Cześć :) Będzie to trochę inne opowiadanie, niż planowałam, niemniej pierwsze na tym blogu. O miłości, cierpieniu i bólu, o tym, co cierpienie potrafi zrobić z człowieka, ale i o czymś innym. Narracja ma naśladować sposób mówienia sześcioletniego dziecka, stąd "potknięcia" czy powtórzenia :) Zapraszam do lektury i oceny :)
Szczęśliwy dzień.
Chłopiec odetchnął z ulgą, gdy mama
ułożyła się i zasnęła. Bał się, kiedy tak robiła. Nie tyle
jej się bał, co o nią. Bał się jej,
bo wydawało mu się, że nie jest wtedy sobą. Krzyczała,
przeklinała, uderzała się pięściami w głowę, czasem nacinała
ręce lub wydawała z siebie straszliwe ryki. O
nią,
żeby sobie czegoś nie zrobiła. Żeby nie połknęła za dużo
„tabletek szczęścia”, jak mówiła o swoich lekach lub w
inny sposób nie zrobiła sobie krzywdy. Bał się właściwie
wszystkiego, najbardziej to chyba tego, że zabiorą go do domu
dziecka.
Kiedy myślał o tacie, czuł, że chyba go nie lubi. Mama zawsze
robiła tak po kontakcie z tatą. Miała w pokoju taki
„ołtarzyk”. Zdjęcie ślubne, zdjęcie z tatą, jego zdjęcia,
kiedy był mały, różne zdjęcia taty, świeczki, bilety na
filmy, na których razem byli, rękawiczki, które jej
kiedyś oddał, by nie marzły jej ręce, listy i inne pamiątki.
Dziadek mówił, by wyrzuciła te śmieci, a najlepiej wreszcie z
głowy i z serca tego... I tu dziadek zwykle używał słów, o
których mama mówiła, że są brzydkie. Dziadek zresztą
raz wyrzucił tatę z domu. Akurat przyszedł i robił mamie
awanturę. Mówił: „To nie ma sensu, dzieciak nie może być
dla ciebie terapią. Złapałaś mnie na dziecko, bo liczyłaś, że
ono będzie twoim terapeutą. Wariatko, ja ci go pewnego dnia
zabiorę. Boję się o mojego syna, nie wiadomo, co mu zrobisz...”
Mama chyba pierwszy raz znalazła w sobie wtedy siłę i wykrzyczała
mu: „To bardzo ciekawe, bo jak leżał z gorączką czterdzieści
stopni, to nawet nie zadzwoniłeś, byłeś zajęty tą swoją
milusią słodziusią zdzirusią!” „Nie masz prawa obrażać
mojej dziewczyny, przynajmniej jest normalna! Ty za to masz dobrze zryty
beret! Robiłaś mi wstyd, wszyscy moi kumple się ze mnie przez
ciebie śmiali”. „Ty gnoju, troszczyłam się o ciebie! Byłam na
każde twoje zawołanie” I wtedy wszedł dziadek Krzysiek. Był
emerytowanym wojskowym i trenerem boksu. Tata zawsze miał przed nim
respekt i dobrze wiedział, że dziadek jest na niego zły i wini go
za to, co dzieje się z mamą. Jak tylko zobaczył dziadka, od razu
zaczął się wycofywać. Dziadek jednak zdążył go złapać za
bluzę i zapytał: „Znowu, brudzie, dręczysz moją córkę?”
i normalnie się na niego rzucił. Mama zaczęła płakać i
krzyczeć: „Tato, tatusiu, przestań, zabijesz go!” „Masz
rację, córciu. Za takiego śmiecia iść siedzieć jak za
człowieka?”-I tylko powiedział: „Won”, a na pożegnanie
walnął go w twarz, aż z nosa taty poszła krew. Tata zaklął na „k”
i „m”, trzasnął drzwiami i wyszedł. Więcej się nie pojawił. Wtedy mama znów
dostała ataku, dziadek przytulał ją i uspokajał.
Teraz, gdy spała, wyglądała jak mała dziewczynka. Cała się
przykryła kołdrą, widać było tylko mały fragment twarzy.
Chłopiec cicho wyszedł z pokoju. Postanowił pójść na
podwórko. Poszedł w stronę bloku obok i zadzwonił
domofonem.
-Tak?
-Dzień dobry, czy wyjdzie Bartek?
-Kto to?
-To ja...
-Jaki ja? Co za ja? Dziecko, rób sobie żarty przy swoim
domofonie!-Mama Bartka była zaspana i jakaś zła. Adamowi przyszła
do głowy myśl, że może rozpoznała go i jest zła za mamę.
Ostatnio na spacerze mama pokłóciła się z mamą Bartka. O
tatę. Adam słyszał, jak mama Bartka mówiła:
-Ty myślisz, że on do ciebie wróci? Niepotrzebnie robisz
sobie nadzieje... On nie jest ciebie wart i nigdy nie był. To buc,
śmieć. Dziewczyno, ty masz studia wyższe, mogłabyś już być
jakąś specjalistką od pijaru! A ty co robisz? Nic. Klęczysz tylko
przed ołtarzykiem swojego cudownego Karolka, a on wiesz, gdzie to
ma? W dupie. Dokładnie tam!-Mówiła, zaciągając się
cienkim papierosem. Tata Bartka też zostawił mamę Bartka.
Powiedział, że przez lata okłamywał siebie i ją, bo tak naprawdę
woli facetów i właśnie jednego poznał i uważa, że to jest
ten jedyny na całe życie. To nie był pierwszy raz, kiedy mamę
Bartka oszukał facet. Podobno od końca podstawówki (kiedyś
podstawówka trwała osiem lat) do klasy maturalnej chodziła z
jednym chłopakiem. On tuż przed maturą powiedział jej nagle, że
zrozumiał pewne rzeczy i chce iść na księdza. A księża nie mogą
być z dziewczyną. Podobno w innych religiach tak, ale w naszej nie.
Podobno to dlatego, że Pan Jezus też nie był z dziewczyną. Z tym
że okazało się, że ten chłopak tak naprawdę wcale nie poszedł
na księdza tylko po prostu zakochał się w innej dziewczynie, a
mamy Bartka nie chciał ranić, dlatego jej tak powiedział.
Niestety, to się wydało. Mama i dziadkowie powtarzali zawsze
Adamowi, że najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa, a kłamstwo i
tak się zawsze wyda. Mama Bartka bardzo cierpiała, nie zdała wtedy matury i podcięła sobie żyły (mama Adama ją
znalazła), a gdy doszła do siebie, zdała ją za rok, z bardzo
dobrymi wynikami, poszła na studia, poznała tatę Bartka, który
był idealny, dobry i kochany, aż wyszedł na jaw jego sekret. Przez
to całkiem zbrzydziła się do facetów. Wtedy na placu zabaw
obie mamy pokłóciły się.
Na dworze przed chwilą padało. W powietrzu unosił się zapach
deszczu, choć zza chmur już prześwitywało wyjątkowo nieśmiałe
słońce. Iza z bloku obok siedziała na schodach pod klatką i jadła
z apetytem loda w czekoladowej polewie. Izę lubił, ale jej kumpli
się bał, bo czasem mu dokuczali. Ubzdurali sobie, że to on
podkablował ich do dozorcy, że palili na klatce. W szkole chcieli
powiesić go na koszu do gry. Po prostu jeden z nich, Maks o
ogromnych łapach z wystającymi żyłami i w bluzie RPK, pewnego
dnia wyciągnął go za kaptur spod drzwi szkolnej toalety, gdy Adam
poszedł zmoczyć gąbkę i swoim nosowym głosem oświadczył: „A
teraz zostaniesz powieszony”, po czym zaczął śmiać się jak
dzieciak. Adam miał zawsze wrażenie, że on jest jakiś...
Przygłupi chyba. Z toalety wyszli: mały Mariusz o niebotycznie
napompowanej klacie, straszliwie pryszczaty Jacek w kapturze i
Mateusz z podbitym okiem i w air jordanach, a za nimi- kłęby dymu
tytoniowego. Wyprowadzili go na boisko i próbowali dokonać
dzieła, ale przeszkodziła im woźna. Po tej sytuacji kilku rodziców
napisało petycję do burmistrza dzielnicy, żeby rozdzielić podstawówkę i
gimnazjum. Adam trochę bał się gimnazjalistów, szczególnie
właśnie tych kolegów Izy. Sama Iza była fajna, raz
opatrzyła mu kolano. Lekko wystawiała przy tym język. Pachniała
papierosami i truskawkami.
-Cześć.-Rzucił nieśmiało.
-No siema.-Powiedziała obojętnie. Zadzwonił jej telefon. A raczej
ryknął: „Ty jesteś ruda! Szalona ruda!” Iza była kiedyś
blondynką, ale przefarbowała się i teraz jej włosy były czerwone
jak ogień.-No siema, dupo ty moja, co tam? No co ty... No ty, no
żal.pl. Ale parówa, bez kitu! Parówa nad parówy,
co ma wszystkie parówy pod sobą! Ej, nie!-Zachichotała.-A bo
mój stary wiesz... No przyszedł z tym czerwonym na mordzie,
pochlali i czerwony się do mnie dostawiał, nie? No więc ja mu
pokazałam tego kozaczka i: „Widzisz to? Jeszcze raz mnie dotknij,
a normalnie dostaniesz tym butem centralnie kopa wiesz gdzie, nie?”
No ja się to tam wiesz generalnie nie patyczkuję. Hihihi. Maksa nie
będzie. No ten... Zielu będzie, Patryczek, Kuli i Suchar. Taa... No
to buźki, dupo ty moja! -Rozłączyła się.-Ej. A ty co tu
chciałeś? Dlaczego podsłuchujesz moje rozmowy? Wiesz, że to jest
generalnie naruszanie mojej wolności prywatności osobistej, którą
mi gwarantuje konstytucja ojczyzny naszej kochanej umiłowanej? Ty z
policji jesteś?
-Spoko, już idę...-Mruknął Adam.
-Nie, nie, żartowałam. Siedź, siedź.-Poklepała miejsce obok
siebie.-Gadaj ze mną.-Uśmiechnęła się. Miała tak piękne, białe
zęby.-Gadaj ze mną!-Zachęciła raz jeszcze.-Co tam?
W pewnym momencie zupełnie zmieniła się na twarzy. Z oczu jakby
same zaczęły płynąć łzy. Spłynął czarny tusz.
-Oj, Adaś, gdybyś ty był starszy...-Wychlipała.-Gdybyś ty był
starszy, to byś był idealnym kolesiem po prostu generalnie, nie?
Nie byłbyś taki jak ten... Ten...
-Nie płacz. Gdybym był starszy, to ożeniłbym się z tobą.
Jesteś... fajna laska.-Powiedział Adam.
-Ty! Serio?-Iza rozpogodziła się.
-No serio.
Wyciągnęła paczkę papierosów. Pewnie kupiła jej starsza
siostra, Natalia, co już studiowała i pracowała. Mama też ma na
imię Natalia...
-Jarasz?-Zapytała.
-No co ty. Dobra, idę.-Odparł Adam. Taka ładna dziewczyna, a
pali... Nieco zbrzydził się do niej, choć po chwili uznał, że to
kretyńskie, bo wiedział przecież już od dawna, że ona pali. Mama
też była ładna i też paliła, ale dziadek Krzysiek zawsze się z
nią o to kłócił i powtarzał, że ładne dziewczyny nie
palą i nie piją. „Nie ma nic gorszego niż kobieta z papierosem i
kobieta pijana.”-Mówił.-”W ogóle nic gorszego niż
sama gorzała i papierochy. A te głupie ludzie tego rakowskiego
karmią, później chore dzieci wydają na świat. Z drugiej
strony ciężko się dziwić. W tym kraju ucieczką może być albo
wódka, albo Bóg. Ale w Boga ciężko wierzyć, jak się
widzi, co niektórzy księża wyrabiają. Więc wóda
zostaje”. Babcia Basia wtedy odpowiadała: „Oj, ty stary marudo,
tylko kapcaniejesz i marudzisz. Przecież w Boga się wierzy, nie w
księdza...” I wtedy zaczynała się dyskusja i... Nie kończyła
się przez najbliższe dwie godziny. Chłopiec często przy tych
dyskusjach usypiał, ale tylko wtedy, gdy nie szło na noże.
Zasypiał przy stole, budził się we własnym łóżku albo w
łóżku obok mamy. Po tej dziwacznej rozmowie z Izą
uświadomił sobie, że kompletnie nie rozumie tych wszystkich
kobiet.
-Ej, zaczekaj.-Powiedziała Iza.-Mam coś dla ciebie.
-Ty? Dla mnie? Co?
-A bo wiesz, wzięłam se szajsunga za złotówkę i na nim
będę słuchać muzy. Ona już nie będzie mi potrzebna.-Wręczyła
mu lekko sfatygowaną empetrójkę Creative.-Jest twoja. Lubisz
muzykę?
Adam kochał muzykę. Jego mama bardzo lubiła musicale, szczególnie
„Nędzników”, „Koty”, „Romeo i Julię” i „Upiora
w operze”. Raz powiedziała, że chciałaby, żeby na jej pogrzebie
zagrano „Wyśniłam sen” z Les Miserables. Babcia Basia
zaczęła wtedy na nią krzyczeć: „Dziewczyno, na jakim pogrzebie,
co ty opowiadasz, masz dziecko, żeby przy dziecku, przy tej
kruszynie maleńkiej takie rzeczy opowiadać?” Dziadek Krzysiek
zmienił się wtedy na twarzy i twardo powiedział: „Baśka, nie
krzycz na nią.” Dziadek zawsze bronił mamy, babcia miała bowiem
mniej cierpliwości, często z mamą się kłóciły. Kiedy
mama dowiedziała się, że tata jest z nową dziewczyną i dostała
ataku szału, babcia Basia chciała wezwać policję. Dziadek
tłumaczył: „Zostaw, uspokoi się. Bardzo cierpi.” Babcia na to:
„Krzysiek, ale ona za chwilę zrobi coś sobie albo komuś. Ja tak
tego nie zostawię, to się musi skończyć.” „Skończy się tak,
że ja naprawdę temu całemu Karolkowi coś zrobię. Coś bardzo
brzydkiego. Najwyżej do piekła za niego pójdę. Mnie się,
Baśka, ten gnój nigdy nie podobał.” Czasem, gdy w domu
było gorąco, Adam brał małego laptopa mamy i słuchał muzyki.
Najbardziej podobała mu się piosenka Thenardiera z „Nędzników”.
I „Słuchaj, kiedy śpiewa lud”. Opróćz musicali lubił
jeszcze „Jezioro łabędzie” Czajkowskiego. Gdy mamie było
smutno, czasem słuchali go razem. A kiedyś babcia puściła jej
piosenkę Jerzego Połomskiego „Co mówi wiatr”, z melodią
z „Jeziora”, ale mama rozpłakała się wtedy i nie mogła
przestać. Lubił jeszcze Kaczmarskiego, Gintrowskiego, Grechutę i
Turnaua, mama i dziadkowie ich słuchali. Uświadomił sobie, że
teraz będzie mógł słuchać muzyki zawsze i wszędzie.
Pocałował Izę w policzek, a gdy zrozumiał, co w tej chwili
zrobił, szybko otarł usta. A gdyby Bartek to widział?
-Dziękuję.-Powiedział.-Lubię, bardzo. Lubię słuchać, kiedy
jest mi źle. Tak samo jak moja mama.
-Ok, leć. Ja zaraz się zwijam. Pa.-Cmoknęła go w czoło.-Ach,
gdybyś ty był starszy. Twoja żona będzie generalnie farciarą.
Tylko pod pantofla nie wpadnij, chłopaku! Nara!
Chyba tego Bartka wywołał, bo właśnie wyszedł z bloku.
-Adam!-Zawołał.-Zobacz, co mam! Widziałem ciebie przez okno, mama
nie wiedziała, że to ty. Poza tym była wkurzona, bo tata
przyjechał. Dostałem tableta od taty!-Wyciągnął niewielki
tablet.-Widziałem w reklamie, mama mówi, że odtąd ciągle
gadałem o nim przez sen i proszę, tata od razu kupił!
-Super.-Powiedział Adam.-A ja mam empetrójkę.
-Poka!-Zawołał Bartek.-Skąd masz? Też od taty?
-Nie wiem, znalazłem...-Mruknął Adam. Jakby się Bartek
dowiedział, że od dziewczyny i że jeszcze ją za to pocałował...
O, nie, tak być nie może!
-E, stara strasznie... Stara, ma brodę stąd do Poznania.-Bartek
wzruszył ramionami.-Chyba już nawet takich nie robią...
-Wiesz, ja już pójdę.
-Obraziłeś się?
-Nie. Tylko... Trochę mnie brzuch boli.
-A wpadniesz do mnie potem? Mama robi pizzę taką robioną, domowej
roboty, pycha. Pogramy na moim nowym tablecie.
Chłopiec wcale nie obraził się na Bartka. Szczerze mówiąc,
w nosie miał jego opinię. Mama też mówiła, że nie
przejmuje się tym, co o niej ludzie gadają. Po prostu ogarnął go
nagły strach o mamę. A może on już nie ma mamy? Nie lubił nowej
dziewczyny taty. Udawała, że jest taka fajna i miła, a wcale taka
nie była. Raz, gdy był u nich na weekend, poszli do zoo. W pewnym
momencie szarpnęła go za ramię i zaczęła krzyczeć: „Jak
jeszcze raz tak zrobisz, to normalnie nie wytrzymam!” „Ale ja nic
nie zrobiłem...” „Ciągniesz te nogi jak jakiś kretyn! Chódź
normalnie!” Adam pomyślał, że mówi się chyba „chodź”,
ale wolał się nic nie odzywać. Tata też się nie odzywał.
Zostawili go, usiedli na ławce, zaczęli się całować. Gdyby
musiał do nich pójść, już wolałby do domu dziecka.
Niedawno chcieli go mamie zabrać, bo podobno jest za gruby. Pani z
opieki tak stwierdziła. A dziadek jak usłyszał, to krzyczał, że
to robota Karola, czyli taty Adama i tej jego... Babcia Basia
powiedziała, że dziadek nazwał dziewczynę taty bardzo brzydko i
nie ma prawa więcej tak mówić przy dziecku.
Co teraz robi mama? Czy na wpół leży przed „ołtarzykiem”
na komodzie i płacze: „Karol, jak mogłeś? Byliśmy tacy
szczęśliwi?” A może się tnie? Może pali kolejne zdjęcie taty?
Nie, trzeba tam pójść.
Mama siedziała przy biurku i robiła makijaż. Słuchała „Jeziora
łabędziego”. Była ubrana w sukienkę i naprawdę ładna i
zgrabna.
-Malujesz się?-Spytał Adam.
-Tak, skarbie.
-Czemu? Już ze sto lat się nie malowałaś.
-Bo mam randkę z mężczyzną mojego życia.
-Masz jakiegoś faceta?
-Tak, ubieraj się, Adi.-Powiedziała z uśmiechem.
-Ale...
-Nie marudź, ubieraj się. Nie możemy się spóźnić.
Pomogła mu się ubrać, żeby było szybciej i jak zwykle lekko
przycięła szyję suwakiem bluzy.
Kolejka przyjechała szybko. W kolejce jakiś śmierdzący, brodaty
pan krzyczał, że świat idzie ku zagładzie. Ludzie śmiali się i
nagrywali telefonami. Śmierdzący, brodaty pan zakończył płomienne przemówienie i
gorzko zapłakał. Wysiedli na Powiślu. Szli teraz Nowym Światem.
Weszli do jakiejś eleganckiej restauracji, której nazwy Adam
nie zapamiętał. Mama uśmiechnęła się do młodego kelnera.
-Co dla państwa?
-A co pan poleca?
-Zestaw dnia. Zupa krem z warzyw i kaczka z żurawiną i opiekanymi
ziemniaczkami.
-Bierzemy, przystojniaku?-Zapytała chłopca mama.
-Może być.
-No to poproszę.-Mama mrugnęła okiem do kelnera.
Czekali na jedzenie w milczeniu. Adamowi zaczynało się nudzić.
-Mamo...
-Hmm?
-Gdzie ten facet twojego życia?
-Siedzi ze mną przy stole i majta nogami w powietrzu.-Uśmiechnęła
się mama.-Ty, synek, jesteś tym facetem. Przepraszam cię za
wszystko, co robię. Bardzo kocham tatę i cierpię. Ale ciebie
kocham bardziej. Bo ty tej miłości jesteś wart. Jesteś wspaniały
i bardzo mi przykro, że przeze mnie tyle przeżyłeś. Dziś
zaczynamy nowe życie.
-Mamo... Ja...
-Nic nie musisz mówić. Kocham cię. Będę żyła dla ciebie.
Tak sobie pomyślałam, że przecież ja do cholery mam wszystko. Mam
kochających rodziców i cudownego syna... I w maju zaczynam
pracę w wydawnictwie. Cieszysz się, że będziesz dłużej z
dziadkami?
Przytulili się do siebie i siedzieli w milczeniu, dopóki
młody, przystojny kelner nie przyniósł obiadu. Później
zamówili jeszcze puchar lodów i siedzieli do wieczora.
Spacerowali później Krakowskim Przedmieściem, mama pokazała
chłopcu swoją szkołę, Uniwersytet Warszawski. Potem poszli na
Stare Miasto. Było ciemno, ale Warszawa tętniła życiem. Wracając,
spotkali w tramwaju rozbawionych ludzi w urodzinowych czapeczkach,
kibiców Legii, emonastolatkę i kilka grup studentów.
Ale kiedy wrócili do domu i razem słuchali „Kotów”,
było najlepiej. To był szczęśliwy dzień. Zdecydowanie.