wtorek, 22 września 2015

Aureliusz czy Kaligula?


Powracam z nowym wierszem inspirowanym poezją Zbigniewa Herberta i postaciami dwóch cesarzy. Czego by nie mówić, moim zdaniem Herbert przewyższał Miłosza pod każdym względem. Jego wiersze dają mi ukojenie, zapomnienie o problemach, szczególnie wyśpiewane przez Przemysława Gintrowskiego. Moim ulubionym wierszem Zbigniewa Herberta jest "Do Marka Aurelego". Jeśli poeta jest w tym wierszu podmiotem lirycznym, to stawia jedno ważne pytanie: czy jest w dzisiejszych czasach miejsce dla postawy jaką reprezentował jeden z pięciu najlepszych cesarzy (a na pewno jeden z najlepiej wykształconych)? I ile to jest wszystko warte, czy to może nam pomóc w dzisiejszych szalonych czasach? Druga postać, która mnie zainspirowała (i niegdyś zainspirowała również Zbigniewa Herberta) to Kaligula. Chyba każdy, nawet ten, kto kompletnie nie interesuje się historią, na dźwięk tego przydomka od razu pomyśli: "Aaa, to ten wariat, szaleniec, psychopata, to ten od konia i szalonych orgii seksualnych chyba" ;) Cytatami z wierszy Herberta stawiam pytanie, czy w dzisiejszych czasach lepiej odnalazłby się Aureliusz, czy Kaligula. Wiersz dedykuję dwóm osobom, z którymi od razu kojarzą mi się Herbert i Gintrowski: mojemu najstarszemu bratu Rafałowi, który kilkanaście lat temu kupił kasetę Przemysława Gintrowskiego "Odpowiedź" i tak poznałam twórczość Zbigniewa Herberta oraz głos Przemysława Gintrowskiego oraz mojemu dobremu koledze Mateuszowi, który świetnie wykonuje pieśni Jacka Kaczmarskiego i Przemysława Gintrowskiego. Zapraszam :)


Z Herberta

Marek Aureliusz zgasił lampę.
Marek Aureliusz zamknął książkę.
Nie zdążył nawet odpowiedzieć na „dobranoc”.
Szybko go wykolegowaliśmy,
Wyrzuciliśmy ze swojego życia.
Pytanie jednak,
Czy samymi „Rozmyślaniami” człowiek żyje?
Czy to nas nakarmi?
Wszystkim nam wyrywa się z piersi
Barbarzyński okrzyk trwogi.

Kaligula- ten ma się dobrze.
Śmiejemy się z anegdotek,
Że wypowiedział wojnę Neptunowi,
Że chciał zrobić konia konsulem
(Ale to rzeźnik z miejscowości Ancjum ma pijar najczarniejszy z czarnych),
Ale czy nasze dzisiejsze życie
Go trochę nie przypomina?

Jemy śmieci.
Komunikujemy się przez monitory.
Szastamy „kocham cię”.
Szastamy „przyjacielu”.
Szastamy „tolerancją”.
Szastamy „bracie, siostro”.

Przycinamy książki,
By pasowały do półek.

Mówimy dużo i dla nas mądrze,
Upajamy się samym brzmieniem głosu.

Co nas nie zabije,
Wpędzi w chorobę cywilizacyjną.

Gonimy za pieniądzem.
Ci, którzy go nie mają,
Gonią, bo muszą.
Ci, którzy mają aż nadto,
Gonią, by mieć więcej.
Później jakiś kuzyn z drugiego końca Polski
Włoży delikwentowi kartę bankomatową do trumny,
Bo nieboszczyk PIN-u mu w testamencie nie zapisał.

Na twarz zapuchniętą od nocnych łez
Nakładamy uśmiechniętą maskę.
Im szerszy uśmiech, tym lepiej.

W samotności rozlega się
Barbarzyński okrzyk trwogi
Z głębi duszy.
Choć niektórzy z nas
Nawet już płakać i krzyczeć nie potrafią,
Bo to sprzeczne z ogólnie przyjętą normą.
Mieć uczucia to faux pas.

Dziś Marek Aureliusz
Siedziałby w Tworkach lub popełnił samobójstwo
Kaligula mógłby ukrzyżować konia w centrum Warszawy
I zostałby tylko wrażliwym i niepokornym artystą.
Ba, dostałby dotację od Ministerstwa Kultury na ten performance!

Wszechświat i astronomia
Już nas zdradziły.
Gwiazd nie policzymy.

Lecz to wszystko jeszcze trwa,
Jeszcze jest.

Tylko Aureliusz uleczy Kaligulę.
Tylko dobrem zwyciężysz zło.

Reasumując,
Dobrze, gdy masz uczucia.
Dobrze, gdy masz zasady.
Dobrze, gdy myślisz, czytasz,
Odezwiesz się, gdy trzeba
I gdy trzeba, zmilczysz.

Liczę, że kiedyś Aureliusz

W naszym świecie zwycięży Kaligulę.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Jak Holden Caulfield.

Cześć! Co teraz czytam? "Złego" Tyrmanda, a wczoraj po dwudziestu stronach "Złego" (będąc prawie w połowie) naszła mnie chęć na powrót do "Buszującego w zbożu", czytanego co najmniej z pięć razy. Pierwszy raz przeczytałam ją w wieku piętnastu lat, jako lekturę szkolną, połknęłam całą podczas nocy zarwanej przez ból zęba. Wtedy po pierwsze wydawała mi się niesamowicie kontrowersyjna: nastolatek błąka się sam po mieście, pije, pali, klnie i spotyka się z prostytutkami, a jeszcze ten nauczyciel na końcu (wcześniej nie zetknęłam się z literaturą, w której pojawiłby się taki wątek- JAKI wątek, wie ten, kto czytał, nie będę robić tak chamskiego spoilera :)) i czuje, że otaczają go sami "kabotyni i kretyni". Po drugie: stała się dla mnie "świecką Biblią" i żałowałam, że nie mogę pogadać z Holdenem. Tak było przez cały okres dojrzewania. Gdy czytałam książkę krótko po dwudziestym roku życia, główny bohater irytował mnie niezmiernie. Gdy czytałam ją w nocy, kończąc za niewiele ponad tydzień dwadzieścia pięć lat, pomyślałam, że tu wcale nie chodzi o szlajanie się zbuntowanego nastolatka po mieście. To jest o samotności. To studium psychiki niezwykle samotnego człowieka, którego coś zżera w środku, który nigdzie nie znajduje dla siebie miejsca, nigdzie nie czuje się dobrze. I skleciłam w pięć minut coś takiego:

HOLDEN (dobranoc, kretyni!)

To było tak.
Założyłeś czerwoną dżokejkę
Daszkiem do tyłu.
Zapaliłeś papierosa.
Poszedłeś w miasto.
Dym szczypie w gardło,
Zimno-w ręce.

Dobranoc, kretyni!

Chciałeś z kimś pogadać.
Na próżno.
Błąkasz się, nie wiedząc,
Czy mała Jane nadal układa
Damy na warcabnicy.

Dobranoc, kretyni!

Cały ten świat!
Jaki to psychodeliczny cyrk.
Jaki to ludyczny, groteskowy jarmark!
Świat dzieli się na Ackleyów i Stradlaterów.
No nie da się żyć, no nie da się.
No po prostu się nie da!

Dobranoc, kretyni!

Prostytutka, taksówkarz
I głupie prowincjuszki na potańcówce.
Maurice...
Wszystko przelatuje Ci przed oczami,
Gdy usiłujesz poskładać
Płytę z „Małą Shirley Beans”,
Tak samo chciałbyś
Poukładać i posklejać swoje życie.
Przed oczami przelatuje mała Phoebe na łyżwach,
Ruda czupryna Alika,
Jakby ktoś wrzucił Ci do głowy
Rękawicę z wypisanymi wierszami
I zbił oko jak szybę.
Ręka jeszcze do dziś boli.

Dobranoc, kretyni!

Ale Ty przecież wrócisz.
Ty wrócisz.
Ty tak nie wytrzymasz.
Ty wrócisz.

sobota, 18 lipca 2015

Gdy dziewczyna pisze.

Dziś coś lekkiego- o młodych, zakochanych dziewczynach piszących wiersze. Ciekawe, czy marzą wtedy, by być drugą Osiecką czy Pawlikowską- Jasnorzewską. Nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie, pierwszą miłość, zachwyt i idealizację uważam za coś uroczego i pięknego. Pamiętacie to?

Dziewczyna pisze

Kiedy dziewczyna pisze poezję,
Zawsze musi być jakiś On.
Czy są razem,
Czy za chwilę będą,
Czy nigdy nie będą.
Czy wcale Go nie ma,
Bo jest od A do Z wymyślony-
Taki, jakiego by chciała.

Zawsze musi być jakiś On.

On poprawia włosy.
On ma dołeczki w policzkach.
On patrzy Tak.
Tak? Co to znaczy?

Tak- czyli jak żaden inny
Przedtem nie patrzył.

Przekłuje w lirykę
Jego dłonie
Palce, paznokcie
I sposób trzymania głowy.
Każdy włosek delikatnego zarostu
I głębię jego oczu.

Jeśli oczy są brązowe-
Skojarzą jej się z orzechem laskowym.
Jeśli niebieskie- z nieprzeniknioną, czasem złowrogą
Głębią stu oceanów.
Szare- powiedzmy, że z zapachem deszczu.
Zielone- z szalonym i bujnym
Tropikalnym lasem.
Czarne- to heban. Ciepły i chropawy.

Czasem pokaże mu
Jak go opisała na papierze.
Czasem ze łzami w oczach
Podrze ten jego obraz,
Rozrzuci po pokoju strzępy
Lub spali.
Czasem schowa przed wszystkimi oczami
Zachowa na samym dnie serca,
Gdzie nikt nie ma dostępu
Lub zapomni, gdy pojawi się nowy On.
Albo On realny i namacalny.

I okaże się,
Że i oczy, i palce, i zarost.
Sposób poprawiania włosów
I trzymania głowy.
I spojrzenie.
Że to wszystko jest po prostu.
Że to wszystko jest zwykłe.

niedziela, 5 lipca 2015

Osiedlowa Erato


Długo i ciężko mi się pisało to opowiadanie, ale wreszcie jest. Lovestory, a raczej parodia Harlequinów i wszelkiej maści romansideł ludzko-wampirzych, wilkołaczo-ludzkich, międzyludzkich itp. itd. To także śmiech w oczy stereotypom i szufladkom. Zaznaczam, że nikogo nie chcę wyśmiać i obrazić, imiona jak zwykle z kapelusza :)

OSIEDLOWA ERATO
Wreszcie wolne. Od znaczków. Naklejek. Kopert. Niekończących się tłumów z awizami i wytrwałych poszukiwań poupychanych przesyłek. Haliny, która zawsze się czepiała. A to: „Sylwio, dlaczego ty to robisz tak niedbale?” „Sylwio, pracuj szybciej!” „Sylwio, ach Sylwio, czemu ty jesteś taka niemrawa?” „Sylwio, czemu ty jesteś taka niemrawa?” słyszała zresztą non stop. Chyba od pierwszych dni życia. Podobno wszystko robiła za wolno. Wolniej od kuzynki Karoliny. Matka stawała na uszach, by Sylwia choć w jednym punkcie prześcignęła Karolinkę. Na próżno. Karolinka wstawała w łóżeczku, gdy Sylwia dopiero ogarniała sztukę siadania. Gdy Sylwia zaczęła mówić „Mama”, „Tata”, „Da”, „Ne”, Karolinka wypowiedziała pełne zdanie. Sylwia zaczęła raczkować, gdy Karolina zasuwała na całego. Co z tego, że Karolina była cztery miesiące starsza. Matka chodziła z Sylwią po lekarzach. „Czemu ona jeszcze nie chodzi? Czemu nie mówi? Czy ona jest upośledzona?” „Sylwio, powiedz: ciasto! Nie! Nie! Nie! Ciasto, a nie cia! Cia- sto! No i powiedziała: cia... Czy ty mi to robisz na złość, dziecko?” I tak było po dziś dzień. Karolina już pomiatała ludźmi w call center i powtarzała, że każda kolejna przerwa na papierosa skraca znacząco czas pracy i powinna im potrącać z pensji, podczas gdy Sylwia od miesiąca pracowała na poczcie. Pracę tę załatwiła jej oczywiście matka. Nienawidziła tej pracy, ale coś trzeba było robić. Tej niedzieli rozkoszowała się odpoczynkiem od mechanicznego przybijania pieczątek. Leżała w łóżku, słuchając Beyonce. Marzyła, by być taka, jak ona, ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że krągłości Sylwii różniły się od krągłości Beyonce. Beyonce mogła mieć krągłości. Fakt istnienia krągłości u Beyonce był jak najbardziej wskazany i powszechnie akceptowany. Jednak Sylwia wiedziała doskonale, że ma tych krągłości za dużo. Dieta kapuściana- porażka. Dieta Dukana- jeszcze większa porażka. Na bezglutenowe bułki nie mogła już patrzeć. Matka miała teraz fazę, że gluten to zło. Założyła Stowarzyszenie Przeciwko Glutenowi. Nawet zamówiła serię koszulek z najbardziej przerażającym wizerunkiem szatana, jaki można było sobie wyobrazić. Rogaty warchoł trzymał w ręku kłos pszenicy, a pod pachą worek mąki i uśmiechał się złośliwie. Nie pomagały tłumaczenia Sylwii i ojca, że wstydzą się w czymś takim wyjść z domu, że to jest po prostu strasznie kiczowate. Matka krzyczała wtedy: „Czy wy wszystko robicie przeciwko mnie? Czy wy musicie podcinać mi skrzydła? Proszę, przyznajcie się wreszcie, że chcecie mnie zlikwidować, zakopać pod płotem, a za zasiłek pogrzebowy pojechać w rejs dookoła świata!” Sylwia nie miała celiakii, choć matka bezbłędnie ją zdiagnozowała. Zdiagnozowała u niej także anemię i chorobę afektywną dwubiegunową, choć ani lekarz rodzinny i badania krwi, ani hematolog, ani psychiatra, ani psycholog, nie potwierdzili tych straszliwych diagnoz.
Sylwia rozkoszowała się wolnością od pieczątek, papierów i znaczków oraz muzyką Beyonce, tylko do czasu. Znała doskonale gniewne, zamaszyste kroki i usłyszała je nawet przez słuchawki.

-Sylwio, czemu leżysz w łóżku jak nieżywa? Przecież tylko patrzeć, jak ten piękny dzień przeleci ci przez palce! Czy robiłaś już dziś poranną gimnastykę? Oczywiście, że nie!

-Mogę dziś odpocząć?

-Od czego ty chcesz odpoczywać? Już wstawaj, raz raz! Zacznijmy może od pajacyków...

-Mamo, proszę, nie. Ja strasznie głupio wyglądam, kiedy ćwiczę. Nie lubię tego...

-A kto ci się niby będzie przyglądał?

-A Mariusz?

Mariusz był młodszym bratem Sylwii, nastolatkiem niesamowicie leniwym, jeśli chodzi o prace domowe, pochłaniającym dwa razy tyle jedzenia, co Sylwia (mimo to również dwa razy od niej szczuplejszym). Bez przerwy ze wszystkiego się śmiał i żartował i ewidentnie przypalał trawkę. Sylwia go kryła. W prawdzie nie wiedziała, co konkretnie Mariusz łyka, wstrzykuje czy przypala, ale wiedziała, że nie zawsze jest w stanie pełnej świadomości. Był wielką nadzieją matki. Miał iść na medycynę lub farmację. Zupełnie mu się jednak nie chciało, trzykrotnie rzucał szkołę, ale raz dostał I-phone'a i jej nie rzucił, za drugą próbę dostał tablet Yoga i nie rzucił, a za trzecią miał dostać własny samochód na osiemnastkę i to też utwierdziło go w przekonaniu, by nie kończyć edukacji na drugiej klasie liceum. Jak już było wcześniej wspomniane, Mariusz śmiał się ze wszystkich i wszystkiego. Najbardziej z Sylwii. „Kaszalociku, przynieś mi Sprite'a z lodówki! No, raz, raz!””Ej, siora, ty nie jesteś przezroczysta, nawet powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Ja coś oglądam, wiesz?” Szczególnie z ćwiczącej Sylwii. Sam reprezentował szkołę w koszykówce, zasuwał też na siłowni, a to, że przypalał trawkę, jakoś szczególnie mu chwilowo w tym nie przeszkadzało. Kiedyś matka kazała mu Sylwię trenować, ale to był jeden wielki koszmar, bo tylko śmiał się z jej niezdarnych podskoków na skakance.

-Mariuszka nie ma. Ten chłopak wstał i pojechał na wykłady. Dla maturzystów!-Zawołała matka.-Już w drugiej klasie myśli o maturze! O takich sprawach trzeba myśleć z dużym wyprzedzeniem, Sylwio, a nie zostawiać wszystko na ostatnią chwilę.

-”Taa. Już ja widzę te jego wykłady.”-Pomyślała z ironią Sylwia. Była pewna, że brat z tych, niech jej tam będzie, wykładów, wróci znów późno i będzie wył ze śmiechu jak hiena na widok wąsów ojca albo matki, która od 22 paraduje po domu w podomce i papilotach, wyje wszystko z lodówki, pójdzie spać, a jutro wstanie o piętnastej. Kiedy zaś będzie spał, matka w kuchni rozpływać się będzie z zachwytu: „Jaki to wspaniały, pogodny chłopiec!”

-Sylwio, skończ proszę marudzić i narzekać i rób wreszcie te pajacyki. To jest nie do pomyślenia, że ty tak narzekasz. Ja nie wiem, na co ty tak narzekasz, bo ja ci za przeproszeniem tyłek miodem smaruję, a ty co? Wiecznie skrzywiona. Zobaczysz, zostanie ci tak i nikt cię nie zechce, zostaniesz starą panną, jak ta Marianna z środkowej klatki. Wiesz, dlaczego ona jest starą panną? Bo właśnie tak jak ty była wiecznie niezadowolona ze wszystkiego i skrzywiona i żaden chłop jej nie chciał! A przecież przez życie trzeba iść optymistycznie, myśleć pozytywnie, kroczyć z uśmiechem przez każdy dzień...-Już zaczynała boleć ją głowa, a to był dopiero początek.-Wyjmij, Sylwio, te słuchawki z uszu, kiedy do ciebie mówię. Ty ogłuchniesz w końcu. Ileż to można leżeć tak z tymi słuchawkami. A do pracy to ty nie miałaś dzisiaj iść?

-Jest niedziela, mamo. Poczta jest dziś zamknięta.

-A tak, faktycznie... No dobrze, to wstawaj i bierz się za ćwiczenia.

Sylwia dała za wygraną i powoli podniosła się z łóżka.

-Stop, stop! Sylwio, robisz to źle! Nie tak! Ja ci pokażę, jak się to robi! Raz- i- d-y-wa! Raz-i-d-y-wa!- Matka sama zaczęła podskakiwać jak pajacyk. Gdyby Sylwia nie była osobą bez poczucia humoru lub gdyby Mariusz podzielił się z nią tym, czym sam się od czasu do czasu, może za często, raczy, być może śmiałaby się teraz, ale jakoś nie potrafiła się śmiać, bo wydawało jej się, że ma strasznie głupi, irytujący śmiech i że w ten sposób nikt inteligentny śmiać się nie może. Wydawało jej się zresztą, że ludzie inteligentni wcale się nie śmieją. Eksperci w TVN zawsze wyglądali na poważnych, gdy mówili o sytuacji politycznej w Polsce. Dla jednych była bardzo dobra, dla innych- tragiczna. Ktoś mówił, że Polska jest krajem bogatym, ktoś inny- że nie, bo niektórych stać na chleb, ale nie stać na masełko, przypominali też, że Sylwia, Mariusz i ich rówieśnicy najprawdopodobniej nie będą mieli na starość emerytury. Ojciec mrugał wtedy okiem: „Córuchna, nie masz tam jakiego absztyfikanta? Bo pora postarać się o kogoś, kto na twoją emeryturkę zapracuje.” Kiedy usłyszał to brat Sylwii, walnął się otwartą dłonią w czoło i wybuchnął śmiechem.
-A u ciebie, Mariuszku, jak z tą miłą koleżanką?-Zapytała matka.
-Ja nie będę produkował bezrobotnych.-Mruknął Mariusz.-I na co mi baba? Będę miał robota, który będzie mi sprzątał i gotował.
Mężczyźni? Sylwia w życiu kochała tylko jednego. Polonistę z liceum. Była to miłość bardzo nieodwzajemniona, z syndromem ofiary, ponieważ rzeczony regularnie stawiał jej kiepskie oceny, bo mocna z polskiego delikatnie mówiąc nie była. Przez całe życie miała ogromne problemy z ortografią, nie mogła jej opanować, a i pisanie wypracowań nie szło jej najlepiej. Raz napisała wiersz, odczytała go przed klasą, ale później przez pół roku wszyscy się z niej śmiali. Polonista w typie młodego Borysa Szyca tylko pogratulował jej odwagi. Kręcił ją sposób, w jaki pochylał się nad dziennikiem i wpisywał kolejną jedynkę, gdy powiedziała, że „Wielką Improwizację” Gustaw/Konrad wygłosił w czasach II wojny światowej, na Mont Blanc. Lekko kręcone włosy blond tak zawadiacko opadały mu na czoło, a dłoń o długich, szczupłych palcach pianisty poruszała się powoli i metodycznie, pisząc czerwonym BIC'em „1”. Kiedy jej tłumaczył na osobności, że będzie musiała to poprawić, bo zaczyna robić się bardzo nieciekawie, upajała się jego głosem i ciężko było jej przyjąć do wiadomości, że „Zmierzch” nie jest literaturą romantyczną, przynajmniej nie w TYM sensie... Później nikt tak nie trafiał do jej serca, jak nauczyciel-oprawca.

Darek lubił w życiu tak naprawdę wyłącznie dwie rzeczy. Lubił to mało powiedziane. On to kochał. Po pierwsze więc- kochał golić głowę. Lubił, gdy jego brązowe, falujące włosy spadały powoli na podłogę. Mamuśka zawsze krzyczała, żeby ruszył tyłek, bo ona nie będzie ciągle po nim zamiatać tych kudłów. A ten tyłek miał ruszyć z łóżka, gdzie rozkoszował się Słowackim i powtarzał z pasją: „Duchowi memu dała w pysk i poszła...! Ej, to jest dobra kawalina!” W sumie to ustawki też dosyć lubił, ale nie przebijały one w niczym golenia głowy i polskiej poezji czy dramatów. Za czytanie polskich poetów jeszcze nigdy nikogo psy nie zwinęły, choć podobno było to możliwe za komuny. Podobno za komuny nie chcieli wystawić „Dziadów” i była wtedy niezła afera. Darka fascynowała przede wszystkim poezja, ale i dramaty Mickiewicza i Słowackiego (Mrożków i innych za bardzo nie rozumiał. „Babcia na katafalk?” Łotafak!), ciekawiło go, że poezja wcale nie musi się rymować, a taki „Pan Tadeusz”, choć calusieńki się rymuje i to elegancko się rymuje, należy do epiki, czyli tego samego rodzaju, co grube książki pisane ciurkiem, czyli powieści. Pożyczał tomy poezji z biblioteki, a polecały mu je dwie bibliotekarki: mała, pulchna pod sześćdziesiątkę i wysoka, szczupła blondynka z niczego sobie bufetem. Tę drugą chciał wyciągnąć na kawę do maka, ale nie chciała, bo przyszedł po nią ten pretensjonalny (pretensjonalny, czyli taki żenua i żal.pl) gość z polibudy (Darek potrafił siedzieć tam do zamknięcia biblioteki, kiedy akurat ona tam była. A czasem była na przykład od dziewiątej do czternastej, bo jechała na uczelnię, ponieważ była doktorantką (czyli taką ni studentką, ni wykładowczynią chyba), a do zamknięcia biblioteki o dziewiętnastej  siedziała pani Benia. Coś stukała na laptopie i uśmiechała się do niego. Gdy nie było ruchu, potrafiła wyciągnąć drewniany różaniec i modlić się na nim w ciszy. Mówiła, że odmawia jakąś nowennę (taka modlitwa, którą się odmawia dziewięć dni, choć tę, mówiła, odmawia się o wiele dłużej) Czasem, po zakończeniu pracy biblioteki, zostawali tam razem i opowiadała mu różne historie. To od niej wiedział o tych „Dziadach” za komuny, bo opowiadała mu, że sama protestowała przeciwko zdjęciu sztuki z afisza. W ogóle dużo mu mówiła o komunie. „Tamta władza robiła okropne rzeczy.”-Mówiła.-”Ale ludzie... Ludzie byli inni. Bardziej solidarni. Potrafili się zjednoczyć. Wychodzili z domu, spotykali się, rozmawiali... I w tych cholernych kolejkach ile przyjaźni się zawiązało! A teraz co? Ludzie zamykają się w domu, odgradzają od innych, a rozmawiają chyba tylko w tych internetach. A co to za rozmowa. Mam syna takiego jak ty, Pawełka, po maturze za granicę wyjechał i czasem rozmawiamy. Jest taki program, co można z nim rozmawiać jak przez telefon, ale go widzisz. Ty pewnie wiesz zresztą... Ale to nie to samo. Nie to samo. To jak w więzieniu, przez szybę...Wtedy to były inne czasy. Od razu było wiadomo, kto czym pachnie i na kogo uważać, choć i partyjniacy mieli czasem dobre serduszka, potrafili pomóc, ulitować się, coś załatwić i jednak warto było jakiegoś znać. A teraz co? Znieczulica, zbydlęcenie...

-Co byś, kotku, dzisiaj poczytał?-Pytała w godzinach pracy biblioteki, gdy nie było warunków do rozmowy.

-Coś o miłości, pani Beniu.-Odpowiedział pewnego dnia. Wtedy, gdy Julia wyszła z tym gościem z polibudy.

-Ha! Masz kogoś na oku?-Pani Benia uśmiechnęła się zalotnie. Musiała być z niej w młodości niezła rozrabiara, zdradzał to ten uśmiech.

-Dużo by gadać. Ona mnie nie za bardzo...

-Ma kogoś?-Jakoś podświadomie wyczuł, że ta kobieta wie, o kogo chodzi.

-Chyba tak.

-Oj, biedny chłopak.

-Oj tam, oj tam. Nie ona pierwsza i nie ostatnia.

-Dobre podejście!

-No, to co pani poleca? Ostatnio jak jechałem na mecza to przeczytałem całego Adasia...

-Wszystko Mickiewicza?

-Wszystkie wiersze bynajmniej...

-Czyli zdecydowanie nie wszystkie?-Uśmiechnęła się łobuzersko pani Benia.-”Bynajmniej” to nie „przynajmniej”, miśku. Bynajmniej to zaprzeczenie, nawet wzmocnienie zaprzeczenia. „-Jesteś księdzem?; -Bynajmniej, mam żonę i dziecko.”

Darek roześmiał się. Bibliotekarka była trochę jak matka. Jego własna matka w tym momencie malowała się i śpiewała: „Oj, pieniążki kochane, kiedy was dostanę?” Mimo dawno przekroczonej pięćdziesiątki miała dwie dziary- jedną nad pęknięciem pleców, drugą- na ramieniu. Usta malowała na kolor jaskraworóżowy, robiła niesamowicie grube kreski na oku, tak, że wszystkie sąsiadki cisnęły z niej bekę. Do tego przydymione oko. Jarała jak smok prawie trzy paczki dziennie, nie pogardziła bronkiem i przede wszystkim chodziła do Remontu czy Siedemdziesiątki z młodszymi koleżankami. Do czasu, aż nie skończyła się kasa. Raz ją widzieli, gdy wracali z kumplami z ustawki. Miała problem z utrzymaniem równowagi, szczególnie na dwudziestocentymetrowych szczudłach z Marywilskiej; oraz porwane rajstopy. Misiek i Mati śmiali się: „Ty, Daro, toż to przecież twoja stara!” „Morda!”-Odpowiedział wtedy. W sumie to uważał się za człowieka spokojnego i bezkonfliktowego, ale za trzy rzeczy groziła od niego lepa. Po pierwsze: za wyśmiewanie ukochanego klubu. Po drugie- za wyśmiewanie matki. I po trzecie- za jakiekolwiek żarty na temat miłości do poezji. Łuki raz odkrył tę jego tajemnicę i wszyscy mieli bekę, ale dojechał paru i się raz na zawsze zamknęli. Co oni zresztą mogli wiedzieć w ogóle o poezji? On też kiedyś nie wiedział o niej nic, bo w domu nie było ani jednej książki. Do czasu, aż usłyszał wiersz Danuty Wawiłow, o dzieciaku, który wyszedł z domu i wędrował po świecie, zabierając ze sobą płaczącego chłopca i czarnego kota, którego każdy kopał i przeganiał. Gdy ruda Ania z VI C recytowała go na apelu, popłakał się. Normalnie się popłakał. Drugi raz, gdy w gimnazjum przeczytał taki wiersz „Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie... Tęskno mi, Panie.” Teraz już wiedział, że to Norwid. Nawet chciał coś sam napisać, ale w wierszu takie słowa jak „dupa”, „cycuchy”, „dobry bufet”, „dobra dupa”, „zimna suka” wyglądały co najmniej dziwnie. Przestał więc pisać, zresztą wydawało mu się, że wszystko, dosłownie wszystko już ktoś kiedyś napisał. No i nie było właściwie dla kogo pisać. Andżela była słodka jak dziecko. Chyba że się jej czegoś odmówiło. Nacisk miał wtedy trzy etapy. Najpierw ostrzegała słodkim głosem, że tupnie nóżką. Później faktycznie tupała ostrzegawczo nóżką. Później był foch. Na fejsie roiło się od tekstów o kobiecych fochach. Ona chyba wyuczyła się tego wszystkiego na pamięć i ćwiczyła na nim. No i była jeszcze groźba, że powie tatusiowi... Po tym rozstaniu zostało mu opiewać pryszczaty ryj Seby, ale co tu opiewać, jak tu nie ma nic do opiewania? Marzył o prawdziwej kobiecie.
Przy niedzielnym obiedzie z Karoliną, jej przystojnym narzeczonym (oboje wyglądali jak księżniczka i książę Disneya, tyle że byli księżniczką i księciem z korpo) i ciocią Ulą, doszło do koszmarnej awantury. Sylwia cieszyła się w duchu, że to nie ona jest tym razem chłopcem do bicia, ale Mariusz. Rozmowa była o tym, że młodzi ludzie nie chcą dziś pracować, no chyba że od razu za cztery tysiące.

-Albo w firmie Szlachta nie pracuje, prawda?-Uśmiechnęła się Karolina, patrząc prosto na brata Sylwii, który ostatnio ustawił sobie na Facebooku, że: „Pracuje w firmie: Szlachta nie pracuje jako Zawód: syn”. Wtedy rozpętało się piekło. Ojciec ostro się wściekł i zapowiedział, że od teraz to obecny tu Pan Sarmata będzie utrzymywał rodzinę i że kończy się dla Mariusza dopływ kasy. Ten trzasnął drzwiami i wyszedł, a mama zaczęła się drzeć na tatę, że jest bezlitosny. I tak dalej. Przynajmniej tym razem w spokoju zostawiono Sylwię, która wręcz niespostrzeżenie wymknęła się do pokoju, by dołować się tym, że poniedziałek jest coraz bliżej. Poniedziałek i znienawidzona praca.
No a Darka po wszystkich Królewskich potwornie bolała głowa. Do domu odwoziła ich siostra Matiego, wściekła na cały świat. Wstał o pierwszej i sięgnął po tomy przyniesione ostatnio z biblioteki. Tym razem nie miał czasu na grzebanie, spieszył się na rozmowę w sprawie stażu w pierogarni, więc tylko losował z półki z poezją polską. Tylko polską, innej nie czytał, choć piękna bibliotekarka Julia przekonywała, że Goethe jest piękny. I Whitman. Ale jest Polakiem i co, mało to polskiej, pięknej poezji, że trzeba zaraz Niemców czytać? Jak mówi przysłowie, Polacy nie gęsi i swój język mają! Kto wie, czy ten cały Goethe nie był jakimś tam esesmańcem... Wyciągnął Broniewskiego, ale ten niezbyt mu się podobał. To była poezja, ale jak nie poezja. Jakieś płuca wyplute nie bolą... Tak to by i on napisał. A Darek był czytelnikiem wymagającym. Lubił czytać tylko takie rzeczy, jakich sam by nie napisał. Kiedyś piękna Julia podrzuciła mu Wojaczka i Bursę, ale też mu się nie podobali. Coś takiego to dla niego w ogóle nie była poezja. W poezji nie powinno być bluzgów. Z bluzgami to i on by napisał, dlatego nie pisał.
Matkę również bolała głowa. W piątek dostała pieniążki kochane, los fortunę zesłał jej, więc w sobotnią noc poszła na tańce z koleżankami. Narzekała, że wydzwania do niej taki nieduży z wąsikiem, rzeczywiście przez całą niedzielę telefon nie milknął. Mówi, że dobry chłop, ale nudny. Na tańcach zachowywał się jak prawiczek na studniówce albo raczej balu gimnazjalnym.
Sylwia rozkoszowała się przy znienawidzonej robocie czymś zakazanym. Kanapką z salcesonem, panie! Zwykła bułka, nie bezglutenowa! Jedzenie tego, co tuczy, było jedyną zakazaną rzeczą, jaką odważyła się zrobić Sylwia. Najlepiej, kiedy matka tego nie widziała, bo kiedy widziała, nie mogła obyć się bez kazań. A nie było pod słońcem nic lepszego, niż mięsko. Było po 11, czyli jeszcze mało ludzi przychodziło na pocztę, ruch zacznie się około piętnastej. W połowie jedzenia przez Sylwię zakazanej kanapki do okienka podszedł chłopak z awizo. Taki typowy dresik. Przypakowany, w krótkich spodenkach i tatuażem-smokiem na nodze, w czapce bejsbolówce z charakterystycznym haczykiem Nike (ten rodzaj czapki brat Sylwii nazywał „wpierdolką”, była jakaś nowa moda na fejsie. Sylwia rzadko coś wstawiała na swojego wall'a, za to wiedziała wszystko o znajomych. Połowa klasy brała śluby, dwie klasowe pary się już rozwodziły, Milena miała panieńskie dziecko, Bartek uciekł do Irlandii, Marta do USA, Piotrek do Niemiec, wszyscy troje wyklinali polskich polityków, Paulina, która uwielbiała imprezować, chodziła w bluzkach, które podkreślały ogrom jej biustu i raz kręciła z jednym chłopakiem, za chwilę z innym, na pierwszym roku studiów nawróciła się i ciągle wrzucała coś o Bogu... Teraz znała ich tylko z fejsa. Trochę szkoda), czapka wydawała się za mała na jego dość dużą głowę i trochę odstające uszy. Cisnął jej awizo. W pewnym momencie jakoś zaszklił mu się wzrok. Sylwia ruszyła na poszukiwania jego listu. Pochyliła się. Wyciągnęła. Całe szczęście nie trzeba było specjalnie latać. Podeszła z powrotem do okienka.

-Lubi pani salceson?-Zapytał nagle.

-Co?-Zdziwiła się. Co to w ogóle za pytanie.

-Moja mama kiedyś pracowała w mięsnym i zawsze przynosiła mi trochę salcesonu i kiełbasy. Brałem pęto w rękę i grałem na kompie. Tatuś się ciągle wściekał, że tylko siedzę i gram, zamiast z chłopakami na dwór iść. Dobry był chłopina, ale pani posłucha. Spasł się jak się postrzelił w nogę i umarł.-Ostatnie słowo wymówił „umar”.-Cukrzycę miał i nie wiedział o niej. Ale się strasznie spasł, naprawdę. Wie pani, spasł się tak, że musieli dźwig podstawić do okna, żeby go do kostnicy zabrać.

-O Jezu...-Westchnęła Sylwia.

-Tak tak. Seryjnie mówię. Ale pani to pasuje. Ładnie tak pani. Jakby pani była chuda... Nie, to by do pani nie pasowało. Pani wygląda jak taka matrona, taka królowa ogniska domowego, taka rzymska czy tam grecka bogini.

-Raczej jak posążek Buddy, ale dziękuję.-Odparła, bardzo zdziwiona. Żaden facet jej nigdy nie powiedział, że wygląda jak bogini. I skąd w słowniku dresiarza takie słowa jak matrona.

-I jeszcze ten humor i dystans do siebie. Lubię jak kobieta ma poczucie humoru. O! „Lubię, kiedy kobieta”! Piękny wiersz, zna go pani?

Znała. Jej polonista w typie młodego Szyca czytał go kiedyś na lekcji takim zmysłowym, seksownym głosem. Później te wredne panienki, ta Aśka spalona przez solarkę (jej też nikt nie lubił. Mówili na nią „Maxi King”, jak ten baton- na zewnątrz czarna, w środku biała...) i Dorota śmiały się z niej, że się buja w poloniście, bo podobno obserwowały ją przez całą lekcję i widziały zakochany wzrok. Ale skąd ten zabawny chłopak mógł znać wiersze? Przypominał jej trochę tego dzieciaka z łysą czachą i wielką głową z bajki „Jerry i Paczka”.

-Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu. Kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu...-Zniżył nagle głos i dostał lekkiej chrypki.

Halina spoglądała krzywo ze swojego biurka. Tego trzeba, żeby jakiś degenerat z łysą pałą recytował tej śpiącej królewnie wiersze!

-Halo halo, Sylwio, jesteś w pracy!-Zawołała.

-Nikogo tu nie ma oprócz nas!-Wyszeptał ogolony na pałę miłośnik poezji.-A pani to niby zna poezję i lubi? Pewnie nie, stąd ta reakcja. Pewnie nie ma pani pojęcia o poezji, tylko o pieczątkach. A ja to proszę pani znam poezję, ja znam się bardzo dobrze na poezji i to bynajmniej nie tylko Mickiewicza i Słowackiego, proszę pani!-Zaczął stopniowo coraz bardziej podnosić głos. Co zdanie, to o oktawę głośniej.-I wie pani, co pani powiem? Czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko! Mickiewicz! I wie pani co? Porywam ciebie, piękna Sylwio, matrono i królowo ogniska domowego, moja Beatrycze i Salome, z tego królestwa biurokracji! A ta tu hydra, smoczyca o cuchnącym oddechu mnie nie powstrzyma!

-Ale ja...-Zaczęła nieśmiało Sylwia.

-Sylwio... Ja ciebie kocham! Czyż być może? Czy mnie nie zwodzi złudzeń moc? Ach nie! Bo jasną widzę zorzę i pierzchającą widzę noc! No, wychodź, porywam cię.

-Sylwio, jeżeli wyjdziesz, to ja bynajmniej stanę na uszach, żebyś straciła tę posadę.-Oświadczyła Halina.

-A co mnie to, a w dupie to mam! Całujcie mnie wszyscy w dupę, jak mówił poeta!-Wykrzyknęła nagle Sylwia i poderwała się w fotela. Zaczęła tańczyć, niesamowicie lekko. Poszła do pokoju służbowego i zabrała swoje rzeczy. Darek, bo jak się rozważny czytelnik domyśli, to on przyszedł odebrać list, dopowiedział:

-Tuwim zdaje się. Ale nie lubię go, był wulgarny strasznie. Poezja nie powinna być wulgarna, wystarczy, że rzeczywistość jest wulgarna.

-Powariowali!-Wrzasnęła kobieta.-A z tego tucznika i tak nie było pożytku!

-Pani obraża moją przyszłą żonę i matkę moich przyszłych dzieci, Dejvida i Karyny!-Wykrzyknął Darek.-Pierw Dejvid, rzecz jasna. Musi być syn, co by mój tatuś był dumny tam u aniołków. Ale to nie zmienia faktu, że pani obraża moją Kaliope, Erato czy tam inną Melpomenę. Wie pani, kto to był? To były muzy! A muzy to były takie, co natychały!

-Ej, chodź!-Zawołała Sylwia z pokoiku pracowniczego.-Mój rycerzu, mój wybawco od papierów i pieczątek!

-Racja, nie ma co rzucać pereł przed wieprze... Jak powiedział poeta... Ale który?

-To w Biblii chyba pisało.-Powiedziała Sylwia. Jej polonista powiedziałby, że się mówi nie „pisze”, tylko „jest napisane”, ale w sumie... W sumie miała gdzieś tego polonistę. Cierpiała przez niego za dużo. Tamta miłość była toksyczna. Ta będzie prawdziwa. Czuła to.

Dowiedziała się, że ma na imię Dariusz, zaczęła się śmiać, że to prawie jak jej brat, tylko jedną literkę zamienić. Oboje śmiali się z tego przez kilka minut i zgadł, że brat Sylwii ma na imię Mariusz. Matka zawsze rozpływała się, że jest to piękne, rzymskie imię, że może je nosić tylko prawdziwy mężczyzna i wyjątkowy człowiek, jak jej syn, samozwańczy facebookowy szlachcic. Na randkę zabrał ją do osiedlowego kebaba. Siedzieli przy stoliku i patrzyli sobie w oczy. A on wciąż komplementował: „Sylwio, tak ślicznie jesz. Oj, uważaj, baraninka ci spadła. Szkoda takiej pięknej bluzeczki, choć w sumie to można ją zdjąć, hie hie hie”.

A pod wieczór ruszyli w świat i nikt jej więcej nie widział, ale Darek wydał kilkanaście tomików. I żyli długo i szczęśliwie.  

niedziela, 7 czerwca 2015

Pierwsza część dłuższej historii

Hej! Dziś mam dla Was pierwszy odcinek dłuższej historii. Opowiada ona o dwóch przyjaciółkach z gimnazjum z różnych środowisk, które połączy misja pomocy jednej z nich. Co z tego wyjdzie? Zobaczycie dalej. Co sądzicie o przyjaźni? Macie takiego przyjaciela, dla którego zrobilibyście wszystko? 
Wszystkie imiona "wyciągnięte z kapelusza", pierwsze jakie przyszły mi do głowy. Zapraszam do lektury i oceny :)




Dajesz mi niepokorne myśli, niepokoje.
Tyle ich wciąż masz, kochana.
Nie myśl, że nie miniemy nigdy się
Choć łatwiej razem iść pod wiatr.
(R. Przemyk, K. Nosowska, "Kochana")

ODNALEŹĆ SIEBIE (tytuł roboczy)- cz. I


Zbawczy dzwonek wyrwał grupę gimnazjalistów z sali grozy.
-Zaraz, zaraz. Dzwonek jest dla nauczyciela, nie dla ucznia!-Wykrzyknęła antypatyczna chemica. Wtedy potworny Janek, któremu ostatnio polonistka na lekcji zarekwirowała tablet (był wtedy prawdziwy płacz i zgrzytanie zębów, Janek wybuchnął płaczem, był cały czerwony na twarzy i spazmatycznie wciągał powietrze, ale nikt się z niego nie śmiał, warto było się z nim kumplować, bo zawsze stawiał)dzieciak chodząca beka, syn producenta telewizyjnego, wypowiedział te słowa:
-To se go weź do domu!
Ci, którzy jeszcze nie zdążyli uciec, ryknęli śmiechem. Janek, największy kozak w klasie. Był fajniejszy od Patryka, bo tamten to był taki typowy dres, patola. Janek miał klasę i kasę. Kiedy w piątek zrywali się z dwóch wuefów i szli do KFC, zawsze stawiał. I zawsze też można było zrobić sobie z nim selfie. Co więcej, Janek później Cię na tym oscarowym selfie oznaczał na Facebooku, więc wszyscy wiedzieli, że z nim byłaś w KFC.
Chemica podeszła do rozpuszczonego dzieciaka, położyła mu rękę na ramieniu i oświadczyła:

-Przyjdziesz tu jutro z ojcem. Już piszę ci uwagę.

-Co pani robi, to jest naruszenie nietykalności cielesnej, proszę mnie nie dotykać. Wam nie wolno... Na to są paragrafy- Stawiał się dalej Janek.

Marta też chciała jak najszybciej się stamtąd wydostać. Jej jednej nie kręcił Janek i selfie z nim w KFC. Nie obchodziła go także awantura w jego wykonaniu. Wrzuciła do torby zeszyt i cisnęła długopis. Klaudia wpatrywała się z nią z uwielbieniem, jak zwykle. Wczoraj rzuciły sobie nową farbę na włosy (na hennę rodzice Klaudii wyrazili zgodę, a matka Marty jak zwykle miała to wszystko gdzieś, całowała się wtedy z Jackiem, gniotąc w popielniczce kolejnego peta) i wyglądały jeszcze bardziej jak siostry. Chciały zrobić sobie sesję w szkole. Smartfonem Klaudii. Marta też chciała smartfona, ale matka, tuląc się do Jacka przed telewizorem, zachichotała: „To se zarób”. Klaudii rodzice tak nie mówili. Kupili go jej za wyniki w nauce. Liczyli na to, że córka pójdzie w ich ślady, a wykładali na Uniwersytecie Warszawskim. Tata zajmował się językiem polskim, mama- literaturą. Marty rodzina była inna. Tak inna. Czworo rodzeństwa, każde miało innego ojca. I matka. Aktualnie z Jackiem, który nie pracował. Sama też nie pracowała. Nigdy. Marta miała brata Tadka, który miał dwadzieścia jeden lat, z czego część spędził w poprawczaku za jakąś bójkę z użyciem noża. Później, mając na głowie kuratora, wreszcie zajął się uczciwą pracą. Najpierw wykładał towar w markecie, obecnie pracował w klubie dla studentów, który dziś był raczej speluną. Żywił się papierosami i energetykami, a Marta prawie go nie widywała, gdyż jeśli nie pracował w klubie (ciągle spóźniali się z wypłatą), to siedział na siłowni. Miała też siostrę Paulinę, która skończy w tym roku siedemnaście lat i dopiero co skończyła gimnazjum. Także miała kuratora na głowie- była nawet młodsza od Marty, gdy z grupą starszych dziewczyn dotkliwie pobiła koleżankę z klasy. Paulina była złośliwa, nerwowa, mało kobieca, miała znaczną nadwagę, duży tyłek, biodra i piersi, czarne włosy i ciemną karnację. Jej też Marta za często nie widywała, bo znikała na całe dnie z domu, ale i tak była oczkiem w głowie matki, która uważała ją za najpiękniejszą. Marta ze starszą siostrą spały w jednym łóżku, jeżeli oczywiście Paulina znowu gdzieś w nocy nie zabalowała. No i był kochany, słodki, młodszy braciszek, Marcinek. Był uroczym, czteroletnim blondynkiem z kręconymi włosami, wielkimi, niebieskimi, mądrymi oczkami i usteczkami jak maliny. Marcinek jeszcze prawie nie mówił, lubił budować konstrukcje z klocków, które w zeszłe święta dostali z paczki. Bo prezenty dostawali tylko z paczek, od ludzi. Mama nie pracowała, nigdy. Miała ciekawsze rzeczy do roboty. Tadka urodziła w wieku czternastu lat, jego ojca podobno nie znała i nie chciała znać, ale podejrzewano, że ten sam mężczyzna był także ojcem Pauliny, gdyż oboje mieli czarne włosy i ciemną karnację. Marta swojego ojca widziała dwa razy, a ojca Marcinka nawet lubiła. Nazywał się Mirek, pracował na budowie i był całkiem fajny, ale mama wyrzuciła go z domu, bo podrywał Paulinę. Mirek wyleciał z domu, a starsza siostra Marty tak dostała od mamy w twarz, że prawie upadła. Rodzina Klaudii była zupełnie inna i Marta zazdrościła jej. Klaudia też miała małego braciszka, ale młodszego od Marcinka. I miała piękne mieszkanie, swój własny pokój, nie to, co u Marty. Obie najbardziej bały się tego, że rodzice Klaudii nie pozwolą im się dłużej przyjaźnić, że uznają dziewczynkę z takiej rodziny za nieodpowiednie towarzystwo dla ich mądrej, niesamowicie wrażliwej córki. Na razie nie mieli nic przeciwko tej znajomości albo tylko udawali.
***
Pyskówka syna producenta telewizyjnego z nauczycielką trwała nadal, ale dziewczyny nie zwracały na to uwagi. Wyszły razem z sali.

-Chodź... Moja dupo!-Zawołała Marta i objęła Klaudię, która uśmiechnęła się jak zwykle z zakłopotaniem.-Kochasz mnie?-Zapytała.

-Kocham.-Uśmiechnęła się nieco pyzata Klaudia, przytulając się do niej.

-Na zawsze?

-Na zawsze i jeden dzień dłużej.

-Jesteś taka piękna. No, zdecydowanie za piękna dla mnie. Aż się wstydzę, że jestem taka brzydka.

-No, przestań...

-Swoje wiem. Mama mówi, że byłam najbrzydszym bachorem na świecie, że jak mnie zobaczyła pierwszy raz, to się brzydziła mnie wziąć na ręce...

-Ojej. Moja nigdy by mi tak nie powiedziała.

-Wiem. Żadna chyba by tak nie powiedziała, ale moja jest, no...

-Specyficzna?-Klaudia usłyszała to słowo w którejś rozmowie rodziców, już dawno temu i jakoś jej się spodobało.

-Tak, chyba tak. Cokolwiek to znaczy. Dlaczego ona mnie nie kocha?

-Nie wiem, może kocha cię, tylko nie umie tego okazać... Chodź, zrobimy sobie zdjęcia.
***
Migawka smartfona pstrykała wesoło, a dwie przyjaciółki przed lustrem uśmiechały się, bawiły nawzajem swoimi włosami, całowały w policzek, robiły głupie miny... Klaudia ściągnęła usta w słup, a oczka- w ciup, Marta wywaliła język i zmarszczyła brwi. Bawiły się tak przez pół przerwy. Później wpadły dziewczyny z trzeciej klasy na szybkiego papierosa.

-No wiesz, ona to ogólnie jest straszna wieśniara.-Mówiła jedna, z włosami pofarbowanymi na rudo i kolczykiem w języku, zaciągając się łapczywie.

-Tak. Myśli, że jest nie wiadomo kim, a tak naprawdę wszyscy mają z niej bekę i tyle.-Potakiwała druga, drobna platynowa blondynka, z okrągłym kolczykiem w nosie i odkrytym brzuchem. Rozległ się głośny dzwonek telefonu, jakaś modna piosenka. Drobna blondynka odebrała.

-No cześć, Misiu, wstałeś już?
Wtedy Ruda zobaczyła dwie przyjaciółki z drugiej gimnazjum.
-Dzieciarnia, wypad z baru. To dla VIP-ów.-Wykrzyknęła. Blondi szczebiotała przez telefon do Bartusia, bo tak miał na imię jej Misio, co okazało się w trakcie rozmowy.

-Dobrze, przepraszamy.-Wydukała przestraszona Klaudia. Ruda była wyższa od niej i porządnie zbudowana.

-Wal się.-Zawołała do Rudej Marta. Klaudia spojrzała na nią z przerażeniem.-Nie widzę tu żadnych VIP-ów, za to paszteta i solarę.-Kiedy Paulina i Tadek bywali w domu, Marta trochę nauczyła się ich tekstów. W ich domu rozmawiało się tak na co dzień. Nie było dnia, by Tadek nie nazwał Pauli „pasztetem”, a ona jego „parówą” lub „bucem”, a to i tak były najbardziej cenzuralne przezwiska. Jeśliby zaczęli zwracać się do siebie w inny sposób, chociażby po imieniu, można by było uznać, że jedno z nich jest umierające.

-A chcesz lepę, gówniaro?-Zapytała Ruda swoim niskim, ochrypłym głosem.
Blondi słodkim głosem pożegnała Misia Bartusia, rozłączyła się i zwróciła do kumpeli:

-Ty, Kaśka, zostaw ją. Nie widzisz, że to Pauli siora?

-Poważnie?

-Tak. Będzie kosa. Ty to jednak głupia jesteś, co nie? Ale ta druga to po co tu? Ile masz lat, dziewczynko? Wyglądasz jak z pierwszej klasy. Ty wypad.-Zwróciła się do Klaudii, która w tej chwili była już bliska płaczu.

-”Ty wypad?” Po jakiemu to, bo chyba nie po polsku?-Zapytała Marta.

-Chodźmy.-Poprosiła przestraszona Klaudia.
-Możemy iść. Nie ma sensu się szarpać z takimi tłukami.-Rzuciła Marta.-Chodź... Moja dupo.
-Klaudka, dlaczego ty się boisz własnego cienia?-Zapytała Marta.-Ledwo ktoś głośniej tupnie nogą, a ty już się chowasz. A jeszcze te głupie laski... Moja siostra je zna. Nic by nam nie zrobiły.-Choć ani Paulina, ani Tadek nie darzyli młodszej siostry wielkim szacunkiem, raczej ją zbywali i przeganiali z kąta w kąt, mieli swoich znajomych, swoje sprawy i dom był dla nich właściwie hotelem (albo raczej motelem), nie pozwoliliby, żeby Marcie stała się krzywda. Dziewczynka była pewna tego bardziej, niż siebie samej. To gimnazjum doskonale pamiętało jej rodzeństwo, najbardziej Paulinę, która mury szkoły opuściła zaledwie w zeszłym roku, i Marcie ze strony innych uczniów nie groziło żadne niebezpieczeństwo, bo z tą patolą nikt nie chciał mieć kosy. Nie była „kocona”, nie dokuczano jej, nie okradano (bo w sumie nie było za bardzo z czego). W przeciwieństwie do nieśmiałej, chorowitej i wciąż dość dziecinnej Klaudii, która często stawała się obiektem różnych dziwnych akcji starszych uczniów. W szóstej klasie Marta stanęła w jej obronie i tak zaczęła się ich przyjaźń. Od rodzeństwa, które właściwie wychowała ulica, Marta nauczyła się tego, by być twardą, pyskatą i rozpychać się w życiu łokciami. Mimo to w środku pragnęła innego życia i zazdrościła Klaudii tego spokoju i ciepła rodzinnego. I tego, że Klaudia była tak... Dobra. A czy ona sama była dobra? Na pewno nie chciała żyć tak jak starsze rodzeństwo. Żadnych kuratorów, poprawczaków... Ale czy było to w tej rodzinie w ogóle możliwe? Nieraz miała ochotę, by zabrano ją stamtąd i adoptowali ją rodzice Klaudii. Niechby nawet chowali ją pod kloszem. Ale ktoś by się nią interesował. I ktoś mógłby pomóc jej czasem w lekcjach... I chciałaby... Chciałaby znać swojego ojca. Widziała go dwa razy w życiu, nawet nie wiedziała, czy coś na nią płaci. Niechby i nie płacił, i tak pewnie nie widziałaby tych pieniędzy, ale gdyby mogła się z nim spotykać... Albo mieszkać. Najlepiej z nim mieszkać. Nienawidziła tego Jacka. Całymi dniami rechotał przy głupich filmikach na YouTube. Czasem bała się, że uderzy mamę, gdy ta kazała mu iść do pracy. Jeśli w domu jakimś cudem był akurat Tadek, stawał w obronie matki i często wywiązywała się szarpanina między nim, a tym całym Jackiem. Matka wtedy krzyczała „Ludzie, ratunku!” i płakała... I był wstyd przed sąsiadami. Jeśli widziała ojca dwa razy, a później już nigdy więcej, ciężko powiedzieć, że go zna. A gdyby tak...
-Dziewczynki, zupka na stole!-Zawołała z kuchni babcia Klaudii. Jej rodzice nie chcieli, by dziewczynka wracała do pustego domu i chodziła z kluczem na szyi, gdy musieli akurat być na swoich uczelniach, więc często przychodziła jej babcia. Ktoś musiał też zajmować się małym Piotrusiem. Choć schorowana, brała sterydy, zawsze znalazła trochę siły, by przygotować obiad. Marta nie znała babci. Mama była z nią skłócona, bo podobno babcia piła i nie interesowała się nią i wujkiem Jarkiem. Wujek Jarek od kilkunastu lat mieszkał w Stanach, miał tam żonę, dzieci nie mogli mieć. Mimo patologicznej rodziny Marta miała więc także „wujka z Ameryki”, ale jakoś wcale jej to nie cieszyło, bo nie utrzymywał z rodziną kontaktu. Parę razy obiecywał, że weźmie do siebie Tadka czy Paulinę, bo potrzebuje ludzi do pracy, ale koniec końców nic z tego nie wychodziło.

-Smacznego.-Powiedziała babcia.

-Dziękuję.-Odpowiedziała Klaudia.-Smacznego.

-Dziękuję.-W tym domu przed jedzeniem zawsze mówiło się „smacznego”. I zawsze był ciepły, domowy obiad. U Marty jadało się głównie zimną pizzę, spaghetti z sosem ze słoika albo fixu, mrożone pierogi czy frytki. Tadek z Pauliną zaś nałogowo pożerali zupki z torebek. Czasami je zalewali, czasem po prostu podgryzali makaron i przyprawy wcinali na sucho. Nieraz kłócili się o te zupki prawie do rękoczynów.

Zupa babci była pyszna. Pieczarkowa z takimi małymi kluseczkami. Po jedzeniu poszły razem do pokoju.

-Klauduś, kochasz mnie?-Zapytała Marta, gdy leżały razem na łóżku i słuchały Mariki, ulubionej wokalistki Klaudii.

-Kocham, przecież wiesz.

-A zrobiłabyś coś dla mnie?

-Wszystko. No chyba że trzeba by było kogoś zabić. Wtedy bym nie potrafiła chyba...

-Ja też bym nie umiała zabić człowieka. To byśmy razem zginęły. A pojechałabyś ze mną do mojego taty?

-Twojego taty? Przecież ty nawet nie wiesz, gdzie on mieszka...

-No to byśmy go odnalazły. Mama na pewno musi mieć jakieś papiery u siebie. Chodź do mnie nawet teraz, i poszukamy... U mnie teraz nikogo nie ma.
Z dużego pokoju rozległ się dość głośny płacz. Michałek. Pewnie coś mu się przyśniło albo jest głodny, albo trzeba go wysadzić na nocnik. Babcia ruszyła do niego, przemawiając z czułością.
Klaudia zameldowała, że teraz pójdą razem do Marty, nie ma dużo zadane, zdąży zrobić lekcje wieczorem. Babcia postawiła Michałka na podłodze, a on, chybotliwie jak mały kaczorek, ruszył w stronę nocniczka.

-Ale wróć, zanim będzie ciemno, nie chodź po nocy.-Poprosiła babcia. Ciągle bała się o Klaudię. Nie była zachwycona tym, że rodzice pobudowali się tak blisko lasu, gdzie często przesiadywały okoliczne pijaczki.
-Dobrze, babusiu.

-Buziaczek. Cześć, Martuniu. Jakbyś miała jakieś problemy, pamiętaj, że zawsze możesz się do nas zwracać.-Martę również ucałowała.
-Dziękuję.
W bramie spotkały Tadka, który właśnie wychodził. Z tym Rafałem z kozią bródką, z którym zakazał mu się zadawać kurator.

-Po co do naszego syfu przyprowadzasz koleżankę, młoda? Kto to w ogóle jest, co za społeczniara?-Zapytał Tadek. Niemal każdy spoza kręgu rodziny i znajomych był dla niego, po wyjściu z poprawczaka, „społeczniakiem”.

-Uważaj, bo powiem mamie, że znowu zadajesz się z tym z kozią bródką.

-Dostaniesz lepę to odechce ci się kablować. Kablowanie to grzech najcięższy.-Kolega Tadka jak zwykle głupio zachichotał, zaczął zbliżać się coraz bardziej do Klaudii, aż przyparł ją do ściany. Dziewczynka, jak zwykle w takich sytuacjach, mocno się wystraszyła.

-Zostaw ją, bucu!-Zawołała Marta.

-Właśnie, zostaw. Cho.-Rzucił jej starszy brat, ciągnąc kumpla za ramię.

-Tadek... Ja nie chcę, żebyś znowu siedział.-Powiedziała Marta niemal ze łzami w oczach.-Teraz to już pójdziesz do więzienia jak coś znowu wywiniesz.

-Ej dobra, zamknij się. Nic nie wywinę. Zresztą nie twój zasrany interes, że tak powiem. Pilnuj własnej dupy i ucz się pilnie, na chwałę Boga, ojczyzny i miłościwie nam panującego rządu, nie?

-Ze swej murzyńskiej pierwszej czytanki.-Zarechotał Rafał z kozią bródką.

-Ja się nie uczyłem i zobacz, co mam. A ty będziesz bezrobotną, ale może za to utytułowaną... Spieprzajcie już na górę.

-Kiedy wrócisz?

-Jak wrócę, to wrócę. Takie gówniary jak ty już śpią o tej porze. Ej, nara. Wynocha na górę.-Poszły powoli.
Marta od razu włączyła „zakazaną płytę” brata. Zakazaną, bo były tam nagrane kawałki hiphopowe z bardzo brzydkimi słowami, ale Marta słuchała jej zawsze, gdy była sama w domu. Wiedziała, gdzie Tadek ją ma- zwykle w swoim małym, sfatygowanym laptopie. Włożyła ją do swojej starej, komunijnej wieży od wujka Jarka i z głośników popłynęły dźwięki kawałka Pokoju z widokiem na wojnę „Moja pierwsza dziewczyna”.

-Kręciła jointy, sypała koks robiła driny, my braliśmy sos, zanim wpadły czarne...-Nawijała Marta razem z Jurasem. Klaudia wpatrywała się w nią jak zahipnotyzowana. Marta zaczęła ruszać się jak raperzy na teledyskach i wykrzykiwać rytmicznie:-”Moja pierwsza dziewczyna zazdrośnica. Dziś uwodzi małolatów, których sobą zachwyca. Moja pierwsza dziewczyna to nie była dziewica. Moja pierwsza dziewczyna, zimna suka, ulica!”

-Wolno ci słuchać takich piosenek?-Zapytała zdziwiona Klaudia.

-Wolno, nie wolno... Mam gdzieś. Zresztą to nie piosenka, to track, Klauduś. Podoba ci się?
-Nawet fajne. Nie znam w ogóle takiej muzyki... Ale mogliby tak nie przeklinać...

-Zapytaj swoich rodziców o bluzgi w muzyce. Pewnie ci coś na ten temat powiedzą.

-Tata mówił, że wulgaryzmy jako dziedzina języka są bardzo słabo zbadane, ale podobno jest u nich doktorantka, która się tym zajmuje. Wulgaryzmami i slangiem w tekstach rapowych.

-Magister blokers!-Zaśmiała się Marta.-Chodź, poszukamy tego, co miałyśmy... Ale gdzie by to znaleźć.

-A ty jesteś pewna, że tego chcesz?

-Bardziej pewna, niż tego, że ten Pitagoras od twierdzenia już od ładnych paru lat nie żyje.-Odparła Marta. Obie ruszyły do dużego pokoju.-Rany, ale tu syf. Jak zwykle. Czym oni się zajmują cały dzień to ja bladego pojęcia nie mam!

-A gdzie teraz wszyscy są?

-Mama w Urzędzie Pracy, Paula pewnie w szkole, o ile tam dotarła, Jacek nie wiem gdzie i wcale mnie to nie interesi tak szczerze mówiąc, Marcin w przedszkolu... Jesteśmy same.

Na czarnej ławie stała popielniczka pełna petów i kilka pustych butelek i leżało tam pełno starych Super Expressów i Pań Domu. Łóżko było niepościelone i leżały w nim skarpety faceta mamy. Marta skrzywiła się z obrzydzeniem.

-Moja mami Panią Domu, a to ci dopiero!-Zaśmiała się Marta, kartkując magazyn.-Klaudka, jak to jest mieszkać w takim domu, jak w tej głupiej gazecie?

-Czy ja wiem? Chyba fajnie... Mogliby tylko częściej tam być... Ale tata został prodziekanem i bez przerwy przesiaduje na tej uczelni, a mama ciągle jeździ na jakieś konferencje... A jak są w domu to sprawdzają jakieś prace. Studenci wysyłają co jakiś czas po rozdziale magisterek i licencjatów. Czasami myślę, że po co oni tak harują, przecież już wszystko mamy! Po co jeszcze?

Na komodzie stała kolejna butelka po piwie i zdjęcia wszystkich dzieciaków. Stare zdjęcia Tadka i Pauliny (on całkiem mały, bez jednego zęba z przodu, ona pyzata i w stroju księżniczki, całym różowym), mniej stare zdjęcie Marty na tle wersalki, w pozie modelki i przedszkolne zdjęcie Marcinka. Marta z lekkim wyrzutem sumienia otworzyła pierwszą szufladę. Zawalone listami miłosnymi od nauczycieli Pauliny i Tadka: „Córka otrzymała w bieżącym semestrze oceny niedostateczne z następujących przedmiotów...”, list informujący o wyrzuceniu jej najstarszego brata ze szkoły, uzasadnienie tej decyzji, pisma od kuratorów i takie tam. Nic ciekawego. Nic nowego. Były tam także pudełka po jakichś lekach. W środkowej szufladzie między zdjęciami mamy z jakichś imprez, zaplątały się czerwone, koronkowe majtki, które wyglądały na stanowczo za małe i na nią, i na Paulinę. W trzeciej szufladzie nieopisana teczka.

-Może nie otwieraj? Może to zostaw? Nie wiem, czy wolno tak grzebać...-Poradziła Klaudia.-Ja bym nie grzebała.

-Oj, bo ty jesteś inna niż ja. Poza tym nie rozumiesz tej sytuacji. Ja strasznie chcę znaleźć tatę, bo ja tu już w tym cyrku na kółkach nie wytrzymam. Wczoraj znowu się Tadek poszarpał z tym cholernym Jackiem, ten gdzieś uciekł, mama płakała, wyła normalnie... Później przylazła ta wredna z góry i powiedziała, że wezwie policję, mama na nią nawrzeszczała, że wszystko słyszy, jak do niej przyłazi ten chłop i oni tam... No wiesz... Obie się zwyzywały od różnych i ta stara powiedziała, że jesteśmy zakałą tego osiedla i ona wszystko zrobi, żebyśmy trafili pod most albo na Dudziarską, bo tam jest nasze miejsce. Klaudka, powiedz. Powiedz, czym ja zawiniłam?

-Niczym. To nie twoja wina. Dla mnie to wszystko jest niesprawiedliwe. Tata mówi, że najlepsi ludzie mają najgorzej. I ty właśnie jesteś najlepszym człowiekiem na świecie.

-Yes, yes, yes! Ty, popatrz!-Zawołała Marta.-Tu jest Pauliny akt urodzenia, może będzie i mój!

Rzeczywiście, był tam i jej akt urodzenia, między innymi papierami. Z tryumfem trzymała go w rękach, wymachiwała nim, podskakiwała.


-Klaudka! Ja mam tatę! Rozumiesz, dupo ty moja? Ja mam tatę! Ma na imię Piotr, urodził się 30 sierpnia 1976! Pomożesz mi teraz pochować to wszystko?

piątek, 5 czerwca 2015

Mały coming out...

Chciałam się z Wami czymś podzielić. Podzielić z czymś, co utrudnia mi i dezorganizuje życie i postanowiłam się z tym rozprawić, jak również nakreślić sytuację osoby, która zmaga się z Pogranicznym Zaburzeniem Osobowości (osobowość Borderline). Nawet nie macie pojęcia, jak takich osób wokół Was jest dużo. Czasem mam wrażenie, że obecnie wszelkie zaburzenia są po prostu modne. Ludzie czasami sami się diagnozują i doszukują się u siebie różnych objawów. A może z tylko na przykład co dziesiątym człowiekiem jest "wszystko w porządku"? Taki świat. Marek Aureliusz zgasił lampę i zamknął książkę, za to obudził się Kaligula...


Pani B.

Każdy chce z nią być.
Szczególnie egzaltowane,
Zbuntowane nastolatki
Z papierosem w ustach,
Jackiem Danielsem
Podprowadzonym z barku rodziców,
Piszące smutne wiersze
I pokazujące z okna faka
Nauczycielce biologii.

Za to ci, którzy z nią są
Najchętniej utopiliby ją,
Udusili,
Poćwiartowali.
Spalili, zalali wodą i zaorali,
Ażeby się nie odrodziła.

Ponieważ Pani B.
Nie mogą dotknąć, pomacać,
Zniszczyć i zabić,
Najczęściej niszczą i zabijają siebie.
Śmierć ta często jest powolna jak
Stary, mądry żółw,
Agonalna,
A i tak nie zawsze przychodzi.

Ten, kto zwiąże się z Panią B.,
Nie chwali się bliznami na rękach,
Stara się je skrzętnie ukryć.
Ten, kto zwiąże się z Panią B.,
Musi wybrać,
Czy postawić się,
Czy dogorywać pod jej pantoflem.

Każdy, kto ma styczność z Panią B.,
Wybije ją z głowy egzaltowanej nastolatce,
Choćby młotem i dłutem.

Ona potrafi skopać.
Tak skopać, że
Z bólu zwiniesz się na pół
Choćby i na środku ulicy.
I będziesz wyć.
A ona cię zostawi
I wtedy przytłoczy cię pustka.
Będzie czarna albo biała ściana.
Będzie nic.

Ty za to nie uciekniesz od niej.
Nie spakujesz się po prostu
I nie wyjdziesz niby po papierosy,
Ona zawsze cię znajdzie.
Jest jak najlepszy przyjaciel
O wyjątkowo wrednym charakterze.

Zresztą coś cię tu zawsze trzyma...

Coś, co powoduje,
Że wynurzasz głowę
Z tej brudnej, zamulonej wody,
Łapiesz oddech
I powoli, chwiejnym krokiem
Ruszasz na brzeg.

I od nowa.


czwartek, 21 maja 2015

Słowa, słowa, słowa- wiersz


What do you read, my lord?
Words, words, words.
(William Shakespeare, Hamlet)

Słowa, słowa, słowa

Wiesz, czasem marzy mi się,
Że jestem władczynią, królową słów, słów, słów.

Królowa czegokolwiek musi nienagannie wyglądać,
Więc ostatnio poświęcam dużo czasu na dbanie o wygląd

Czasem wyobrażam sobie,
Że trzymam słowa, słowa, słowa
Na krótkiej smyczy,
Po prostu krótko za gardło, za łeb
Ale też spuszczam, kiedy chcę.
Mogłabym nimi poszczuć.
Lub wpłynąć na ludzi,
Żeby zmienili poglądy czy coś,
Ale każdego dnia coraz mniej mi się chce.
Mogłabym wzruszyć, wywołać litość i trwogę
To już bardziej mi się chce.
Mogę też napisać najpiękniejszą modlitwę
I spróbować ubłagać Boga,
By zechciał lekko zmodyfikować
Swój plan co do mnie,
Ale nie wiem, czy się uda

O, zabić
Słowami, słowami, słowami
Też przecież można,
Ale ja nie umiem.

A jak będę chciała,
To napiszę byle jakie na kartce,
Wsadzę do kapelusza, wyciągnę
I sklecę zgrabną formę
Poetycką lub prozatorską.
Kto królowej słów, słów, słów
Zabroni?

Więc tylko panuję nad nimi w milczeniu
Siedzę na tronie, który jest kupą pogniecionych ciuchów
W trampkach i przekrzywionej koronie,
Czasem znowu garnek przypalę czy coś...
Okopuję się, walczę z szalonym natłokiem myśli,
Które chcą mnie doprowadzić do totalnego wariactwa.
I piszę słowa, słowa, słowa
I nie śni mi się wydać im polecenie,
By ścięły Alicji głowę.

Później trzeba poprawić koronę,
Uśmiechnąć się
I reprezentować swoje małe, zrujnowane księstwo.
Byle godnie i z szaconkiem.

Królowa czegokolwiek

Musi z pewnością nienagannie wyglądać.