czwartek, 21 maja 2015

Słowa, słowa, słowa- wiersz


What do you read, my lord?
Words, words, words.
(William Shakespeare, Hamlet)

Słowa, słowa, słowa

Wiesz, czasem marzy mi się,
Że jestem władczynią, królową słów, słów, słów.

Królowa czegokolwiek musi nienagannie wyglądać,
Więc ostatnio poświęcam dużo czasu na dbanie o wygląd

Czasem wyobrażam sobie,
Że trzymam słowa, słowa, słowa
Na krótkiej smyczy,
Po prostu krótko za gardło, za łeb
Ale też spuszczam, kiedy chcę.
Mogłabym nimi poszczuć.
Lub wpłynąć na ludzi,
Żeby zmienili poglądy czy coś,
Ale każdego dnia coraz mniej mi się chce.
Mogłabym wzruszyć, wywołać litość i trwogę
To już bardziej mi się chce.
Mogę też napisać najpiękniejszą modlitwę
I spróbować ubłagać Boga,
By zechciał lekko zmodyfikować
Swój plan co do mnie,
Ale nie wiem, czy się uda

O, zabić
Słowami, słowami, słowami
Też przecież można,
Ale ja nie umiem.

A jak będę chciała,
To napiszę byle jakie na kartce,
Wsadzę do kapelusza, wyciągnę
I sklecę zgrabną formę
Poetycką lub prozatorską.
Kto królowej słów, słów, słów
Zabroni?

Więc tylko panuję nad nimi w milczeniu
Siedzę na tronie, który jest kupą pogniecionych ciuchów
W trampkach i przekrzywionej koronie,
Czasem znowu garnek przypalę czy coś...
Okopuję się, walczę z szalonym natłokiem myśli,
Które chcą mnie doprowadzić do totalnego wariactwa.
I piszę słowa, słowa, słowa
I nie śni mi się wydać im polecenie,
By ścięły Alicji głowę.

Później trzeba poprawić koronę,
Uśmiechnąć się
I reprezentować swoje małe, zrujnowane księstwo.
Byle godnie i z szaconkiem.

Królowa czegokolwiek

Musi z pewnością nienagannie wyglądać.

wtorek, 19 maja 2015

Opowiadanie: Szczęśliwy dzień lub Pierwsza randka


Cześć :) Będzie to trochę inne opowiadanie, niż planowałam, niemniej pierwsze na tym blogu. O miłości, cierpieniu i bólu, o tym, co cierpienie potrafi zrobić z człowieka, ale i o czymś innym. Narracja ma naśladować sposób mówienia sześcioletniego dziecka, stąd "potknięcia" czy powtórzenia :) Zapraszam do lektury i oceny :)

Szczęśliwy dzień.

Chłopiec odetchnął z ulgą, gdy mama ułożyła się i zasnęła. Bał się, kiedy tak robiła. Nie tyle jej się bał, co o nią. Bał się jej, bo wydawało mu się, że nie jest wtedy sobą. Krzyczała, przeklinała, uderzała się pięściami w głowę, czasem nacinała ręce lub wydawała z siebie straszliwe ryki. O nią, żeby sobie czegoś nie zrobiła. Żeby nie połknęła za dużo „tabletek szczęścia”, jak mówiła o swoich lekach lub w inny sposób nie zrobiła sobie krzywdy. Bał się właściwie wszystkiego, najbardziej to chyba tego, że zabiorą go do domu dziecka.

Kiedy myślał o tacie, czuł, że chyba go nie lubi. Mama zawsze robiła tak po kontakcie z tatą. Miała w pokoju taki „ołtarzyk”. Zdjęcie ślubne, zdjęcie z tatą, jego zdjęcia, kiedy był mały, różne zdjęcia taty, świeczki, bilety na filmy, na których razem byli, rękawiczki, które jej kiedyś oddał, by nie marzły jej ręce, listy i inne pamiątki. Dziadek mówił, by wyrzuciła te śmieci, a najlepiej wreszcie z głowy i z serca tego... I tu dziadek zwykle używał słów, o których mama mówiła, że są brzydkie. Dziadek zresztą raz wyrzucił tatę z domu. Akurat przyszedł i robił mamie awanturę. Mówił: „To nie ma sensu, dzieciak nie może być dla ciebie terapią. Złapałaś mnie na dziecko, bo liczyłaś, że ono będzie twoim terapeutą. Wariatko, ja ci go pewnego dnia zabiorę. Boję się o mojego syna, nie wiadomo, co mu zrobisz...” Mama chyba pierwszy raz znalazła w sobie wtedy siłę i wykrzyczała mu: „To bardzo ciekawe, bo jak leżał z gorączką czterdzieści stopni, to nawet nie zadzwoniłeś, byłeś zajęty tą swoją milusią słodziusią zdzirusią!” „Nie masz prawa obrażać mojej dziewczyny, przynajmniej jest normalna! Ty za to masz dobrze zryty beret! Robiłaś mi wstyd, wszyscy moi kumple się ze mnie przez ciebie śmiali”. „Ty gnoju, troszczyłam się o ciebie! Byłam na każde twoje zawołanie” I wtedy wszedł dziadek Krzysiek. Był emerytowanym wojskowym i trenerem boksu. Tata zawsze miał przed nim respekt i dobrze wiedział, że dziadek jest na niego zły i wini go za to, co dzieje się z mamą. Jak tylko zobaczył dziadka, od razu zaczął się wycofywać. Dziadek jednak zdążył go złapać za bluzę i zapytał: „Znowu, brudzie, dręczysz moją córkę?” i normalnie się na niego rzucił. Mama zaczęła płakać i krzyczeć: „Tato, tatusiu, przestań, zabijesz go!” „Masz rację, córciu. Za takiego śmiecia iść siedzieć jak za człowieka?”-I tylko powiedział: „Won”, a na pożegnanie walnął go w twarz, aż z nosa taty poszła krew. Tata zaklął na „k” i „m”, trzasnął drzwiami i wyszedł. Więcej się nie pojawił. Wtedy mama znów dostała ataku, dziadek przytulał ją i uspokajał.

Teraz, gdy spała, wyglądała jak mała dziewczynka. Cała się przykryła kołdrą, widać było tylko mały fragment twarzy. Chłopiec cicho wyszedł z pokoju. Postanowił pójść na podwórko. Poszedł w stronę bloku obok i zadzwonił domofonem.

-Tak?

-Dzień dobry, czy wyjdzie Bartek?

-Kto to?

-To ja...

-Jaki ja? Co za ja? Dziecko, rób sobie żarty przy swoim domofonie!-Mama Bartka była zaspana i jakaś zła. Adamowi przyszła do głowy myśl, że może rozpoznała go i jest zła za mamę. Ostatnio na spacerze mama pokłóciła się z mamą Bartka. O tatę. Adam słyszał, jak mama Bartka mówiła:

-Ty myślisz, że on do ciebie wróci? Niepotrzebnie robisz sobie nadzieje... On nie jest ciebie wart i nigdy nie był. To buc, śmieć. Dziewczyno, ty masz studia wyższe, mogłabyś już być jakąś specjalistką od pijaru! A ty co robisz? Nic. Klęczysz tylko przed ołtarzykiem swojego cudownego Karolka, a on wiesz, gdzie to ma? W dupie. Dokładnie tam!-Mówiła, zaciągając się cienkim papierosem. Tata Bartka też zostawił mamę Bartka. Powiedział, że przez lata okłamywał siebie i ją, bo tak naprawdę woli facetów i właśnie jednego poznał i uważa, że to jest ten jedyny na całe życie. To nie był pierwszy raz, kiedy mamę Bartka oszukał facet. Podobno od końca podstawówki (kiedyś podstawówka trwała osiem lat) do klasy maturalnej chodziła z jednym chłopakiem. On tuż przed maturą powiedział jej nagle, że zrozumiał pewne rzeczy i chce iść na księdza. A księża nie mogą być z dziewczyną. Podobno w innych religiach tak, ale w naszej nie. Podobno to dlatego, że Pan Jezus też nie był z dziewczyną. Z tym że okazało się, że ten chłopak tak naprawdę wcale nie poszedł na księdza tylko po prostu zakochał się w innej dziewczynie, a mamy Bartka nie chciał ranić, dlatego jej tak powiedział. Niestety, to się wydało. Mama i dziadkowie powtarzali zawsze Adamowi, że najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa, a kłamstwo i tak się zawsze wyda. Mama Bartka bardzo cierpiała, nie zdała wtedy matury i podcięła sobie żyły (mama Adama ją znalazła), a gdy doszła do siebie, zdała ją za rok, z bardzo dobrymi wynikami, poszła na studia, poznała tatę Bartka, który był idealny, dobry i kochany, aż wyszedł na jaw jego sekret. Przez to całkiem zbrzydziła się do facetów. Wtedy na placu zabaw obie mamy pokłóciły się.

Na dworze przed chwilą padało. W powietrzu unosił się zapach deszczu, choć zza chmur już prześwitywało wyjątkowo nieśmiałe słońce. Iza z bloku obok siedziała na schodach pod klatką i jadła z apetytem loda w czekoladowej polewie. Izę lubił, ale jej kumpli się bał, bo czasem mu dokuczali. Ubzdurali sobie, że to on podkablował ich do dozorcy, że palili na klatce. W szkole chcieli powiesić go na koszu do gry. Po prostu jeden z nich, Maks o ogromnych łapach z wystającymi żyłami i w bluzie RPK, pewnego dnia wyciągnął go za kaptur spod drzwi szkolnej toalety, gdy Adam poszedł zmoczyć gąbkę i swoim nosowym głosem oświadczył: „A teraz zostaniesz powieszony”, po czym zaczął śmiać się jak dzieciak. Adam miał zawsze wrażenie, że on jest jakiś... Przygłupi chyba. Z toalety wyszli: mały Mariusz o niebotycznie napompowanej klacie, straszliwie pryszczaty Jacek w kapturze i Mateusz z podbitym okiem i w air jordanach, a za nimi- kłęby dymu tytoniowego. Wyprowadzili go na boisko i próbowali dokonać dzieła, ale przeszkodziła im woźna. Po tej sytuacji kilku rodziców napisało petycję do burmistrza dzielnicy, żeby rozdzielić podstawówkę i gimnazjum. Adam trochę bał się gimnazjalistów, szczególnie właśnie tych kolegów Izy. Sama Iza była fajna, raz opatrzyła mu kolano. Lekko wystawiała przy tym język. Pachniała papierosami i truskawkami.

-Cześć.-Rzucił nieśmiało.

-No siema.-Powiedziała obojętnie. Zadzwonił jej telefon. A raczej ryknął: „Ty jesteś ruda! Szalona ruda!” Iza była kiedyś blondynką, ale przefarbowała się i teraz jej włosy były czerwone jak ogień.-No siema, dupo ty moja, co tam? No co ty... No ty, no żal.pl. Ale parówa, bez kitu! Parówa nad parówy, co ma wszystkie parówy pod sobą! Ej, nie!-Zachichotała.-A bo mój stary wiesz... No przyszedł z tym czerwonym na mordzie, pochlali i czerwony się do mnie dostawiał, nie? No więc ja mu pokazałam tego kozaczka i: „Widzisz to? Jeszcze raz mnie dotknij, a normalnie dostaniesz tym butem centralnie kopa wiesz gdzie, nie?” No ja się to tam wiesz generalnie nie patyczkuję. Hihihi. Maksa nie będzie. No ten... Zielu będzie, Patryczek, Kuli i Suchar. Taa... No to buźki, dupo ty moja! -Rozłączyła się.-Ej. A ty co tu chciałeś? Dlaczego podsłuchujesz moje rozmowy? Wiesz, że to jest generalnie naruszanie mojej wolności prywatności osobistej, którą mi gwarantuje konstytucja ojczyzny naszej kochanej umiłowanej? Ty z policji jesteś?

-Spoko, już idę...-Mruknął Adam.

-Nie, nie, żartowałam. Siedź, siedź.-Poklepała miejsce obok siebie.-Gadaj ze mną.-Uśmiechnęła się. Miała tak piękne, białe zęby.-Gadaj ze mną!-Zachęciła raz jeszcze.-Co tam?

W pewnym momencie zupełnie zmieniła się na twarzy. Z oczu jakby same zaczęły płynąć łzy. Spłynął czarny tusz.

-Oj, Adaś, gdybyś ty był starszy...-Wychlipała.-Gdybyś ty był starszy, to byś był idealnym kolesiem po prostu generalnie, nie? Nie byłbyś taki jak ten... Ten...

-Nie płacz. Gdybym był starszy, to ożeniłbym się z tobą. Jesteś... fajna laska.-Powiedział Adam.

-Ty! Serio?-Iza rozpogodziła się.

-No serio.

Wyciągnęła paczkę papierosów. Pewnie kupiła jej starsza siostra, Natalia, co już studiowała i pracowała. Mama też ma na imię Natalia...

-Jarasz?-Zapytała.

-No co ty. Dobra, idę.-Odparł Adam. Taka ładna dziewczyna, a pali... Nieco zbrzydził się do niej, choć po chwili uznał, że to kretyńskie, bo wiedział przecież już od dawna, że ona pali. Mama też była ładna i też paliła, ale dziadek Krzysiek zawsze się z nią o to kłócił i powtarzał, że ładne dziewczyny nie palą i nie piją. „Nie ma nic gorszego niż kobieta z papierosem i kobieta pijana.”-Mówił.-”W ogóle nic gorszego niż sama gorzała i papierochy. A te głupie ludzie tego rakowskiego karmią, później chore dzieci wydają na świat. Z drugiej strony ciężko się dziwić. W tym kraju ucieczką może być albo wódka, albo Bóg. Ale w Boga ciężko wierzyć, jak się widzi, co niektórzy księża wyrabiają. Więc wóda zostaje”. Babcia Basia wtedy odpowiadała: „Oj, ty stary marudo, tylko kapcaniejesz i marudzisz. Przecież w Boga się wierzy, nie w księdza...” I wtedy zaczynała się dyskusja i... Nie kończyła się przez najbliższe dwie godziny. Chłopiec często przy tych dyskusjach usypiał, ale tylko wtedy, gdy nie szło na noże. Zasypiał przy stole, budził się we własnym łóżku albo w łóżku obok mamy. Po tej dziwacznej rozmowie z Izą uświadomił sobie, że kompletnie nie rozumie tych wszystkich kobiet.

-Ej, zaczekaj.-Powiedziała Iza.-Mam coś dla ciebie.

-Ty? Dla mnie? Co?

-A bo wiesz, wzięłam se szajsunga za złotówkę i na nim będę słuchać muzy. Ona już nie będzie mi potrzebna.-Wręczyła mu lekko sfatygowaną empetrójkę Creative.-Jest twoja. Lubisz muzykę?

Adam kochał muzykę. Jego mama bardzo lubiła musicale, szczególnie „Nędzników”, „Koty”, „Romeo i Julię” i „Upiora w operze”. Raz powiedziała, że chciałaby, żeby na jej pogrzebie zagrano „Wyśniłam sen” z Les Miserables. Babcia Basia zaczęła wtedy na nią krzyczeć: „Dziewczyno, na jakim pogrzebie, co ty opowiadasz, masz dziecko, żeby przy dziecku, przy tej kruszynie maleńkiej takie rzeczy opowiadać?” Dziadek Krzysiek zmienił się wtedy na twarzy i twardo powiedział: „Baśka, nie krzycz na nią.” Dziadek zawsze bronił mamy, babcia miała bowiem mniej cierpliwości, często z mamą się kłóciły. Kiedy mama dowiedziała się, że tata jest z nową dziewczyną i dostała ataku szału, babcia Basia chciała wezwać policję. Dziadek tłumaczył: „Zostaw, uspokoi się. Bardzo cierpi.” Babcia na to: „Krzysiek, ale ona za chwilę zrobi coś sobie albo komuś. Ja tak tego nie zostawię, to się musi skończyć.” „Skończy się tak, że ja naprawdę temu całemu Karolkowi coś zrobię. Coś bardzo brzydkiego. Najwyżej do piekła za niego pójdę. Mnie się, Baśka, ten gnój nigdy nie podobał.” Czasem, gdy w domu było gorąco, Adam brał małego laptopa mamy i słuchał muzyki. Najbardziej podobała mu się piosenka Thenardiera z „Nędzników”. I „Słuchaj, kiedy śpiewa lud”. Opróćz musicali lubił jeszcze „Jezioro łabędzie” Czajkowskiego. Gdy mamie było smutno, czasem słuchali go razem. A kiedyś babcia puściła jej piosenkę Jerzego Połomskiego „Co mówi wiatr”, z melodią z „Jeziora”, ale mama rozpłakała się wtedy i nie mogła przestać. Lubił jeszcze Kaczmarskiego, Gintrowskiego, Grechutę i Turnaua, mama i dziadkowie ich słuchali. Uświadomił sobie, że teraz będzie mógł słuchać muzyki zawsze i wszędzie. Pocałował Izę w policzek, a gdy zrozumiał, co w tej chwili zrobił, szybko otarł usta. A gdyby Bartek to widział?

-Dziękuję.-Powiedział.-Lubię, bardzo. Lubię słuchać, kiedy jest mi źle. Tak samo jak moja mama.

-Ok, leć. Ja zaraz się zwijam. Pa.-Cmoknęła go w czoło.-Ach, gdybyś ty był starszy. Twoja żona będzie generalnie farciarą. Tylko pod pantofla nie wpadnij, chłopaku! Nara!
Chyba tego Bartka wywołał, bo właśnie wyszedł z bloku.

-Adam!-Zawołał.-Zobacz, co mam! Widziałem ciebie przez okno, mama nie wiedziała, że to ty. Poza tym była wkurzona, bo tata przyjechał. Dostałem tableta od taty!-Wyciągnął niewielki tablet.-Widziałem w reklamie, mama mówi, że odtąd ciągle gadałem o nim przez sen i proszę, tata od razu kupił!

-Super.-Powiedział Adam.-A ja mam empetrójkę.

-Poka!-Zawołał Bartek.-Skąd masz? Też od taty?

-Nie wiem, znalazłem...-Mruknął Adam. Jakby się Bartek dowiedział, że od dziewczyny i że jeszcze ją za to pocałował... O, nie, tak być nie może!

-E, stara strasznie... Stara, ma brodę stąd do Poznania.-Bartek wzruszył ramionami.-Chyba już nawet takich nie robią...

-Wiesz, ja już pójdę.

-Obraziłeś się?

-Nie. Tylko... Trochę mnie brzuch boli.

-A wpadniesz do mnie potem? Mama robi pizzę taką robioną, domowej roboty, pycha. Pogramy na moim nowym tablecie.

Chłopiec wcale nie obraził się na Bartka. Szczerze mówiąc, w nosie miał jego opinię. Mama też mówiła, że nie przejmuje się tym, co o niej ludzie gadają. Po prostu ogarnął go nagły strach o mamę. A może on już nie ma mamy? Nie lubił nowej dziewczyny taty. Udawała, że jest taka fajna i miła, a wcale taka nie była. Raz, gdy był u nich na weekend, poszli do zoo. W pewnym momencie szarpnęła go za ramię i zaczęła krzyczeć: „Jak jeszcze raz tak zrobisz, to normalnie nie wytrzymam!” „Ale ja nic nie zrobiłem...” „Ciągniesz te nogi jak jakiś kretyn! Chódź normalnie!” Adam pomyślał, że mówi się chyba „chodź”, ale wolał się nic nie odzywać. Tata też się nie odzywał. Zostawili go, usiedli na ławce, zaczęli się całować. Gdyby musiał do nich pójść, już wolałby do domu dziecka. Niedawno chcieli go mamie zabrać, bo podobno jest za gruby. Pani z opieki tak stwierdziła. A dziadek jak usłyszał, to krzyczał, że to robota Karola, czyli taty Adama i tej jego... Babcia Basia powiedziała, że dziadek nazwał dziewczynę taty bardzo brzydko i nie ma prawa więcej tak mówić przy dziecku.

Co teraz robi mama? Czy na wpół leży przed „ołtarzykiem” na komodzie i płacze: „Karol, jak mogłeś? Byliśmy tacy szczęśliwi?” A może się tnie? Może pali kolejne zdjęcie taty? Nie, trzeba tam pójść.

Mama siedziała przy biurku i robiła makijaż. Słuchała „Jeziora łabędziego”. Była ubrana w sukienkę i naprawdę ładna i zgrabna.

-Malujesz się?-Spytał Adam.

-Tak, skarbie.

-Czemu? Już ze sto lat się nie malowałaś.

-Bo mam randkę z mężczyzną mojego życia.

-Masz jakiegoś faceta?

-Tak, ubieraj się, Adi.-Powiedziała z uśmiechem.

-Ale...

-Nie marudź, ubieraj się. Nie możemy się spóźnić.

Pomogła mu się ubrać, żeby było szybciej i jak zwykle lekko przycięła szyję suwakiem bluzy.

Kolejka przyjechała szybko. W kolejce jakiś śmierdzący, brodaty pan krzyczał, że świat idzie ku zagładzie. Ludzie śmiali się i nagrywali telefonami. Śmierdzący, brodaty pan zakończył płomienne przemówienie i gorzko zapłakał. Wysiedli na Powiślu. Szli teraz Nowym Światem. Weszli do jakiejś eleganckiej restauracji, której nazwy Adam nie zapamiętał. Mama uśmiechnęła się do młodego kelnera.

-Co dla państwa?

-A co pan poleca?

-Zestaw dnia. Zupa krem z warzyw i kaczka z żurawiną i opiekanymi ziemniaczkami.

-Bierzemy, przystojniaku?-Zapytała chłopca mama.

-Może być.

-No to poproszę.-Mama mrugnęła okiem do kelnera.

Czekali na jedzenie w milczeniu. Adamowi zaczynało się nudzić.

-Mamo...

-Hmm?

-Gdzie ten facet twojego życia?

-Siedzi ze mną przy stole i majta nogami w powietrzu.-Uśmiechnęła się mama.-Ty, synek, jesteś tym facetem. Przepraszam cię za wszystko, co robię. Bardzo kocham tatę i cierpię. Ale ciebie kocham bardziej. Bo ty tej miłości jesteś wart. Jesteś wspaniały i bardzo mi przykro, że przeze mnie tyle przeżyłeś. Dziś zaczynamy nowe życie.

-Mamo... Ja...

-Nic nie musisz mówić. Kocham cię. Będę żyła dla ciebie. Tak sobie pomyślałam, że przecież ja do cholery mam wszystko. Mam kochających rodziców i cudownego syna... I w maju zaczynam pracę w wydawnictwie. Cieszysz się, że będziesz dłużej z dziadkami?

Przytulili się do siebie i siedzieli w milczeniu, dopóki młody, przystojny kelner nie przyniósł obiadu. Później zamówili jeszcze puchar lodów i siedzieli do wieczora. Spacerowali później Krakowskim Przedmieściem, mama pokazała chłopcu swoją szkołę, Uniwersytet Warszawski. Potem poszli na Stare Miasto. Było ciemno, ale Warszawa tętniła życiem. Wracając, spotkali w tramwaju rozbawionych ludzi w urodzinowych czapeczkach, kibiców Legii, emonastolatkę i kilka grup studentów. Ale kiedy wrócili do domu i razem słuchali „Kotów”, było najlepiej. To był szczęśliwy dzień. Zdecydowanie.


niedziela, 10 maja 2015

Uśmiechnij się. Albo i nie.

Kto z nas nie uśmiecha się, by zamaskować pewne rzeczy? Są też tacy, którzy uśmiechają się mimo przeciwności.


Jestem jak smutny klown-
Na zewnątrz się śmieję,
W środku płaczę
(Tony Soprano)




Uśmiech

Po raz tysięczny widzę go...
Ten oklepany cytat z Marqueza,
Niedawno zmarłego pisarza:

Nigdy nie przestawaj się uśmiechać, nawet jeśli jesteś smutny, ponieważ nigdy nie wiesz, kto może się zakochać w twoim uśmiechu. 

Uśmiecham się.
Szyderczo.
Przepraszam, Panie Marquez...
Że tak powiem
Prostym, przystępnym, może i plebejskim językiem:
"Nie masz pan racji..."

Ja się uśmiecham,
Ja się bardzo dużo uśmiecham...
Tyle że ten uśmiech
Nie jest prawdziwy.
Ten uśmiech jest dla ludzi.

I ten uśmiech
W końcu pewnego dnia
Chyba mi pęknie
Na milion kawałków.

Tyle mięśni na niego
Tak ciężko pracuje,
Że taki wysiłek,
Takie ich nadmierne eksploatowanie
Musi się tak skończyć.

I będę straszna,
Groteskowa.
Z pękniętą twarzą,
Tyle niedoskonałości,
Dojdzie jeszcze pęknięty uśmiech.

Będą mnie pokazywać palcami:
"Ta to się tak wysilała,
Żeby się zawsze i do wszystkich uśmiechać,
Że aż jej twarz pękła.
Oto poświęcenie nie lada..."

I dzieci będą krzyczeć:
"Idzie ta baba z popękanym uśmiechem!
Uciekamy!"

A na końcu wezmą mnie
Do Cyrku Dziwadeł
I będę się ładnie uśmiechać
Z klatki.
Machać ręką i pozdrawiać czule.

A kto się zakocha
W moim uśmiechu...
To mnie to tak delikatnie...
Tak średnio obchodzi.

Bo udawany uśmiech po prostu nie jest taki do zakochania.

Ale może jak powiesz: "Fajnie, że jesteś",
To na chwilę pokażę
Prawdziwy.

Wspominkowo i z głębi serca- o mojej teRAPii

Trochę tu przycichło ostatnio, Miały być opowiadania i nie ma. Będą. Czasem pracuję szybciej, czasem wolniej, teraz tak się złożyło, że akurat wolniej :) Postanowiłam dziś czymś innym się z Wami podzielić. Naszła mnie refleksja o tym, czym jest dla mnie muzyka. Jednocześnie chcę się podzielić tym, czego słucham. To będzie taki al'a felieton. Jeśli nie da się dotrwać do jego końca, krzyczcie :)

Czym jest dla mnie muzyka? (TeRAPia)

Każdy z nas miał jakieś marzenia w dzieciństwie. Strażak, policjant, prezydent, aktorka, piosenkarka, księżniczka, lekarz, wynalazca leku na raka... Ja, będąc pulchną dziewczynką w okularach, marzyłam o byciu modelką lub pisarką. Do pewnego momentu. Do 12. roku życia.

Muzyka... W moim domu ścierały się różne jej gatunki. Rodzice słuchali przebojów swojej młodości, nie pogardzili jednak niedzielnym Disco Relaxem, jedną z rzeczy charakterystycznych dla lat 90. w Polsce. Delikatnie podśmiewał się z tego mój brat Piotr. Najstarszy brat Rafał słuchał rocka i muzyki alternatywnej. Z dzieciństwa pamiętam szczególnie Kazika Staszewskiego- w wydaniu „gniewnym”- KNŻ, jak i lirycznych piosenkach jego ojca. Na jednej z moich kaset z dzieciństwa w koszuli moro Taty śpiewam własnymi słowami „Dziewczynę o perłowych włosach”, którą znałam dzięki Kazikowi właśnie. Drugi mój brat, Piotr, w latach 90. odkrył rap. Pamiętam głównie polski. Liroy, Karramba, pierwsze płyty Pei i Slums Attack- te o zabijaniu policjantów i z tekstami typu „Ja nie chcę być biały, chcę być czarny”. No i Wzgórze i Kaliber 44. Zdecydowanie nie były to kawałki dla małych dziewczynek, ale ciupanie w Mortal Kombat i Prince of Persia na pierwszym komputerze, przy dźwiękach muzyki braci, to jedno z moich najbardziej wyrazistych wspomnień z dzieciństwa. Bałam się niektórych teledysków. „45-89” Kultu, który był mixem przemówień dygnitarzy partyjnych. Towarzysz Wiesław bujał się przy mównicy, wołając: „Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący stolicy!” I Towarzysz Generał w tych ciemnych okularach... I ta hipnotyczna muzyka... Bałam się też piosenki i teledysku zespołu Green Jelly, „Three little pigs”- metalowej wersji bajki o trzech świnkach, gdzie wilk chodził w skórze, glanach i jeździł „wielkim, złym Harleyem”, jedna ze świnek była rastamanem, druga studentem, który w wolnych chwilach budował wynalazki, trzecia- nie pamiętam, kim. Na końcu wilka załatwił Rambo. No i bałam się teledysku do „Another brick in the wall” Pink Floydów, tych maszerujących młotków i demonicznego nauczyciela, który mielił mózgi uczniów w maszynce. Rosłam i przechodziłam różne fazy. Britney Spears. Platoniczna miłość do Enrique (gdy mój brat puszczał swoim kolegom jego śpiew bez playbacku i śmiali się na całe mieszkanie, zamknęłam się w pokoju i zaczęłam płakać). Piosenki Łez, których nie mogłam w tym wieku rozumieć. Stare piosenki Ich Troje („Tuż po czym ten papieros i przed czym ten szampan?”), w piątej klasie podstawówki prawdziwy punk, polskie zespoły, których chyba nikt oprócz mojego najstarszego brata nie słuchał (takie jak Ewa Braun), aż powrócił rap. Podśmiewałam się trochę, gdy mój średni brat z kolegami zamykali się w pokoju i robili nagrywki, aż później sama tego zapragnęłam. Słuchanie rapu na serio zaczęło się od płyty Slums Attack „Na legalu” (dwunasty rok mojego życia). W moim pierwszym walkmanie, niebieskim Panasonicu, wymieniłam kasetę Łez na kasetę Pei. Ponieważ byłam osobą nieletnią, rodzina starała się mieć jednak jakąś kontrolę nad tym, czego słucham. Kalibra nie wolno mi było tykać- za dużo bluzgów i maryśki. Jako ciekawostkę dodam, że mój brat Piotr również ma pewien wkład w kulturę hiphopową w Polsce. Nagrywał nielegale, grał koncerty (zorganizował nawet koncert w naszym Rembertowie. Grało tam kilka zespołów z warszawskiego podziemia, ale prawdziwe show zrobił właśnie skład mojego brata, to Piotr, czyli Jaszczur na maksa rozruszał publiczność. Pod koniec koncertu na scenę wdarło się dwóch pijanych typów i zaczęło bluzgać do mikrofonu, z czego użytek zrobił później beton rządzący naszą dzielnicą, by rozpowiadać, że na koncercie dochodziło do prawdziwych orgii, a jeden z panów świętszych od papieża, zresztą „nawrócony komunista” podpowiedział to księdzu, który w ogłoszeniach parafialnych opowiedział, jakie straszne rzeczy działy się na koncercie. Pan świętszy od papieża dodał, że hip hop jest kulturą „afrykańskich dołów”. Nie zmienia to faktu, że w całym Rembertowie nie było tego dnia ani jednej interwencji policji. Koncert przyciągnął znudzoną młodzież, która wtedy w naszej dzielnicy nie miała właściwie żadnych rozrywek), pojawiał się w programach Czarka Ciszewskiego, nagrał teledysk, wystąpił w audycji Druha Sławka w Radiostacji (tym, którzy znają się na hip hopie jest to gość doskonale znany) i przede wszystkim w latach 2003-2008 prowadził program „Hip hop propaganda” w telewizji ITV. To był złoty okres dla mojego zainteresowania rapem. Otworzyłam się na muzykę zagraniczną. Szalało wtedy tak zwane „hiphopolo”, którym też gardziłam. Czytałam „Ślizg”, pisałam własne teksty (bez wulgaryzmów), marzyłam o byciu znaną raperką i chciałam nagrać płytę pod tytułem „Czarny Kwiat” (do dziś nie wiem, skąd mi się to wzięło), nagrałam nawet jeden kawałek, brat zrobił mi bit, a w pierwszej gimnazjum wystąpiłam w szkole na Dniu Języków Obcych. Rapowałam po angielsku o tym, że warto uczyć się języków obcych :). Mieliśmy w domu wszystkie płyty, jakie wychodziły w tamtym okresie, a ja miałam autografy znanych raperów, którzy pojawiali się w programie mojego brata. Zazwyczaj podpisywali mi się na ślizgach, płytach i numerach „Magazynu hip hop”. Moim ulubionym składem był Kaliber 44, którego kasety zaczęłam podkradać braciom, później, gdy zorientowali się, że tej siły już nie powstrzymają, pozwolili mi słuchać. Płytę 3:44 miałam już własną. I Paktofonika, ale o niej później. Z zagranicznych raperów ceniłam Snoopa, Jay'a Z, Eminema, który święcił wtedy triumfy, ze składów- Public Enemy i Wu Tang. Teraz wolę Tupaca, Notoriusa, Method Mana, NAS'a... Śmialiśmy się z bratem z gościa, który poczuł modę na hip hop i pisał o nim w Super Expressie. Niestety, popełniał rażące błędy merytoryczne. Dziś nie pisze już o hip hopie... Ale beka, jaką nam zapewniał w każdą sobotę (chyba) była rzeczą bezcenną :). Ścinałam włosy na chłopaka, chodziłam w szerokich spodniach i bluzach z kapturem po braciach, pokazywałam swoje teksty starszym dziewczynom na przerwach, marzyłam o spotkaniu z Abradabem (po latach, podczas pomagania na planie przy klipie Wirusa z gościnnym udziałem Daba, gdy próbowaliśmy reaktywować wytwórnię Volta i miałam przyjemność brać udział w tym projekcie, to marzenie się spełniło), miałam szkołę gdzieś, na lekcjach pisałam teksty. Wielu rówieśników ze mnie się nabijało, ale byli tacy, którzy radzili się mnie w kwestii płyt, które warto przesłuchać. Pisałam też do gazetki szkolnej o hip hopie. Rap był dla mnie ucieczką od problemów, od śmiechów niektórych ludzi ze szkoły. Dorosłość zweryfikowała marzenia. W liceum o nim trochę zapomniałam, zaczęłam słuchać rocka określanego jako „studencki”, trochę punka, a nawet zespołów typowych dla emonastolatek, ale w bardzo trudnych chwilach w życiu wróciła do mnie Paktofonika, Kaliber, Pih, Peja i reszta.

I przechodzimy wreszcie do meritum- czym jest dla mnie muzyka. Nadal różne rzeczy dzieją się w moim życiu, te wesołe i te przykre, czasem nie potrafię poradzić sobie ze złością. Jestem jak wulkan. „Śpię”, czasem dość długo, później wybucham. W gniewie mogę rozerwać człowieka, ale potem zawsze staram się go zszyć. Uspokajają mnie dźwięki Paktofoniki. Ma szczególne znaczenie w moim życiu, ale wcale nie przez legendę, jaka narosła wokół Magika. Właśnie. W gimnazjum otaczałam jego postać kultem prawie że religijnym, a rówieśnicy bardziej zainteresowani hip hopem często pytali mnie, dlaczego zrobił to, co zrobił, jakbym cokolwiek o tym wiedziała. Dziś uważam go za bardzo dobrego rapera i człowieka, który miał wielki wkład w tę muzykę, jeśli nie całą kulturę, ale po prostu z czymś sobie nie poradził w życiu, coś go przerosło. Nie uważam go za idola, autorytet, a po prostu za człowieka, który tworzył muzykę, którą kocham. Która nadal mi pomaga w trudnych chwilach. Choć Rah i Fokus dziś trochę odżegnują się od PFK i próbują zwrócić uwagę na to, co robią teraz (a tekstowo zrobili progres, bo teksty Paktofoniki, choć mocne, życiowe, często są bardzo... proste. Nie głupie, zwyczajnie proste. Pod względem oddziaływania na psychikę są mocne, szczególnie „Nie ma mnie dla nikogo”, „Jestem Bogiem”, „Chwile ulotne” czy „Rób co chcesz”, ale jako osoba, która zajmuje się na studiach językiem polskim, samą warstwę tekstową, to co jest na zewnątrz, co czytamy,, oceniam jako prostą). Za to jednak mnie i wielu ludziom w moim wieku i młodszym czy trochę starszym ode mnie, właśnie muzyka Paktofoniki pomaga w życiu, jest ucieczką od problemów, od codzienności, pomaga uwierzyć w siebie i dać radę. Żyjemy w dość trudnych czasach, ciężkich szczególnie właśnie dla ludzi młodych i dla tych najstarszych. Choć dwie wojny za nami, komuna teoretycznie się skończyła, choć wielu uważa, że w praktyce nie, ja zaś nie wypowiem się na ten temat, bo blog będzie całkowicie apolityczny (jeśli chodzi o sztukę, swoje przekonania i poglądy odkładam na bok). Borykamy się z wieloma problemami, z których często nie zdają sobie sprawy nawet nasi najbliżsi. Dżumą, cholerą, rakiem i AIDS naszych czasów jest depresja, myśli samobójcze. Rozmowy zamieniamy na portale społecznościowe. Kiedyś była „ławka, chłopaki z bloków”, teraz są „friendsy” z fejsa. Każdy z nas może tu być gwiazdą, celebrytą. Oznaczenia, serduszka, wszystko może oddać fejs. Każdy z nas robi sobie jak najlepszy pijar. Każdy z nas kogoś gra. Wielu z nas po wylogowaniu się z fejsa chowa się pod kołdrą, gryzie paznokcie, a z oczu lecą łzy. Nie możemy zasnąć, narastają wspomnienia. A jeśli żyjemy poza fejsem, to też zawsze coś nas dopadnie. A to bieda, a to kredyt na wesele czy mieszkanie, a to alkoholik w rodzinie, a to rodzic, z którym nie umiemy się porozumieć, problemy w szkole, na studiach, zaległości do nadrobienia, przeciążenie pracą... Do czasu, aż założysz słuchawki na uszy i odpłyniesz. Podobnie jak Paktofonika, działają na mnie także Pih, Peja, Molesta, WWO i Marika, a także projekt Darka Malejonka „Panny Wyklęte”- przy tej ostatniej muzyce przenoszę się w tamte ciężkie czasy, myślę o bohaterach, o ludziach nieugiętych, często o ludziach wygnanych z własnej ojczyzny. Ostatnia płyta przenosi mnie na stepy, do tajgi, do Grodna czy w podróż śladami Misia Wojtka od Andersa. W chwilach załamania mam stały repertuar. „Nie ma mnie dla nikogo” Paktofoniki, szczególnie robiące „coś” z głową „Nie ma mnie dla nikogo”, a w nim zwroty Magika i Fokusa. „Łzy” Piha, który w tym kawałku świetnie oddaje najgłębsze zakamarki kobiecej duszy i serca. To z nich właśnie, nie z oczu, wydobywają się tytułowe „łzy”. „Będzie dobrze, dzieciak” starej, dobrej Molesty. „Siła ognia” Mariki. To powoduje, że najpierw zamknę się z słuchawkami w swoim świecie, wstaję i walczę. Często słucham też kawałka Muńka „Święty”. Wierzę mu, że chłopaki też płaczą i przypominam sobie miłe chwile, gdy wracaliśmy ze znajomymi rano z sylwestra i na przystanku tramwajowym popijaliśmy resztę szampana z butelki, a Warszawa dopiero zasypiała. Wyciszają mnie również dwaj Mistrzowie- Kaczmarski i Gintrowski. Z tego pierwszego szczególnie "Lalka" (przenoszę się w świat tej powieści i niemal widzę obrazy przed oczami) i "Jan Kochanowski" (czuję się, jakbym chowała się w cieniu czarnoleskiej lipy). Słuchając tego drugiego- "Tylko kołysanka", kiedy przypominam sobie mojego Tatę, "Do Marka Aurelego" (ach to starcie stoicyzmu z barbarzyńską współczesnością) i "Kołatkę", która przypomina mi, że czas popisać, popielęgnować te ogrody w głowie. Muzyka jest dla mnie oazą na pustyni. Czasem nawet książki i ukochane studia nie dają mi takiej ucieczki.


Spróbuj tak jak ja. Spróbuj założyć słuchawki i odpłynąć. Zrób sobie teRAPię czy terapię czymkolwiek, czego lubisz słuchać. Ludzie często odchodzą, przyjaciele odchodzą, czasem od płaczu masz mokre oczy i nos, ale muza zostaje. Nie przemija.

sobota, 2 maja 2015

Co się dzieje z poetą, kiedy rzuci go dziewczyna

Ironiczne spojrzenie na szeroko pojętą poezję (choć tu raczej na grafomanię i pozowanie na wielkiego artychę i poetę, o ironio! ;)), szeroko pojętą miłość, romantycznych chłopaczków lubiących patrzeć jak ich dziewczyna śpi, wiosenna Warszawa też jest jakoś tam w tle. Do napisania tej historii miłosnej bez happy endu zainspirowało mnie to oto zdjęcie, znalezione dla jednej ze stron dla osób upajających się tym, że one czytają, a inni nie :)

Rzuciła poetę 

Krakowskie Przedmieście 
W tym słońcu było jak ze złota
Był kwiecień.

A ona w ich ulubionej
Klimatycznej kawiarence
Po prostu rzuciła poetę.

Nie mogła znieść tego,
Że spała spokojnie,
A on patrzył przez całą noc
I to opisywał.
Każdy jej oddech,
To, jak szczelnie otula się kołdrą
I widać tylko jedno oko,
Nos, grzywkę i włosy rozrzucone
Na poduszce
A gdy się budziła,
On siedział na łóżku
I miał ten swój uśmiech na twarzy
I te serduszka w oczach.

Nie mogła znieść,
Że nosił ją na rękach.
Taniec w deszczu też był romantyczny
Tylko na początku.
Kiedy znów i znów
Kazał jej tańczyć w deszczu,
By to potem opisać,
Pomyślała, że nie jest z nim za dobrze.

Ona się dla niego stroiła,
Malowała,
Zakładała najlepsze sukienki,
On na to, że woli ją rozczochraną,
W dresach i z tuszem spływającym
Od łez. Kazał jej tak chodzić.
W ogóle doprowadzał ją celowo do łez,
By później to opisać.

Co ona w nim widziała?
Tych tekstów używano
W latach 50.
Kupował jej najpiękniejsze róże,
By później je opisać.

I rzuciła poetę
W ich ulubionej warszawskiej kawiarence.
Nie zastanawiając się,
Jak on to opisze.

A on teraz siedzi
W tej swojej fedorce,
Zagryza wargi,
Pali jednego za drugim,
Choć ma alergię na wszystko,
Nawet na powietrze,
Astmę,
Borderline'a, dwubiegunówkę,
Łamliwe kości, afty,
Jest leworęczny...

I nie wie,
Zupełnie nie wie, jak to opisać.

Ona tymczasem już z innym.
Charakternym chłopakiem z Pragi. 


Pije z nim piwo na murze
I jest fajnie.
O. Napisała coś na fejsie.
Charakternego chłopaka ktoś sprzedał
Na komendzie.
Napisała na fejsie, że ona serdecznie...
No właśnie... Sąd i policję
Bo tylko Bóg ma prawo nas sądzić.

Poeta postanowił to opisać.
Wyprodukował w jedną noc
Pięćdziesiąt smutnych
I pięćdziesiąt gniewnych wierszy,
Jak bardzo pomylił się co do niej.

Po roku opisywał już nową,
A ona na ulicy
Krzyczała na Brajana,
Syna Charakternego Seby,
Dziś mieszkańca Apartamentów Ciupagi.

Nawiązanie do "Mistrza i Małgorzaty"

"Mistrza i Małgorzatę" Michaiła Bułhakowa czytałam wiele razy. Pierwszy raz na początku liceum. Za każdym razem dostrzegam w powieści coś nowego. I za każdym razem coś innego mnie w niej oczaruje. Wstyd się przyznać, ale po pierwszym przeczytaniu wciągnął mnie bez reszty wątek miłosny Mistrza i Małgorzaty, za to sprytnie przemycona powieść Mistrza o Poncjuszu Piłacie... śmiertelnie nudziła. Innym razem pokochałam lot Małgorzaty, później bal u Wolanda, w końcu dorosłam do wątku Poncjusza Piłata. Ten jest o płonącym "Gribojedowie" i o tym czy potrzeba papierów na bycie literatem :)
Płonie Gribojedow,
Behemot z Korowiowem
Zabawili się nadzwyczaj dobrze. 

Nie szkoda mi ich, 
Tych tam pisarzyn... 
Pisać słabo, 
A być nazywanym literatem
Tylko dlatego, że się ma na to 
Papiery? 
Dostojewski przecież 
Nie miał na to papierów, 
A nie dość, że był literatem, 
To jeszcze jest nieśmiertelny. 
A i na nieśmiertelność przecież 
Też nie miał papierów. 
A może zagadka? 
Więcej wart literat 
Z papierami poświadczającymi
Bycie literatem
Czy literat w domu wariatów? 

Chlupali lepszą wódeczkę, 
Zagryzali lepszym śledziem
(Nie to, panie, co ten jesiotr 
W bufecie Varietès)
I napawali się 
Swoimi marnymi, 
Topornymi wypocinami. 

Ach, nie szkoda mi ich wcale
I nie szkoda mi nas, 
Marnych literatów
Z płonącego Gribojedowa
Napawających się swymi
Marnymi, topornymi
Internetowymi wypocinami. 
Co to jest, panie, takie życie. 
Jak takie życie to nie życie? 
A Behemot już leje benzynę.
Panowie literaci. 
Teraz to już chyba
Nie uciekniemy. 
Ale może ja przeczytam wiersz
Wychwalający... 
Albo i nie.

Eponine

"Nędzników" Wiktora Hugo pokochałam do tego stopnia, że poświęciłam im swoją pracę licencjacką. Pisałam o współczesnych adaptacjach "Nędzników" ze szczególnym uwzględnieniem musicalu w wersji teatralnej i filmowej. W 2012 Mama zrobiła mi wspaniałą niespodziankę i kupiła w moim obecnie ulubionym Antykwariacie Grochowskim dwutomowe wydanie z 1954 za... 10 zł :) Jedną z moich ulubionych postaci w tej powieści jest Eponine lub Eponina w wersji "spolszczonej". Niesamowicie poruszyła mnie jej historia, jej wielka miłość, cierpienie i poświęcenie. Ten wiersz będzie więc o Eponinie. Moi znajomi z Facebooka na pewno go znają.

Eponine

Z kurzu paryskich ulic
Wyłania się uśmiechnięty anioł.
Eponina jak perła
Serce zranione i złamane
Eponina jak róża
Krwawoczerwona.
Spaceruje, wypatrując Pana Mariusza.

Dla niego bowiem tylko
Ten bezzębny uśmiech.

Pan Pontmercy zna wiele ksiąg,
Lecz prawd żywych nie zna,
Nie wie, co boli
Tę nie dziewczynkę,
Ale jeszcze nie kobietę,
Co chciałaby wiedzieć,
Co znaczy
Czcij Ojca swego i Matkę swoją.

Eponina nie śniła nawet
O Kopciuszku i Pretty Woman
Wie, że problemem nie jest Kozeta.
Wie, że jej życie nie było bajką,
A XIX-wieczny Paryż to nie hollywoodzka Fabryka Snów

Jest pusto, ciemno i zimno
Czyli bez zmian.
Pan Pontmercy dziś się już nie zjawi.
Dziś już nie zaświeci słońce.

Paryż wrze,
Młodzi chłopcy idą na barykady.
On też. Pożegnał Kozetę.
Jej tak czule nie pożegna.
Nawet... jeśli...
Jutro...
Przyjdzie śmierć...

Czerwona flaga rewolucjonistów...
Krew...
Róża...
Ból.
Lecz Eponina przez mgłę jeszcze widzi go
I boli jakby mniej...

On jest obok...
Teraz nie boli już nic...
Pociesza ją...
I trochę także samego siebie.
Eponina uśmiecha się
Ostatni raz.
Odchodzi z jego imieniem na ustach.
Tak, chyba była trochę zakochana.
On nic o tym nie wiedział,
Ale Eponinie matka mówiła,
Gdy była jeszcze małą księżniczką,
Ozdobą tatusiowej podupadającej oberży,
Że mężczyzna nigdy nie wie, nigdy się nie domyśli.
Nigdy nie wie.

Widzi białe światło.
I czuje ciepło.
Jakiego nie zaznała od lat.
To jego usta.
Jedyny i ostatni pocałunek.
Na pożegnanie.
Może kochał. Choć troszeczkę.
Może gdyby...

Nieważne...
On żyje.
Będzie szczęśliwy.
Eponina jest już w niebie.
To chyba prawie tak,
Jakby na ziemi mogła kiedyś zostać Panią Pontmercy.

Na paryskim bruku
Zasuszona róża.
Kilka dni temu
Obojętnie minął ją zrozpaczony Mariusz.

W końcu
Rozdeptał tę różę ojciec Eponiny, zły stary Thenardier,
Uciekając przed policją do ciemnego kanału.