Eponine
Z kurzu paryskich ulic
Wyłania się uśmiechnięty anioł.
Eponina jak perła
Serce zranione i złamane
Eponina jak róża
Krwawoczerwona.
Spaceruje, wypatrując Pana Mariusza.
Dla niego bowiem tylko
Ten bezzębny uśmiech.
Pan Pontmercy zna wiele ksiąg,
Lecz prawd żywych nie zna,
Nie wie, co boli
Tę nie dziewczynkę,
Ale jeszcze nie kobietę,
Co chciałaby wiedzieć,
Co znaczy
Czcij Ojca swego i Matkę swoją.
Eponina nie śniła nawet
O Kopciuszku i Pretty Woman
Wie, że problemem nie jest Kozeta.
Wie, że jej życie nie było bajką,
A XIX-wieczny Paryż to nie
hollywoodzka Fabryka Snów
Jest pusto, ciemno i zimno
Czyli bez zmian.
Pan Pontmercy dziś się już nie
zjawi.
Dziś już nie zaświeci słońce.
Paryż wrze,
Młodzi chłopcy idą na barykady.
On też. Pożegnał Kozetę.
Jej tak czule nie pożegna.
Nawet... jeśli...
Jutro...
Przyjdzie śmierć...
Czerwona flaga rewolucjonistów...
Krew...
Róża...
Ból.
Lecz Eponina przez mgłę jeszcze widzi
go
I boli jakby mniej...
On jest obok...
Teraz nie boli już nic...
Pociesza ją...
I trochę także samego siebie.
Eponina uśmiecha się
Ostatni raz.
Odchodzi z jego imieniem na ustach.
Tak, chyba była trochę zakochana.
On nic o tym nie wiedział,
Ale Eponinie matka mówiła,
Gdy była jeszcze małą księżniczką,
Ozdobą tatusiowej podupadającej
oberży,
Że mężczyzna nigdy nie wie, nigdy
się nie domyśli.
Nigdy nie wie.
Widzi białe światło.
I czuje ciepło.
Jakiego nie zaznała od lat.
To jego usta.
Jedyny i ostatni pocałunek.
Na pożegnanie.
Może kochał. Choć troszeczkę.
Może gdyby...
Nieważne...
On żyje.
Będzie szczęśliwy.
Eponina jest już w niebie.
To chyba prawie tak,
Jakby na ziemi mogła kiedyś zostać
Panią Pontmercy.
Na paryskim bruku
Zasuszona róża.
Kilka dni temu
Obojętnie minął ją zrozpaczony
Mariusz.
W końcu
Rozdeptał tę różę ojciec
Eponiny, zły stary Thenardier,
Uciekając przed policją do ciemnego
kanału.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz