Trochę tu przycichło ostatnio, Miały być opowiadania i nie ma. Będą. Czasem pracuję szybciej, czasem wolniej, teraz tak się złożyło, że akurat wolniej :) Postanowiłam dziś czymś innym się z Wami podzielić. Naszła mnie refleksja o tym, czym jest dla mnie muzyka. Jednocześnie chcę się podzielić tym, czego słucham. To będzie taki al'a felieton. Jeśli nie da się dotrwać do jego końca, krzyczcie :)
Czym jest dla mnie muzyka? (TeRAPia)
Każdy z nas miał jakieś marzenia w
dzieciństwie. Strażak, policjant, prezydent, aktorka, piosenkarka,
księżniczka, lekarz, wynalazca leku na raka... Ja, będąc pulchną
dziewczynką w okularach, marzyłam o byciu modelką lub pisarką. Do pewnego momentu. Do 12. roku życia.
Muzyka... W moim domu ścierały się
różne jej gatunki. Rodzice słuchali przebojów swojej
młodości, nie pogardzili jednak niedzielnym Disco Relaxem, jedną z rzeczy charakterystycznych dla lat 90. w Polsce.
Delikatnie podśmiewał się z tego mój brat Piotr. Najstarszy
brat Rafał słuchał rocka i muzyki alternatywnej. Z dzieciństwa
pamiętam szczególnie Kazika Staszewskiego- w wydaniu
„gniewnym”- KNŻ, jak i lirycznych piosenkach jego ojca. Na
jednej z moich kaset z dzieciństwa w koszuli moro Taty śpiewam
własnymi słowami „Dziewczynę o perłowych włosach”, którą
znałam dzięki Kazikowi właśnie. Drugi mój brat, Piotr, w
latach 90. odkrył rap. Pamiętam głównie polski. Liroy,
Karramba, pierwsze płyty Pei i Slums Attack- te o zabijaniu
policjantów i z tekstami typu „Ja nie chcę być biały,
chcę być czarny”. No i Wzgórze i Kaliber 44. Zdecydowanie
nie były to kawałki dla małych dziewczynek, ale ciupanie w Mortal
Kombat i Prince of Persia na pierwszym komputerze, przy dźwiękach
muzyki braci, to jedno z moich najbardziej wyrazistych wspomnień z
dzieciństwa. Bałam się niektórych teledysków.
„45-89” Kultu, który był mixem przemówień
dygnitarzy partyjnych. Towarzysz Wiesław bujał się przy mównicy,
wołając: „Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący stolicy!” I
Towarzysz Generał w tych ciemnych okularach... I ta hipnotyczna
muzyka... Bałam się też piosenki i teledysku zespołu Green Jelly,
„Three little pigs”- metalowej wersji bajki o trzech świnkach,
gdzie wilk chodził w skórze, glanach i jeździł „wielkim,
złym Harleyem”, jedna ze świnek była rastamanem, druga
studentem, który w wolnych chwilach budował wynalazki,
trzecia- nie pamiętam, kim. Na końcu wilka załatwił Rambo. No i
bałam się teledysku do „Another brick in the wall” Pink
Floydów, tych maszerujących młotków i demonicznego
nauczyciela, który mielił mózgi uczniów w
maszynce. Rosłam i przechodziłam różne fazy. Britney
Spears. Platoniczna miłość do Enrique (gdy mój brat
puszczał swoim kolegom jego śpiew bez playbacku i śmiali się na
całe mieszkanie, zamknęłam się w pokoju i zaczęłam płakać).
Piosenki Łez, których nie mogłam w tym wieku rozumieć.
Stare piosenki Ich Troje („Tuż po czym ten papieros i przed czym
ten szampan?”), w piątej klasie podstawówki prawdziwy punk,
polskie zespoły, których chyba nikt oprócz mojego
najstarszego brata nie słuchał (takie jak Ewa Braun), aż powrócił
rap. Podśmiewałam się trochę, gdy mój średni brat z
kolegami zamykali się w pokoju i robili nagrywki, aż później
sama tego zapragnęłam. Słuchanie rapu na serio zaczęło się od
płyty Slums Attack „Na legalu” (dwunasty rok mojego życia). W
moim pierwszym walkmanie, niebieskim Panasonicu, wymieniłam kasetę
Łez na kasetę Pei. Ponieważ byłam osobą nieletnią, rodzina
starała się mieć jednak jakąś kontrolę nad tym, czego słucham.
Kalibra nie wolno mi było tykać- za dużo bluzgów i maryśki.
Jako ciekawostkę dodam, że mój brat Piotr również ma
pewien wkład w kulturę hiphopową w Polsce. Nagrywał nielegale,
grał koncerty (zorganizował nawet koncert w naszym Rembertowie.
Grało tam kilka zespołów z warszawskiego podziemia, ale
prawdziwe show zrobił właśnie skład mojego brata, to Piotr, czyli
Jaszczur na maksa rozruszał publiczność. Pod koniec koncertu na
scenę wdarło się dwóch pijanych typów i zaczęło
bluzgać do mikrofonu, z czego użytek zrobił później beton
rządzący naszą dzielnicą, by rozpowiadać, że na koncercie
dochodziło do prawdziwych orgii, a jeden z panów świętszych
od papieża, zresztą „nawrócony komunista” podpowiedział
to księdzu, który w ogłoszeniach parafialnych opowiedział,
jakie straszne rzeczy działy się na koncercie. Pan świętszy od
papieża dodał, że hip hop jest kulturą „afrykańskich dołów”.
Nie zmienia to faktu, że w całym Rembertowie nie było tego dnia
ani jednej interwencji policji. Koncert przyciągnął znudzoną
młodzież, która wtedy w naszej dzielnicy nie miała
właściwie żadnych rozrywek), pojawiał się w programach Czarka
Ciszewskiego, nagrał teledysk, wystąpił w audycji Druha Sławka w
Radiostacji (tym, którzy znają się na hip hopie jest to gość
doskonale znany) i przede wszystkim w latach 2003-2008 prowadził
program „Hip hop propaganda” w telewizji ITV. To był złoty
okres dla mojego zainteresowania rapem. Otworzyłam się na muzykę
zagraniczną. Szalało wtedy tak zwane „hiphopolo”, którym
też gardziłam. Czytałam „Ślizg”, pisałam własne teksty (bez
wulgaryzmów), marzyłam o byciu znaną raperką i chciałam
nagrać płytę pod tytułem „Czarny Kwiat” (do dziś nie wiem,
skąd mi się to wzięło), nagrałam nawet jeden kawałek, brat
zrobił mi bit, a w pierwszej gimnazjum wystąpiłam w szkole na Dniu
Języków Obcych. Rapowałam po angielsku o tym, że warto
uczyć się języków obcych :). Mieliśmy w domu wszystkie
płyty, jakie wychodziły w tamtym okresie, a ja miałam autografy
znanych raperów, którzy pojawiali się w programie
mojego brata. Zazwyczaj podpisywali mi się na ślizgach, płytach i
numerach „Magazynu hip hop”. Moim ulubionym składem był Kaliber
44, którego kasety zaczęłam podkradać braciom, później,
gdy zorientowali się, że tej siły już nie powstrzymają,
pozwolili mi słuchać. Płytę 3:44 miałam już własną. I
Paktofonika, ale o niej później. Z zagranicznych raperów
ceniłam Snoopa, Jay'a Z, Eminema, który święcił wtedy
triumfy, ze składów- Public Enemy i Wu Tang. Teraz wolę
Tupaca, Notoriusa, Method Mana, NAS'a... Śmialiśmy się z bratem z
gościa, który poczuł modę na hip hop i pisał o nim w Super
Expressie. Niestety, popełniał rażące błędy merytoryczne. Dziś
nie pisze już o hip hopie... Ale beka, jaką nam zapewniał w każdą
sobotę (chyba) była rzeczą bezcenną :). Ścinałam włosy na
chłopaka, chodziłam w szerokich spodniach i bluzach z kapturem po
braciach, pokazywałam swoje teksty starszym dziewczynom na
przerwach, marzyłam o spotkaniu z Abradabem (po latach, podczas
pomagania na planie przy klipie Wirusa z gościnnym udziałem Daba, gdy próbowaliśmy reaktywować wytwórnię Volta i miałam przyjemność brać udział w tym projekcie, to marzenie się spełniło), miałam szkołę gdzieś, na lekcjach
pisałam teksty. Wielu rówieśników ze mnie się
nabijało, ale byli tacy, którzy radzili się mnie w kwestii
płyt, które warto przesłuchać. Pisałam też do gazetki
szkolnej o hip hopie. Rap był dla mnie ucieczką od problemów,
od śmiechów niektórych ludzi ze szkoły. Dorosłość
zweryfikowała marzenia. W liceum o nim trochę zapomniałam,
zaczęłam słuchać rocka określanego jako „studencki”, trochę
punka, a nawet zespołów typowych dla emonastolatek, ale w
bardzo trudnych chwilach w życiu wróciła do mnie
Paktofonika, Kaliber, Pih, Peja i reszta.
I przechodzimy wreszcie do meritum-
czym jest dla mnie muzyka. Nadal różne rzeczy dzieją się w
moim życiu, te wesołe i te przykre, czasem nie potrafię poradzić
sobie ze złością. Jestem jak wulkan. „Śpię”, czasem dość
długo, później wybucham. W gniewie mogę rozerwać
człowieka, ale potem zawsze staram się go zszyć. Uspokajają mnie
dźwięki Paktofoniki. Ma szczególne znaczenie w moim życiu,
ale wcale nie przez legendę, jaka narosła wokół Magika.
Właśnie. W gimnazjum otaczałam jego postać kultem prawie że
religijnym, a rówieśnicy bardziej zainteresowani hip hopem
często pytali mnie, dlaczego zrobił to, co zrobił, jakbym
cokolwiek o tym wiedziała. Dziś uważam go za bardzo dobrego rapera
i człowieka, który miał wielki wkład w tę muzykę, jeśli
nie całą kulturę, ale po prostu z czymś sobie nie poradził w
życiu, coś go przerosło. Nie uważam go za idola, autorytet, a po
prostu za człowieka, który tworzył muzykę, którą
kocham. Która nadal mi pomaga w trudnych chwilach. Choć Rah i
Fokus dziś trochę odżegnują się od PFK i próbują zwrócić
uwagę na to, co robią teraz (a tekstowo zrobili progres, bo teksty
Paktofoniki, choć mocne, życiowe, często są bardzo... proste. Nie
głupie, zwyczajnie proste. Pod względem oddziaływania na psychikę
są mocne, szczególnie „Nie ma mnie dla nikogo”, „Jestem
Bogiem”, „Chwile ulotne” czy „Rób co chcesz”, ale
jako osoba, która zajmuje się na studiach językiem polskim,
samą warstwę tekstową, to co jest na zewnątrz, co czytamy,,
oceniam jako prostą). Za to jednak mnie i wielu ludziom w moim wieku
i młodszym czy trochę starszym ode mnie, właśnie muzyka
Paktofoniki pomaga w życiu, jest ucieczką od problemów, od
codzienności, pomaga uwierzyć w siebie i dać radę. Żyjemy w dość
trudnych czasach, ciężkich szczególnie właśnie dla ludzi
młodych i dla tych najstarszych. Choć dwie wojny za nami, komuna
teoretycznie się skończyła, choć wielu uważa, że w praktyce
nie, ja zaś nie wypowiem się na ten temat, bo blog będzie
całkowicie apolityczny (jeśli chodzi o sztukę, swoje przekonania i
poglądy odkładam na bok). Borykamy się z wieloma problemami, z
których często nie zdają sobie sprawy nawet nasi najbliżsi.
Dżumą, cholerą, rakiem i AIDS naszych czasów jest depresja,
myśli samobójcze. Rozmowy zamieniamy na portale
społecznościowe. Kiedyś była „ławka, chłopaki z bloków”,
teraz są „friendsy” z fejsa. Każdy z nas może tu być gwiazdą,
celebrytą. Oznaczenia, serduszka, wszystko może oddać fejs. Każdy
z nas robi sobie jak najlepszy pijar. Każdy z nas kogoś gra. Wielu
z nas po wylogowaniu się z fejsa chowa się pod kołdrą, gryzie
paznokcie, a z oczu lecą łzy. Nie możemy zasnąć, narastają
wspomnienia. A jeśli żyjemy poza fejsem, to też zawsze coś nas
dopadnie. A to bieda, a to kredyt na wesele czy mieszkanie, a to
alkoholik w rodzinie, a to rodzic, z którym nie umiemy się
porozumieć, problemy w szkole, na studiach, zaległości do
nadrobienia, przeciążenie pracą... Do czasu, aż założysz
słuchawki na uszy i odpłyniesz. Podobnie jak Paktofonika, działają
na mnie także Pih, Peja, Molesta, WWO i Marika, a także projekt
Darka Malejonka „Panny Wyklęte”- przy tej ostatniej muzyce
przenoszę się w tamte ciężkie czasy, myślę o bohaterach, o
ludziach nieugiętych, często o ludziach wygnanych z własnej
ojczyzny. Ostatnia płyta przenosi mnie na stepy, do tajgi, do Grodna
czy w podróż śladami Misia Wojtka od Andersa. W chwilach
załamania mam stały repertuar. „Nie ma mnie dla nikogo”
Paktofoniki, szczególnie robiące „coś” z głową „Nie
ma mnie dla nikogo”, a w nim zwroty Magika i Fokusa. „Łzy”
Piha, który w tym kawałku świetnie oddaje najgłębsze
zakamarki kobiecej duszy i serca. To z nich właśnie, nie z oczu,
wydobywają się tytułowe „łzy”. „Będzie dobrze, dzieciak”
starej, dobrej Molesty. „Siła ognia” Mariki. To powoduje, że
najpierw zamknę się z słuchawkami w swoim świecie, wstaję i
walczę. Często słucham też kawałka Muńka „Święty”. Wierzę
mu, że chłopaki też płaczą i przypominam sobie miłe chwile, gdy
wracaliśmy ze znajomymi rano z sylwestra i na przystanku tramwajowym
popijaliśmy resztę szampana z butelki, a Warszawa dopiero
zasypiała. Wyciszają mnie również dwaj Mistrzowie- Kaczmarski i Gintrowski. Z tego pierwszego szczególnie "Lalka" (przenoszę się w świat tej powieści i niemal widzę obrazy przed oczami) i "Jan Kochanowski" (czuję się, jakbym chowała się w cieniu czarnoleskiej lipy). Słuchając tego drugiego- "Tylko kołysanka", kiedy przypominam sobie mojego Tatę, "Do Marka Aurelego" (ach to starcie stoicyzmu z barbarzyńską współczesnością) i "Kołatkę", która przypomina mi, że czas popisać, popielęgnować te ogrody w głowie. Muzyka jest dla mnie oazą na pustyni. Czasem nawet
książki i ukochane studia nie dają mi takiej ucieczki.
Spróbuj tak jak ja. Spróbuj
założyć słuchawki i odpłynąć. Zrób sobie teRAPię czy
terapię czymkolwiek, czego lubisz słuchać. Ludzie często odchodzą, przyjaciele odchodzą, czasem od płaczu masz mokre oczy i nos, ale muza zostaje. Nie przemija.