niedziela, 10 maja 2015

Uśmiechnij się. Albo i nie.

Kto z nas nie uśmiecha się, by zamaskować pewne rzeczy? Są też tacy, którzy uśmiechają się mimo przeciwności.


Jestem jak smutny klown-
Na zewnątrz się śmieję,
W środku płaczę
(Tony Soprano)




Uśmiech

Po raz tysięczny widzę go...
Ten oklepany cytat z Marqueza,
Niedawno zmarłego pisarza:

Nigdy nie przestawaj się uśmiechać, nawet jeśli jesteś smutny, ponieważ nigdy nie wiesz, kto może się zakochać w twoim uśmiechu. 

Uśmiecham się.
Szyderczo.
Przepraszam, Panie Marquez...
Że tak powiem
Prostym, przystępnym, może i plebejskim językiem:
"Nie masz pan racji..."

Ja się uśmiecham,
Ja się bardzo dużo uśmiecham...
Tyle że ten uśmiech
Nie jest prawdziwy.
Ten uśmiech jest dla ludzi.

I ten uśmiech
W końcu pewnego dnia
Chyba mi pęknie
Na milion kawałków.

Tyle mięśni na niego
Tak ciężko pracuje,
Że taki wysiłek,
Takie ich nadmierne eksploatowanie
Musi się tak skończyć.

I będę straszna,
Groteskowa.
Z pękniętą twarzą,
Tyle niedoskonałości,
Dojdzie jeszcze pęknięty uśmiech.

Będą mnie pokazywać palcami:
"Ta to się tak wysilała,
Żeby się zawsze i do wszystkich uśmiechać,
Że aż jej twarz pękła.
Oto poświęcenie nie lada..."

I dzieci będą krzyczeć:
"Idzie ta baba z popękanym uśmiechem!
Uciekamy!"

A na końcu wezmą mnie
Do Cyrku Dziwadeł
I będę się ładnie uśmiechać
Z klatki.
Machać ręką i pozdrawiać czule.

A kto się zakocha
W moim uśmiechu...
To mnie to tak delikatnie...
Tak średnio obchodzi.

Bo udawany uśmiech po prostu nie jest taki do zakochania.

Ale może jak powiesz: "Fajnie, że jesteś",
To na chwilę pokażę
Prawdziwy.

Wspominkowo i z głębi serca- o mojej teRAPii

Trochę tu przycichło ostatnio, Miały być opowiadania i nie ma. Będą. Czasem pracuję szybciej, czasem wolniej, teraz tak się złożyło, że akurat wolniej :) Postanowiłam dziś czymś innym się z Wami podzielić. Naszła mnie refleksja o tym, czym jest dla mnie muzyka. Jednocześnie chcę się podzielić tym, czego słucham. To będzie taki al'a felieton. Jeśli nie da się dotrwać do jego końca, krzyczcie :)

Czym jest dla mnie muzyka? (TeRAPia)

Każdy z nas miał jakieś marzenia w dzieciństwie. Strażak, policjant, prezydent, aktorka, piosenkarka, księżniczka, lekarz, wynalazca leku na raka... Ja, będąc pulchną dziewczynką w okularach, marzyłam o byciu modelką lub pisarką. Do pewnego momentu. Do 12. roku życia.

Muzyka... W moim domu ścierały się różne jej gatunki. Rodzice słuchali przebojów swojej młodości, nie pogardzili jednak niedzielnym Disco Relaxem, jedną z rzeczy charakterystycznych dla lat 90. w Polsce. Delikatnie podśmiewał się z tego mój brat Piotr. Najstarszy brat Rafał słuchał rocka i muzyki alternatywnej. Z dzieciństwa pamiętam szczególnie Kazika Staszewskiego- w wydaniu „gniewnym”- KNŻ, jak i lirycznych piosenkach jego ojca. Na jednej z moich kaset z dzieciństwa w koszuli moro Taty śpiewam własnymi słowami „Dziewczynę o perłowych włosach”, którą znałam dzięki Kazikowi właśnie. Drugi mój brat, Piotr, w latach 90. odkrył rap. Pamiętam głównie polski. Liroy, Karramba, pierwsze płyty Pei i Slums Attack- te o zabijaniu policjantów i z tekstami typu „Ja nie chcę być biały, chcę być czarny”. No i Wzgórze i Kaliber 44. Zdecydowanie nie były to kawałki dla małych dziewczynek, ale ciupanie w Mortal Kombat i Prince of Persia na pierwszym komputerze, przy dźwiękach muzyki braci, to jedno z moich najbardziej wyrazistych wspomnień z dzieciństwa. Bałam się niektórych teledysków. „45-89” Kultu, który był mixem przemówień dygnitarzy partyjnych. Towarzysz Wiesław bujał się przy mównicy, wołając: „Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący stolicy!” I Towarzysz Generał w tych ciemnych okularach... I ta hipnotyczna muzyka... Bałam się też piosenki i teledysku zespołu Green Jelly, „Three little pigs”- metalowej wersji bajki o trzech świnkach, gdzie wilk chodził w skórze, glanach i jeździł „wielkim, złym Harleyem”, jedna ze świnek była rastamanem, druga studentem, który w wolnych chwilach budował wynalazki, trzecia- nie pamiętam, kim. Na końcu wilka załatwił Rambo. No i bałam się teledysku do „Another brick in the wall” Pink Floydów, tych maszerujących młotków i demonicznego nauczyciela, który mielił mózgi uczniów w maszynce. Rosłam i przechodziłam różne fazy. Britney Spears. Platoniczna miłość do Enrique (gdy mój brat puszczał swoim kolegom jego śpiew bez playbacku i śmiali się na całe mieszkanie, zamknęłam się w pokoju i zaczęłam płakać). Piosenki Łez, których nie mogłam w tym wieku rozumieć. Stare piosenki Ich Troje („Tuż po czym ten papieros i przed czym ten szampan?”), w piątej klasie podstawówki prawdziwy punk, polskie zespoły, których chyba nikt oprócz mojego najstarszego brata nie słuchał (takie jak Ewa Braun), aż powrócił rap. Podśmiewałam się trochę, gdy mój średni brat z kolegami zamykali się w pokoju i robili nagrywki, aż później sama tego zapragnęłam. Słuchanie rapu na serio zaczęło się od płyty Slums Attack „Na legalu” (dwunasty rok mojego życia). W moim pierwszym walkmanie, niebieskim Panasonicu, wymieniłam kasetę Łez na kasetę Pei. Ponieważ byłam osobą nieletnią, rodzina starała się mieć jednak jakąś kontrolę nad tym, czego słucham. Kalibra nie wolno mi było tykać- za dużo bluzgów i maryśki. Jako ciekawostkę dodam, że mój brat Piotr również ma pewien wkład w kulturę hiphopową w Polsce. Nagrywał nielegale, grał koncerty (zorganizował nawet koncert w naszym Rembertowie. Grało tam kilka zespołów z warszawskiego podziemia, ale prawdziwe show zrobił właśnie skład mojego brata, to Piotr, czyli Jaszczur na maksa rozruszał publiczność. Pod koniec koncertu na scenę wdarło się dwóch pijanych typów i zaczęło bluzgać do mikrofonu, z czego użytek zrobił później beton rządzący naszą dzielnicą, by rozpowiadać, że na koncercie dochodziło do prawdziwych orgii, a jeden z panów świętszych od papieża, zresztą „nawrócony komunista” podpowiedział to księdzu, który w ogłoszeniach parafialnych opowiedział, jakie straszne rzeczy działy się na koncercie. Pan świętszy od papieża dodał, że hip hop jest kulturą „afrykańskich dołów”. Nie zmienia to faktu, że w całym Rembertowie nie było tego dnia ani jednej interwencji policji. Koncert przyciągnął znudzoną młodzież, która wtedy w naszej dzielnicy nie miała właściwie żadnych rozrywek), pojawiał się w programach Czarka Ciszewskiego, nagrał teledysk, wystąpił w audycji Druha Sławka w Radiostacji (tym, którzy znają się na hip hopie jest to gość doskonale znany) i przede wszystkim w latach 2003-2008 prowadził program „Hip hop propaganda” w telewizji ITV. To był złoty okres dla mojego zainteresowania rapem. Otworzyłam się na muzykę zagraniczną. Szalało wtedy tak zwane „hiphopolo”, którym też gardziłam. Czytałam „Ślizg”, pisałam własne teksty (bez wulgaryzmów), marzyłam o byciu znaną raperką i chciałam nagrać płytę pod tytułem „Czarny Kwiat” (do dziś nie wiem, skąd mi się to wzięło), nagrałam nawet jeden kawałek, brat zrobił mi bit, a w pierwszej gimnazjum wystąpiłam w szkole na Dniu Języków Obcych. Rapowałam po angielsku o tym, że warto uczyć się języków obcych :). Mieliśmy w domu wszystkie płyty, jakie wychodziły w tamtym okresie, a ja miałam autografy znanych raperów, którzy pojawiali się w programie mojego brata. Zazwyczaj podpisywali mi się na ślizgach, płytach i numerach „Magazynu hip hop”. Moim ulubionym składem był Kaliber 44, którego kasety zaczęłam podkradać braciom, później, gdy zorientowali się, że tej siły już nie powstrzymają, pozwolili mi słuchać. Płytę 3:44 miałam już własną. I Paktofonika, ale o niej później. Z zagranicznych raperów ceniłam Snoopa, Jay'a Z, Eminema, który święcił wtedy triumfy, ze składów- Public Enemy i Wu Tang. Teraz wolę Tupaca, Notoriusa, Method Mana, NAS'a... Śmialiśmy się z bratem z gościa, który poczuł modę na hip hop i pisał o nim w Super Expressie. Niestety, popełniał rażące błędy merytoryczne. Dziś nie pisze już o hip hopie... Ale beka, jaką nam zapewniał w każdą sobotę (chyba) była rzeczą bezcenną :). Ścinałam włosy na chłopaka, chodziłam w szerokich spodniach i bluzach z kapturem po braciach, pokazywałam swoje teksty starszym dziewczynom na przerwach, marzyłam o spotkaniu z Abradabem (po latach, podczas pomagania na planie przy klipie Wirusa z gościnnym udziałem Daba, gdy próbowaliśmy reaktywować wytwórnię Volta i miałam przyjemność brać udział w tym projekcie, to marzenie się spełniło), miałam szkołę gdzieś, na lekcjach pisałam teksty. Wielu rówieśników ze mnie się nabijało, ale byli tacy, którzy radzili się mnie w kwestii płyt, które warto przesłuchać. Pisałam też do gazetki szkolnej o hip hopie. Rap był dla mnie ucieczką od problemów, od śmiechów niektórych ludzi ze szkoły. Dorosłość zweryfikowała marzenia. W liceum o nim trochę zapomniałam, zaczęłam słuchać rocka określanego jako „studencki”, trochę punka, a nawet zespołów typowych dla emonastolatek, ale w bardzo trudnych chwilach w życiu wróciła do mnie Paktofonika, Kaliber, Pih, Peja i reszta.

I przechodzimy wreszcie do meritum- czym jest dla mnie muzyka. Nadal różne rzeczy dzieją się w moim życiu, te wesołe i te przykre, czasem nie potrafię poradzić sobie ze złością. Jestem jak wulkan. „Śpię”, czasem dość długo, później wybucham. W gniewie mogę rozerwać człowieka, ale potem zawsze staram się go zszyć. Uspokajają mnie dźwięki Paktofoniki. Ma szczególne znaczenie w moim życiu, ale wcale nie przez legendę, jaka narosła wokół Magika. Właśnie. W gimnazjum otaczałam jego postać kultem prawie że religijnym, a rówieśnicy bardziej zainteresowani hip hopem często pytali mnie, dlaczego zrobił to, co zrobił, jakbym cokolwiek o tym wiedziała. Dziś uważam go za bardzo dobrego rapera i człowieka, który miał wielki wkład w tę muzykę, jeśli nie całą kulturę, ale po prostu z czymś sobie nie poradził w życiu, coś go przerosło. Nie uważam go za idola, autorytet, a po prostu za człowieka, który tworzył muzykę, którą kocham. Która nadal mi pomaga w trudnych chwilach. Choć Rah i Fokus dziś trochę odżegnują się od PFK i próbują zwrócić uwagę na to, co robią teraz (a tekstowo zrobili progres, bo teksty Paktofoniki, choć mocne, życiowe, często są bardzo... proste. Nie głupie, zwyczajnie proste. Pod względem oddziaływania na psychikę są mocne, szczególnie „Nie ma mnie dla nikogo”, „Jestem Bogiem”, „Chwile ulotne” czy „Rób co chcesz”, ale jako osoba, która zajmuje się na studiach językiem polskim, samą warstwę tekstową, to co jest na zewnątrz, co czytamy,, oceniam jako prostą). Za to jednak mnie i wielu ludziom w moim wieku i młodszym czy trochę starszym ode mnie, właśnie muzyka Paktofoniki pomaga w życiu, jest ucieczką od problemów, od codzienności, pomaga uwierzyć w siebie i dać radę. Żyjemy w dość trudnych czasach, ciężkich szczególnie właśnie dla ludzi młodych i dla tych najstarszych. Choć dwie wojny za nami, komuna teoretycznie się skończyła, choć wielu uważa, że w praktyce nie, ja zaś nie wypowiem się na ten temat, bo blog będzie całkowicie apolityczny (jeśli chodzi o sztukę, swoje przekonania i poglądy odkładam na bok). Borykamy się z wieloma problemami, z których często nie zdają sobie sprawy nawet nasi najbliżsi. Dżumą, cholerą, rakiem i AIDS naszych czasów jest depresja, myśli samobójcze. Rozmowy zamieniamy na portale społecznościowe. Kiedyś była „ławka, chłopaki z bloków”, teraz są „friendsy” z fejsa. Każdy z nas może tu być gwiazdą, celebrytą. Oznaczenia, serduszka, wszystko może oddać fejs. Każdy z nas robi sobie jak najlepszy pijar. Każdy z nas kogoś gra. Wielu z nas po wylogowaniu się z fejsa chowa się pod kołdrą, gryzie paznokcie, a z oczu lecą łzy. Nie możemy zasnąć, narastają wspomnienia. A jeśli żyjemy poza fejsem, to też zawsze coś nas dopadnie. A to bieda, a to kredyt na wesele czy mieszkanie, a to alkoholik w rodzinie, a to rodzic, z którym nie umiemy się porozumieć, problemy w szkole, na studiach, zaległości do nadrobienia, przeciążenie pracą... Do czasu, aż założysz słuchawki na uszy i odpłyniesz. Podobnie jak Paktofonika, działają na mnie także Pih, Peja, Molesta, WWO i Marika, a także projekt Darka Malejonka „Panny Wyklęte”- przy tej ostatniej muzyce przenoszę się w tamte ciężkie czasy, myślę o bohaterach, o ludziach nieugiętych, często o ludziach wygnanych z własnej ojczyzny. Ostatnia płyta przenosi mnie na stepy, do tajgi, do Grodna czy w podróż śladami Misia Wojtka od Andersa. W chwilach załamania mam stały repertuar. „Nie ma mnie dla nikogo” Paktofoniki, szczególnie robiące „coś” z głową „Nie ma mnie dla nikogo”, a w nim zwroty Magika i Fokusa. „Łzy” Piha, który w tym kawałku świetnie oddaje najgłębsze zakamarki kobiecej duszy i serca. To z nich właśnie, nie z oczu, wydobywają się tytułowe „łzy”. „Będzie dobrze, dzieciak” starej, dobrej Molesty. „Siła ognia” Mariki. To powoduje, że najpierw zamknę się z słuchawkami w swoim świecie, wstaję i walczę. Często słucham też kawałka Muńka „Święty”. Wierzę mu, że chłopaki też płaczą i przypominam sobie miłe chwile, gdy wracaliśmy ze znajomymi rano z sylwestra i na przystanku tramwajowym popijaliśmy resztę szampana z butelki, a Warszawa dopiero zasypiała. Wyciszają mnie również dwaj Mistrzowie- Kaczmarski i Gintrowski. Z tego pierwszego szczególnie "Lalka" (przenoszę się w świat tej powieści i niemal widzę obrazy przed oczami) i "Jan Kochanowski" (czuję się, jakbym chowała się w cieniu czarnoleskiej lipy). Słuchając tego drugiego- "Tylko kołysanka", kiedy przypominam sobie mojego Tatę, "Do Marka Aurelego" (ach to starcie stoicyzmu z barbarzyńską współczesnością) i "Kołatkę", która przypomina mi, że czas popisać, popielęgnować te ogrody w głowie. Muzyka jest dla mnie oazą na pustyni. Czasem nawet książki i ukochane studia nie dają mi takiej ucieczki.


Spróbuj tak jak ja. Spróbuj założyć słuchawki i odpłynąć. Zrób sobie teRAPię czy terapię czymkolwiek, czego lubisz słuchać. Ludzie często odchodzą, przyjaciele odchodzą, czasem od płaczu masz mokre oczy i nos, ale muza zostaje. Nie przemija.

sobota, 2 maja 2015

Co się dzieje z poetą, kiedy rzuci go dziewczyna

Ironiczne spojrzenie na szeroko pojętą poezję (choć tu raczej na grafomanię i pozowanie na wielkiego artychę i poetę, o ironio! ;)), szeroko pojętą miłość, romantycznych chłopaczków lubiących patrzeć jak ich dziewczyna śpi, wiosenna Warszawa też jest jakoś tam w tle. Do napisania tej historii miłosnej bez happy endu zainspirowało mnie to oto zdjęcie, znalezione dla jednej ze stron dla osób upajających się tym, że one czytają, a inni nie :)

Rzuciła poetę 

Krakowskie Przedmieście 
W tym słońcu było jak ze złota
Był kwiecień.

A ona w ich ulubionej
Klimatycznej kawiarence
Po prostu rzuciła poetę.

Nie mogła znieść tego,
Że spała spokojnie,
A on patrzył przez całą noc
I to opisywał.
Każdy jej oddech,
To, jak szczelnie otula się kołdrą
I widać tylko jedno oko,
Nos, grzywkę i włosy rozrzucone
Na poduszce
A gdy się budziła,
On siedział na łóżku
I miał ten swój uśmiech na twarzy
I te serduszka w oczach.

Nie mogła znieść,
Że nosił ją na rękach.
Taniec w deszczu też był romantyczny
Tylko na początku.
Kiedy znów i znów
Kazał jej tańczyć w deszczu,
By to potem opisać,
Pomyślała, że nie jest z nim za dobrze.

Ona się dla niego stroiła,
Malowała,
Zakładała najlepsze sukienki,
On na to, że woli ją rozczochraną,
W dresach i z tuszem spływającym
Od łez. Kazał jej tak chodzić.
W ogóle doprowadzał ją celowo do łez,
By później to opisać.

Co ona w nim widziała?
Tych tekstów używano
W latach 50.
Kupował jej najpiękniejsze róże,
By później je opisać.

I rzuciła poetę
W ich ulubionej warszawskiej kawiarence.
Nie zastanawiając się,
Jak on to opisze.

A on teraz siedzi
W tej swojej fedorce,
Zagryza wargi,
Pali jednego za drugim,
Choć ma alergię na wszystko,
Nawet na powietrze,
Astmę,
Borderline'a, dwubiegunówkę,
Łamliwe kości, afty,
Jest leworęczny...

I nie wie,
Zupełnie nie wie, jak to opisać.

Ona tymczasem już z innym.
Charakternym chłopakiem z Pragi. 


Pije z nim piwo na murze
I jest fajnie.
O. Napisała coś na fejsie.
Charakternego chłopaka ktoś sprzedał
Na komendzie.
Napisała na fejsie, że ona serdecznie...
No właśnie... Sąd i policję
Bo tylko Bóg ma prawo nas sądzić.

Poeta postanowił to opisać.
Wyprodukował w jedną noc
Pięćdziesiąt smutnych
I pięćdziesiąt gniewnych wierszy,
Jak bardzo pomylił się co do niej.

Po roku opisywał już nową,
A ona na ulicy
Krzyczała na Brajana,
Syna Charakternego Seby,
Dziś mieszkańca Apartamentów Ciupagi.

Nawiązanie do "Mistrza i Małgorzaty"

"Mistrza i Małgorzatę" Michaiła Bułhakowa czytałam wiele razy. Pierwszy raz na początku liceum. Za każdym razem dostrzegam w powieści coś nowego. I za każdym razem coś innego mnie w niej oczaruje. Wstyd się przyznać, ale po pierwszym przeczytaniu wciągnął mnie bez reszty wątek miłosny Mistrza i Małgorzaty, za to sprytnie przemycona powieść Mistrza o Poncjuszu Piłacie... śmiertelnie nudziła. Innym razem pokochałam lot Małgorzaty, później bal u Wolanda, w końcu dorosłam do wątku Poncjusza Piłata. Ten jest o płonącym "Gribojedowie" i o tym czy potrzeba papierów na bycie literatem :)
Płonie Gribojedow,
Behemot z Korowiowem
Zabawili się nadzwyczaj dobrze. 

Nie szkoda mi ich, 
Tych tam pisarzyn... 
Pisać słabo, 
A być nazywanym literatem
Tylko dlatego, że się ma na to 
Papiery? 
Dostojewski przecież 
Nie miał na to papierów, 
A nie dość, że był literatem, 
To jeszcze jest nieśmiertelny. 
A i na nieśmiertelność przecież 
Też nie miał papierów. 
A może zagadka? 
Więcej wart literat 
Z papierami poświadczającymi
Bycie literatem
Czy literat w domu wariatów? 

Chlupali lepszą wódeczkę, 
Zagryzali lepszym śledziem
(Nie to, panie, co ten jesiotr 
W bufecie Varietès)
I napawali się 
Swoimi marnymi, 
Topornymi wypocinami. 

Ach, nie szkoda mi ich wcale
I nie szkoda mi nas, 
Marnych literatów
Z płonącego Gribojedowa
Napawających się swymi
Marnymi, topornymi
Internetowymi wypocinami. 
Co to jest, panie, takie życie. 
Jak takie życie to nie życie? 
A Behemot już leje benzynę.
Panowie literaci. 
Teraz to już chyba
Nie uciekniemy. 
Ale może ja przeczytam wiersz
Wychwalający... 
Albo i nie.

Eponine

"Nędzników" Wiktora Hugo pokochałam do tego stopnia, że poświęciłam im swoją pracę licencjacką. Pisałam o współczesnych adaptacjach "Nędzników" ze szczególnym uwzględnieniem musicalu w wersji teatralnej i filmowej. W 2012 Mama zrobiła mi wspaniałą niespodziankę i kupiła w moim obecnie ulubionym Antykwariacie Grochowskim dwutomowe wydanie z 1954 za... 10 zł :) Jedną z moich ulubionych postaci w tej powieści jest Eponine lub Eponina w wersji "spolszczonej". Niesamowicie poruszyła mnie jej historia, jej wielka miłość, cierpienie i poświęcenie. Ten wiersz będzie więc o Eponinie. Moi znajomi z Facebooka na pewno go znają.

Eponine

Z kurzu paryskich ulic
Wyłania się uśmiechnięty anioł.
Eponina jak perła
Serce zranione i złamane
Eponina jak róża
Krwawoczerwona.
Spaceruje, wypatrując Pana Mariusza.

Dla niego bowiem tylko
Ten bezzębny uśmiech.

Pan Pontmercy zna wiele ksiąg,
Lecz prawd żywych nie zna,
Nie wie, co boli
Tę nie dziewczynkę,
Ale jeszcze nie kobietę,
Co chciałaby wiedzieć,
Co znaczy
Czcij Ojca swego i Matkę swoją.

Eponina nie śniła nawet
O Kopciuszku i Pretty Woman
Wie, że problemem nie jest Kozeta.
Wie, że jej życie nie było bajką,
A XIX-wieczny Paryż to nie hollywoodzka Fabryka Snów

Jest pusto, ciemno i zimno
Czyli bez zmian.
Pan Pontmercy dziś się już nie zjawi.
Dziś już nie zaświeci słońce.

Paryż wrze,
Młodzi chłopcy idą na barykady.
On też. Pożegnał Kozetę.
Jej tak czule nie pożegna.
Nawet... jeśli...
Jutro...
Przyjdzie śmierć...

Czerwona flaga rewolucjonistów...
Krew...
Róża...
Ból.
Lecz Eponina przez mgłę jeszcze widzi go
I boli jakby mniej...

On jest obok...
Teraz nie boli już nic...
Pociesza ją...
I trochę także samego siebie.
Eponina uśmiecha się
Ostatni raz.
Odchodzi z jego imieniem na ustach.
Tak, chyba była trochę zakochana.
On nic o tym nie wiedział,
Ale Eponinie matka mówiła,
Gdy była jeszcze małą księżniczką,
Ozdobą tatusiowej podupadającej oberży,
Że mężczyzna nigdy nie wie, nigdy się nie domyśli.
Nigdy nie wie.

Widzi białe światło.
I czuje ciepło.
Jakiego nie zaznała od lat.
To jego usta.
Jedyny i ostatni pocałunek.
Na pożegnanie.
Może kochał. Choć troszeczkę.
Może gdyby...

Nieważne...
On żyje.
Będzie szczęśliwy.
Eponina jest już w niebie.
To chyba prawie tak,
Jakby na ziemi mogła kiedyś zostać Panią Pontmercy.

Na paryskim bruku
Zasuszona róża.
Kilka dni temu
Obojętnie minął ją zrozpaczony Mariusz.

W końcu
Rozdeptał tę różę ojciec Eponiny, zły stary Thenardier,
Uciekając przed policją do ciemnego kanału.

Pierwszy wiersz

Wypocinki numer jeden :) Osadzone w klimatach wiosennej Warszawy, czyli mojej ulubionej Warszawy :)

Ona tańczyła do rana, 
Widać było tylko
Jak wirowały czarne włosy, 
Szalały, żyły własnym życiem. 
I sukienka, której kolor
Trudno było dostrzec. 
Pierwsza sukienka od lat. 
Wolał ją w rurkach. 
Tańczyła do rana. 
Im bardziej wewnątrz 
Zwijała się z bólu, 
Tym szybciej, 
Tym weselej wirowała. 
On mógł tylko patrzeć, 
Gdyby spojrzał w oczy,
Od razu 
Spłonąłby na popiół. 

Warszawa tętniła życiem, 
Nad Wisłą trwał 
Pierwszy wiosenny wieczór. 
Ktoś się śmiał, 
Ktoś płakał, 
Ktoś śpiewał, idąc
W zielono-biało-czerwono-czarnym szaliku
Skądś wychynęła
Chuda nastolatka 
W rozmazanym od płaczu 
Smokey eyes. 

Ona tańczyła do rana
W jakiejś niesamowitej, egzotycznej gorączce. 

O szóstej rano 
Ze znajomymi
Śmiali się i popijali z butelki
Szampana, 
Czekając na swoje autobusy. 
Pierwsze, poranne. 
Warszawa zasypiała 
Dopiero teraz. 
Ludzie w odblaskowych ubraniach 
Smętnie zamiatali 
Confetti, szkło, 
Serpentyny i pety. 

Ona uśmiechała się najpiękniej. 
Najwięcej i najpiękniej.