzielnie już po niemiecku nie sklecę. Pewnego dnia zacznę znów uczyć się niemieckiego, pragnę podszlifować ten język.
Wiecie, co było w lekcjach z Asią najciekawsze? Przez całą moją edukację, podstawówkę, gimnazjum i liceum, nauczyciele języków obcych musieli czasem posiłkować się słownikiem. Zerknąć, przypomnieć sobie jakieś słówko albo jakiś synonim, może bardziej adekwatny do danej sytuacji, do poziomu naszej relacji z rozmówcą, do jego wieku itd... Ba, nie tylko języków obcych. Kto ogląda programy prof. Jana Miodka, ten wie, że nawet on musi czasem zerknąć do słownika, kiedy widz prosi przez telefon lub Skype o jakąś poradę językową. On, profesor, spec od języka polskiego.
O jakiekolwiek słówko nie zapytalibyśmy Aśki, ona sama, bez słownika, z głowy, podawała to słówko, wypisywała na tablicy, a obok jeszcze kilka synonimów, z zaznaczeniem, że np. tak powiemy w rozmowie z kumplem, tak w rozmowie z nauczycielem, a tak np. z szefem. Na każdej lekcji sypała nowymi słówkami jak z rękawa. Może dlatego, że jej niemiecki nie był jedynie wykuty na pamięć w szkole, ale „żywy”.
Mam jeszcze gdzieś jedną kartkówkę. Z czwórką i narysowaną przez Asię uśmiechniętą buźką.
Do uczniów podchodziła „po kumpelsku”. Nie siedziała całą lekcję za biurkiem, wolała siadać na pierwszej ławce w środkowym rzędzie. Po ukończeniu liceum proponowała wychowankom przejście na „ty”. Może ten rodzaj podejścia do uczniów ją trochę gubił, bo niektórzy wykorzystywali to i np. rozwalali jej lekcję. Byłam raz świadkiem takiej sytuacji już podczas studiów, gdy wraz z koleżanką z klasy przyszłyśmy do liceum odwiedzić Asię. Jakiś rok lub dwa po odejściu mojej klasy z liceum maturzyści zrobili głupi żarcik. Uznali, że skoro jest młoda, ładna i bardzo przyjaźnie nastawiona do uczniów, to się nie obrazi i na studniówce zadedykowali Aśce piosenkę „Seksualna niebezpieczna”. „Niebezpieczna to będę w poniedziałek, jak powitam ich kartkówką”-stwierdziła wówczas.
Ale dzięki temu, że w taki właśnie sposób podchodziła do uczniów, zyskałam bliską osobę, powierniczkę. Kiedy w moim życiu skumulowała się nieprzepracowana w dzieciństwie żałoba po zmarłym Tacie, szkolne kłopoty, bardzo, bardzo głupie zakochanie bez wzajemności plus chyba najgorszy możliwy sposób radzenia sobie z tym, i jeszcze nastoletnie, szalejące hormony, było mi bardzo ciężko. Albo często opuszczałam szkołę (raz zwiałam z pierwszej lekcji i widziała to nauczycielka od fizyki. Kiedy pojawiłam się w szkole, Aśka zapytała mnie, co się dzieje, bo nie przyszłam na pierwszą lekcję, a widziano mnie na Wiatraku, jak szłam „spacerkiem, z papieroskiem”), a kiedy już tam byłam, nie zawsze byłam w stanie brać udział w lekcji. Sala, w której mieliśmy niemiecki była na najwyższym piętrze. Obok były schody, chyba na strych. Lubiłam je. Można było ukryć się tam przed całym światem. Raz, w kryzysowej sytuacji, przesiedziała ze mną całą lekcję na tych schodach. Kiedy lekarze zaczęli podejrzewać u mnie Borderline i powiedziałam o tym Aśce, która również korzystała z pomocy lekarza psychiatry, zmagała się z depresją, oprócz tego chorowała również na epilepsję i to właśnie ta choroba najprawdopodobniej była przyczyną jej śmierci. Prawdopodobnie atak zastał ją, kiedy była sama w domu.
Kiedy więc powiedziałam o podejrzeniu Borderline, zażartowała: „Luuuuuz! Dobrze, że nie masz na przykład schizofrenii paranoidalnej. To znaczy, wybacz, wtedy też nic bym do ciebie nie miała, ale to jest dopiero okropne choróbsko. A z tego to pomału wyjdziesz, jesteś jeszcze bardzo młoda, zresztą może to wcale nie Borderline?” Walczyła o nas, abyśmy wszyscy zostali dopuszczeni do matury i ją zdali. Pomagała, wspierała i negocjowała z nauczycielami. Kiedy ukończyliśmy liceum, interesowały ją nasze dalsze losy, kiedy podostawaliśmy się na wymarzone studia, cieszyła się razem z nami.
Niemieckiego uczyliśmy się z Aśką nie tylko z tych śmiesznych czytanek w podręcznikach (czytanki w podręcznikach do języków obcych zawsze mnie śmieszyły), ale również z piosenek i filmów. Oglądaliśmy albo filmy niemieckie, albo amerykańską klasykę kina, ale w niemieckiej wersji językowej. Muzyka? Wszystko. Rammstein, pop, hip hop, stare piosenki, disco... Jedną z piosenek, na której poznawaliśmy język niemiecki, była "Ein Stern (der deinen Namen trägt)". Niby takie typowe dicho, ale jednak wpadała w ucho, dało się ten kawałek lubić.
Einen Stern der deinen Namen trägt
Hoch am Himmelszelt
Den schenk ich dir heut Nacht
Einen Stern der deinen Namen trägt
Alle Zeiten überlebt
Und über unsere Liebe wacht
(DJ Ötzi, Nik P. - Ein Stern (der deinen Namen trägt))
Asiu, tyle chciałam Ci jeszcze opowiedzieć. Tak bardzo mi Ciebie brakuje. Jeszcze tak długo po Twoim odejściu łapałam się na tym, że chciałabym podjechać do Wyspiana i zobaczyć się z Tobą, a później przypominałam sobie... Wierzę, że „jest jedna z gwiazd, która nosi Twoje imię”, bo...
Gwiazdy są szczelinami w Niebiosach, przez które prześwieca miłość naszych zmarłych bliskich (Cathy Glass, „Czekając na anioły”)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz